dotb.gif

„TP”, Nr 26 (2816), 29 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2816/felhennel.php




Lednica - a gdzie to jest?

Józefa Hennelowa


Pytam nie dlatego, że nie wiem. Bywałam tam nie raz, dawno temu, gdy było tam jeszcze zupełnie pusto. Teraz od kilku lat śledzę coroczne zielonoświątkowe spotkania młodzieży, o których w mediach coraz więcej. Spotkania nie są dla mnie, to jasne, nie ta generacja, nawet nie to stulecie - ale właśnie dlatego budzą one coś bardzo angażującego. Nie są przecież dla widzów. Obiecują spotkanie - o wiele szersze niż to, jakie co roku staje się udziałem coraz liczniejszej młodzieży nad Gopłem.

Po co tam przyjeżdżają - na to pytanie odpowiadają oni sami, odpowiadają dziennikarze i duszpasterze. Jedna z tych odpowiedzi, cytowana w "Tygodniku", brzmiała: "Tutaj nikt nie kryje się ze swoją religijnością". Powiedziała tak gimnazjalistka, po raz kolejny przyjeżdżająca autostopem, a więc ani szczególnie komfortowo, ani bezpiecznie. Nawet się zdziwiłam w pierwszej chwili - wcale nie muszę oglądać w TV Lednicę, by zobaczyć młodzież otwarcie religijną - wystarczy niedzielna Msza akademicka w najbliższym kościele, kiedy to wychodząc prawie potykam się o zamodlonych młodych ludzi nic dokoła siebie nie zauważających. Mamy w Krakowie Chrześcijańskie Dni Żaka i akademicką Drogę Krzyżową w Wielki Piątek, odprawianą na Starym Mieście. Ale w słowach gimnazjalistki słyszę zaspokojoną potrzebę wspólnoty w świadectwie, podtrzymanie, jakie daje liczba, a także nasycenie emocjonalne, ubogacone wyrazistością gestu, symbolu, atmosfery. Lednica jest pod tym względem z roku na rok bogatsza. W rzeczywistości polskiego Kościoła, po części opartego właśnie na działaniach i zjawiskach masowych, zajmuje jedno z czołowych miejsc, a jej warstwa symboliczno-widowiskowa, w wielkiej mierze stanowiąca owoc własnej twórczości organizatorów, zwłaszcza ojca Jana Góry, na pewno zasługuje na poważną refleksję, tak nad jej wagą, jak i skutecznością. To osobny temat, daleko wykraczający poza ramy felietonu. Ja chcę wrócić do owej obietnicy spotkania, o jakiej wspomniałam na początku. Lednica jest dla mnie taką obietnicą. Dlaczego?

Od sześciu lat w Zesłanie gromadzą się tam młodzi. W tym roku było ich już sto trzydzieści tysięcy. Z całej Polski. Uroczyście, osobnym tekstem, wybierali Chrystusa jako mistrza życia. Każdy z osobna składał obietnicę mnożenia swoich talentów (to symbolika tegoroczna). Każdy, jak co roku, "przechodził przez rybę", starochrześcijański symbol, "w trzecie tysiąclecie". Na ekranie widzieliśmy zapalone pochodnie sięgające aż po horyzont. Entuzjazmem odpowiadały pola lednickie na przekazywane im, jak co roku, słowa Jana Pawła II. To nie była atmosfera prozy i przyziemności. To był wielki entuzjazm i ogromny żar religijny.
Sto trzydzieści tysięcy to rozkładając na sto trzydzieści polskich miast, po tysiąc młodych ludzi w każdym z nich. Rozkładając na tysiąc trzysta miejscowości, łącznie z bardzo małymi - jeszcze po setce w każdej. Taka rzesza ruszyła tego roku z Lednicy po "naładowaniu akumulatorów" w Polskę taką jaka jest: zimną i samotną, przenikaną niedobrymi uczuciami wszystkich do wszystkich, zniechęceniem albo agresją, brakiem miłosierdzia i brutalnością, nieuczciwością i apatią. A ten "wymarsz" powtarza się już szósty raz. Więc może już powinni zacząć być widoczni. Powinniśmy zacząć ich spotykać. Jak wnoszą miedzy nas innego ducha, jak zaczynają zmieniać świat dokoła siebie, ten, w którym czasem nie daje się już wytrzymać.

I nie mam na myśli żadnych zamkniętych "oaz", które by, wróciwszy z Lednicy, tworzyli dla siebie i sobie podobnych. Bo to, owszem, dzieje się już i teraz. Ale to jest ucieczka w osobny wymiar, pozostawiająca odłogiem wszystko to, co wymaga naprawy i lekarza. Jeśli na Lednicy co roku zapala się żar, to w Polsce powinno już być trochę cieplej. Wszystkim.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl