|
O umiarze
Andrzej Dobosz
Jeszcze w roku 2000, gdy zmarł w Paryżu pewien znany kolekcjoner, jego zbiory zostały
przewiezione do Londynu i tam sprzedane na aukcji w Sotheby's. Wczesnoosiemnastowieczne
zwierciadło weneckie rozmiarów 170 na 110 cm z ramą zostało wycenione na 58 tysięcy
euro, a dwa biurka Boulle'a na 416 i 366 tysięcy euro. Od ubiegłego roku działają już
w Paryżu obie największe firmy aukcyjne Christie's i Sotheby's, organizując tu, każda,
kilkanaście sprzedaży rocznie. Do tego Hotel Drouot z jego 16 salami. Podczas sezonu, to
jest od połowy września do lipca, ale tak naprawdę warto tam zajrzeć od listopada do
początków czerwca, z dużą przerwą na wakacje zimowe, w poniedziałki, środy i piątki
odbywa się 9 do 11 aukcji równocześnie. W tym czasie w pozostałych salach można
obejrzeć przedmioty, które będą licytowane w dniu następnym. Przy tej równoczesności
wydarzeń nikt już nie panuje nad wszystkimi okazjami. Nawet przy najskromniejszych środkach
można wejść w posiadanie rzeczy bezcennych za grosze, pod warunkiem, że się poświęci
na to niepomiernie wiele czasu. Licytatorzy mają za sobą studia historii sztuki i prawa,
lecz czasem oko ich zawodzi. W wielkich aukcjach uczestniczą oficjalni rzeczoznawcy. Ich
obecność raczej jednak służy windowaniu cen niż zapewnia bezbłędność ocen.
Wśród tych spektakli, gdyż każda aukcja jest pasjonującym, wciągającym uczestników
widowiskiem, niezależnie od tego, czy się osobiście wkracza do akcji, czy do końca
pozostaje się jedynie obserwatorem, najbardziej zdumiewają mnie aukcje bibliofilskie.
Rozumiem, że trzecie wydanie "Esejów" Montaigne'a z roku 1587 w skórzanej
oprawie z epoki wyceniono na 20 tysięcy euro. Ciągle jeszcze racjonalna wydaje się
wycena pierwszego wydania "Czerwonego i czarnego" z r. 1831, we wspaniałej
oprawie, na 12 do 18 tysięcy euro. Natomiast fakt, że trzecie wydanie
"Jaszczura" z tegoż roku 1831 oraz trzecie poprawione wydanie "Ojca
Goriot" z roku 1835, tyle że z dedykacjami autora dla pana Nacquart, jego domowego
osobistego lekarza, dedykacjami brzmiącymi: "Panu N. od autora jako świadectwo
przyjaźni" oraz "Panu N. świadectwo starej i niezmiennej przyjaźni",
zostały sprzedane za 27 tysięcy euro każde, pozwala mi zdać sobie sprawę, jak bardzo
- mimo dwudziestu paru lat pobytu w Paryżu - pozostałem mentalnie w kręgu warszawskich
bibliofilów.
W ciągu kilkunastu lat miałem szczęście znać bliżej Wacława Zawadzkiego. Spotykałem
go w autobusie z Żoliborza lub na Żoliborz - wtedy odprowadzałem go jeszcze do domu, położonego
jakieś trzysta metrów od przystanku. Czasem bywałem tam zapraszany. Kilkaset razy jadałem
obiad w jego towarzystwie w stołówce Związku Literatów na Krakowskim Przedmieściu.
Pan Zawadzki zawsze z uwagą studiował kartę, namyślał się, po czym zawsze zamawiał
obiad jednakowy dla wszystkich członków Związku w cenie 11 złotych.
Starannie wydany tom, zawsze w płótnie, redagowanej przez niego i wydawanej przez PIW
Biblioteki Pamiętników Polskich i Obcych, kosztował wówczas od 35 do 50 złotych. Pan
Zawadzki, złożywszy kiedyś swe zamówienie, opowiedział historyjkę o zubożałym
szlachcicu, któremu z całego majątku pozostał tylko jeden stary służący i jeden
stary frak. Każdego dnia służący był wysyłany na dwór, by zdać sprawę, jaka jest
pogoda i temperatura, a następnie, niezależnie od relacji, następowała dyspozycja:
Janie, proszę podać mi dziś zielony frak.
