dotb.gif

„TP”, Nr 25 (2815), 22 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2815/wiara03.php

Spory-polemiki: wokół antykoncepcji


Takie jest życie

Krzysztof Jankowiak


Żal mi małżeństw, które nie próbują stosować naturalnego planowania rodziny, z góry uznając, że albo jest ono nieskuteczne, albo niemożliwe do stosowania w ich sytuacji. Jeśli mówi się, iż nie wolno nakładać ciężarów nie do uniesienia, to trzeba jasno powiedzieć, iż w bardzo wielu przypadkach chodzi o ciężary nieistniejące.


Kontrowersje wokół katolickiego nauczania na temat odpowiedzialnego rodzicielstwa dotyczą z reguły dwóch zagadnień: uzasadnienia zakazu antykoncepcji oraz praktycznych trudności związanych ze stosowaniem metod naturalnych. Nie inaczej jest w artykule Artura Sporniaka "Seks, miłość i antykoncepcja" ("TP" nr 22/03). Choć miał być poświęcony kwestii zasadności zakazu antykoncepcji, w drugiej części wskazuje przykłady sytuacji, w których stosowanie metod naturalnych jest zdaniem autora niemożliwe bądź utrudnione. Tak naprawdę bowiem to trudności w praktyce stosowania naturalnego planowania rodziny powodują, że wiele małżeństw zaczyna pytać o środki antykoncepcyjne. Z drugiej strony różnica bynajmniej nie sprowadza się do rodzaju metod, jakie zostaną użyte.


Otwarcie na życie

Nie wystarczy stosować metody naturalne, by być w zgodzie z etyką katolicką. To zdanie stanowi klucz do odpowiedzi na pierwszą część rozważań Sporniaka, dotyczącą rozumienia wskazanego w encyklice "Humanae Vitae" otwarcia na przekazywanie życia. Problem w tym, że redaktor "TP" utożsamia owo otwarcie ze stosowaniem metod naturalnych. Pojęcie to jest tymczasem o wiele szersze. Można powiedzieć, że wybór metody jest konsekwencją całej postawy życiowej małżeństwa.

Cóż znaczy "otwarcie na przekazywanie życia"? Przytoczę pytanie, jakie pojawiło się na forum internetowym "Porozmawiajmy o wierze" (www.opoka.org.pl/porozmawiajmy): "Kościół Katolicki staje przeciw antykoncepcji twierdząc, że jest ona złem. Dlaczego więc dopuszcza tzw. metodę naturalną, która tak naprawdę ma takie samo zadanie co chemia (tzn. uchronić się przed niechcianym dzieckiem a zaspokoić swoje potrzeby seksualne)?" Pamiętam, jak niecałe 10 lat temu "Gazeta Wyborcza" swój przegląd metod planowania rodziny zatytułowała "Jak możesz się bronić kobieto". Na tych przykładach można ukazać radykalną różnicę między tym, jak dzisiejszy świat podchodzi do kwestii planowania rodziny, a tym, jak rozumie ją etyka katolicka. Ta ostatnia bowiem nie zna pojęcia "niechciane dziecko". Może być dziecko, którego poczęcia nie planowaliśmy, jednak w każdym wypadku powinno być ono przyjęte. Oczywiście, jego pojawienie się może radykalnie zmienić plany życiowe, jednak wciąż pozostaje ono darem od Boga, nie zaś zagrożeniem.

Kwestia, o której mówię, ma bardzo praktyczne znaczenie. Ponieważ nie ma stuprocentowych sposobów pozwalających uniknąć poczęcia (w ogóle - ani wśród metod naturalnych, ani wśród środków antykoncepcyjnych), z każdego współżycia może począć się dziecko. Nawet więc współżycie "podejmowane celowo w okresie niepłodnym" - jak pisze Sporniak - nie tylko może, lecz musi być otwarte na możliwość przekazania życia.

Tak naprawdę wszystko zaczyna się znacznie wcześniej: w samym nastawieniu do kwestii płodności i rodzicielstwa. Czy małżonkowie rozumieją integralny związek seksualności z rodzicielstwem? Czy rozumieją, że jednym z fundamentalnych celów małżeństwa jest przekazywanie życia? Czy poczęcie i wychowanie dzieci jest dla nich radością i realizacją samych siebie, czy też spełnieniem obowiązku albo zapewnieniem sobie kogoś, kto będzie oparciem na starość? Czy rozumieją, że to Bóg jest Panem i dawcą życia i że Jego z tych spraw nie wolno wyrzucać? Z rozważania tych kwestii rodzi się decyzja co do liczby dzieci i czasu ich poczęcia. Etyka katolicka nie mówi małżonkom, ile mają mieć dzieci. Stwierdza jedynie, że powinni być wielkoduszni, choć zarazem roztropni i odpowiedzialni, oraz powinni brać pod uwagę warunki fizyczne, ekonomiczne, psychologiczne i społeczne ("Humanae Vitae", nr 10).

