|
Lednica - a gdzie to jest?
Józefa Hennelowa
Pytam nie dlatego, że nie wiem. Bywałam tam nie raz, dawno temu, gdy było tam jeszcze
zupełnie pusto. Teraz od kilku lat śledzę coroczne zielonoświątkowe spotkania młodzieży,
o których w mediach coraz więcej. Spotkania nie są dla mnie, to jasne, nie ta
generacja, nawet nie to stulecie - ale właśnie dlatego budzą one coś bardzo angażującego.
Nie są przecież dla widzów. Obiecują spotkanie - o wiele szersze niż to, jakie co
roku staje się udziałem coraz liczniejszej młodzieży nad Gopłem.
Po co tam przyjeżdżają - na to pytanie odpowiadają oni sami, odpowiadają dziennikarze
i duszpasterze. Jedna z tych odpowiedzi, cytowana w "Tygodniku", brzmiała:
"Tutaj nikt nie kryje się ze swoją religijnością". Powiedziała tak
gimnazjalistka, po raz kolejny przyjeżdżająca autostopem, a więc ani szczególnie
komfortowo, ani bezpiecznie. Nawet się zdziwiłam w pierwszej chwili - wcale nie muszę
oglądać w TV Lednicę, by zobaczyć młodzież otwarcie religijną - wystarczy
niedzielna Msza akademicka w najbliższym kościele, kiedy to wychodząc prawie potykam się
o zamodlonych młodych ludzi nic dokoła siebie nie zauważających. Mamy w Krakowie Chrześcijańskie
Dni Żaka i akademicką Drogę Krzyżową w Wielki Piątek, odprawianą na Starym Mieście.
Ale w słowach gimnazjalistki słyszę zaspokojoną potrzebę wspólnoty w świadectwie,
podtrzymanie, jakie daje liczba, a także nasycenie emocjonalne, ubogacone wyrazistością
gestu, symbolu, atmosfery. Lednica jest pod tym względem z roku na rok bogatsza. W
rzeczywistości polskiego Kościoła, po części opartego właśnie na działaniach i
zjawiskach masowych, zajmuje jedno z czołowych miejsc, a jej warstwa
symboliczno-widowiskowa, w wielkiej mierze stanowiąca owoc własnej twórczości
organizatorów, zwłaszcza ojca Jana Góry, na pewno zasługuje na poważną refleksję,
tak nad jej wagą, jak i skutecznością. To osobny temat, daleko wykraczający poza ramy
felietonu. Ja chcę wrócić do owej obietnicy spotkania, o jakiej wspomniałam na początku.
Lednica jest dla mnie taką obietnicą. Dlaczego?
Od sześciu lat w Zesłanie gromadzą się tam młodzi. W tym roku było ich już sto
trzydzieści tysięcy. Z całej Polski. Uroczyście, osobnym tekstem, wybierali Chrystusa
jako mistrza życia. Każdy z osobna składał obietnicę mnożenia swoich talentów (to
symbolika tegoroczna). Każdy, jak co roku, "przechodził przez rybę",
starochrześcijański symbol, "w trzecie tysiąclecie". Na ekranie widzieliśmy
zapalone pochodnie sięgające aż po horyzont. Entuzjazmem odpowiadały pola lednickie na
przekazywane im, jak co roku, słowa Jana Pawła II. To nie była atmosfera prozy i
przyziemności. To był wielki entuzjazm i ogromny żar religijny.
Sto trzydzieści tysięcy to rozkładając na sto trzydzieści polskich miast, po tysiąc
młodych ludzi w każdym z nich. Rozkładając na tysiąc trzysta miejscowości, łącznie
z bardzo małymi - jeszcze po setce w każdej. Taka rzesza ruszyła tego roku z Lednicy po
"naładowaniu akumulatorów" w Polskę taką jaka jest: zimną i samotną,
przenikaną niedobrymi uczuciami wszystkich do wszystkich, zniechęceniem albo agresją,
brakiem miłosierdzia i brutalnością, nieuczciwością i apatią. A ten
"wymarsz" powtarza się już szósty raz. Więc może już powinni zacząć być
widoczni. Powinniśmy zacząć ich spotykać. Jak wnoszą miedzy nas innego ducha, jak
zaczynają zmieniać świat dokoła siebie, ten, w którym czasem nie daje się już
wytrzymać.
I nie mam na myśli żadnych zamkniętych "oaz", które by, wróciwszy z
Lednicy, tworzyli dla siebie i sobie podobnych. Bo to, owszem, dzieje się już i teraz.
Ale to jest ucieczka w osobny wymiar, pozostawiająca odłogiem wszystko to, co wymaga
naprawy i lekarza. Jeśli na Lednicy co roku zapala się żar, to w Polsce powinno już być
trochę cieplej. Wszystkim.
|