Zbigniew Raszewski, szkicując w trzecim tomie "Raptularza" portret Zawadzkiego
zwanego powszechnie Puchatkiem, wspomina, jak biograf Krasickiego Zbigniew Goliński
"zapytał go, czy nie ma przypadkiem pierwodruku "Myszeidy", ponieważ
Biblioteka Narodowa nie posiada tego wydania.
- Mam dwa egzemplarze - odparł Puchatek, zadzierając głowę, bo Goliński jest wysoki -
jeden zwykły, a drugi z biblioteki króla. Który pan chce?"
Warszawscy bibliofile wydawali na książki nieporównanie więcej niż reszta
inteligencji, prowadząc skromniejszy od przeciętnego tryb życia, ale jeśli nawet
pracując więcej niż inni, redagując, tłumacząc, pisząc, zarabiali nieco ponad
przeciętną miarę, to i tak nie dysponowali wielkimi sumami. Idąc do państwa
Zawadzkich na wizytę miałem ze sobą małą walizkę, w której odnosiłem pożyczone mi
poprzednio książki. Wychodziłem z wizyty z ich nową porcją. Warszawscy bibliofile
byli przede wszystkim przenikliwymi czytelnikami. Dzielili się skwapliwie swymi
znaleziskami i odkryciami, najpierw z małym kręgiem przyjaciół, ale w miarę swych możliwości
starali się je wprowadzać do powszechnego odbioru. I to im bodaj sprawiało największą
satysfakcję.
Szczęśliwie od dziesięcioleci należę do milionów czytelników "Jaszczura"
i "Ojca Goriot". Gdybym jednak jeszcze nie znał tych książek, czy śmiałbym
prosić o pożyczenie egzemplarza w tej cenie? Czy umiałbym, pogrążając się w
lekturze, zapomnieć jak często, o świecie? Naturalne raczej byłoby ubezpieczenie książki
od pożaru, powodzi i kradzieży. Zamykanie jej przed synem, gdy był jeszcze mały, by
przypadkiem nie rozlał w jej sąsiedztwie soku.
Zupełnym dziwactwem, które Polskę szczęśliwie ominęło, są praktykowane we Francji
od 80 już lat tzw. Edition originale, śmieszące Jerzego Stempowskiego już w roku 1932.
Oto "Chéri" Colette, egzemplarz trzydziesty szósty z wydania liczącego ich
50, na papierze japońskim z ilustracjami artysty, o którym nigdy nie słyszałem, w wymyślnej
oprawie, łączącej skórę z jedwabiem, stanowiącej dzieło dwu artystów introligatorów,
ma kosztować 3 tysiące euro. Colette, wydawana chętnie nie tylko w Polsce w 20-tysięcznych
nakładach, jest we Francji wciąż czytana. Kieszonkowe wydania jej prozy można łatwo
nabyć poniżej 10 euro. "Śmierć Wenecji" Maurice Barresa, znanego głównie
jako obrońca honoru armii, w wydaniu ilustrowanym ograniczonym do 225 egzemplarzy, znów
oprawionym przez dwu równocześnie artystów, wyceniono na 2700 euro. O sześć lat późniejsze
wydanie tej samej książki w nakładzie już tylko 160 egz., będące dziełem jednego
introligatora, ma być warte 15 do 23 tysięcy euro.
W moich oczach wspomniane dzieła kunsztu introligatorskiego źle znoszą porównanie z
"Rozmaitościami estetycznymi" Baudelaire'a i "Księgą listów"
Brunona Schulza, wydanymi według projektu graficznego Stanisława Salija przez słowo/obraz
terytoria. Każdy z tych tomów, drukowanych na papierze bezdrzewnym i oprawianych w
czarne płótno przez B.Z.Graf SA w Białymstoku, budzi w czytelniku pasję bibliofilską.
|