Co zaś z tym wszystkim mają wspólnego metody naturalne? Uznanie Boga za Pana życia oznacza poszanowanie dla danego przez Niego rytmu płodności. Środki antykoncepcyjne w płodność ingerują - obezpładniając bądź cykl, bądź samo współżycie. Metody naturalne w nic nie ingerują: cykl miesięczny nie zmienia się przez to, że małżonkowie mierzą temperaturę czy prowadzą obserwacje śluzu lub szyjki.

Oczywiście możliwe jest traktowanie metody naturalnej jako swoistego środka antykoncepcyjnego. Myślę jednak, że sama metoda sprzyja temu, by stawać się otwartym na rodzicielstwo. Nie chcę stawiać kategorycznych tez - nikt nie prowadził badań na ten temat (któż byłby zainteresowany ich sfinansowaniem?). Czytałem jednak bardzo wiele świadectw ludzi, którzy przestali stosować antykoncepcję i przeszli na metody naturalne. Jak sami pisali, nie kierowały nimi żadne ideały - powody były prozaiczne, najczęściej zdrowotne (znakomita większość środków antykoncepcyjnych ma przecież negatywny wpływ na zdrowie). Oto po jakimś czasie ci sami ludzie, często z pewnym zaskoczeniem, odkrywali w sobie pragnienie poczęcia dziecka (z reguły kolejnego).

Trzeba jeszcze wspomnieć o dwóch sprawach. Po pierwsze metody naturalne nie służą tylko zapobieganiu ciąży, ale są stosowane również w celu osiągnięcia poczęcia (bardzo wiele par ma z tym kłopoty). Po drugie, małżeństwo stosujące metody naturalne, gdy zapragnie dziecka, w najbliższym cyklu współżyje po prostu w innym czasie. Nie jest tak prosto ze środkami antykoncepcyjnymi. Potrzeba czasu, by organizm kobiety doszedł do równowagi. W przypadku tabletek hormonalnych (najskuteczniejszych!) jest to okres kilkumiesięczny.


Budować miłość

Wróćmy do internetowego pytania. Jego autor widzi obok "uchronienia się przed niechcianym dzieckiem" tylko jeden cel stosowania metod (i w ogóle współżycia): "zaspokoić swoje potrzeby seksualne". Gdy wraz z żoną podjęliśmy się uczestnictwa w różnych wymianach myśli na temat etyki seksualnej, byliśmy zaskoczeni, jak powszechne jest widzenie współżycia wyłącznie w tym aspekcie. Słowo "miłość" pojawia się niezmiernie rzadko. Nawet ludziom, którzy - jak możemy przypuszczać - naprawdę się kochają, współżycie seksualne kojarzy się wyłącznie z zaspokajaniem potrzeb.

Zwracam na to uwagę, umacnianie miłości przez akt seksualny jest bowiem kolejną kwestią podniesioną w tekście Artura Sporniaka. Redaktor "TP", odwołując się do "Humanae Vitae", stawia pytanie o sprzeczność antykoncepcji z miłością małżeńską. Ja wolałbym powiedzieć, w jaki sposób odpowiedzialne rodzicielstwo realizowane za pomocą metod naturalnych miłość umacnia. Papież Paweł VI zresztą w przytoczonym fragmencie encykliki nie tyle krytykuje antykoncepcję, co pokazuje, że odpowiedzialne rodzicielstwo miłość zachowuje.

W jaki sposób? Sporniak idąc za pracą "Miłość i odpowiedzialność" oraz książką o. Meissnera wskazuje na umiejętność panowania nad popędem seksualnym. Oczywiste jest, że metody naturalne umiejętność tę niejako wymuszają - stosując je, nie można współżyć kiedy się chce. I jest tu zasadnicza różnica między opisanym przez Sporniaka stosującym antykoncepcję małżeństwem, ćwiczącym opanowanie "w sytuacjach, w których okoliczności utrudniają lub uniemożliwiają współżycie (choroba dziecka, bardziej intensywna praca zawodowa, nieobecność współmałżonka itp.)". Przepraszam bardzo, gdy przychodzi sytuacja, w której współżycie jest obiektywnie niemożliwe, to umiejętność opanowania musi być już wyćwiczona. W sytuacji wymuszonej niczego się nie wyćwiczy. By sięgnąć do przykładu skrajnego, nierzadko w czasie ciąży lub zaraz po porodzie mężowie dopuszczają się zdrad. Właśnie dlatego, że współżycie jest wówczas niemożliwe, a oni wcześniej nie nauczyli się opanowania.

Umiejętność panowania nad popędem seksualnym jednym przychodzi łatwiej, innym trudniej, na pewno nie można powiedzieć, że wszystkie osoby stosujące antykoncepcję tej umiejętności nie mają. Jednak stosując metody naturalne można tę umiejętność budować. Antykoncepcja tej możliwości nie daje - gdy małżonkowie chcą współżyć, po prostu współżyją. Jeśli więc u kogoś popęd seksualny będzie szczególnie nieopanowany, to gdy pojawi się obiektywna niemożność współżycia, może sobie po prostu nie poradzić.

Stosując metody naturalne małżonkowie muszą współpracować - choćby na najbardziej podstawowym poziomie rozmowy o tym, czy współżycie jest możliwe, kiedy będzie możliwe itd. Wiele małżeństw - i to prawidłowa sytuacja - wychodzi poza ten poziom. Wspólnie prowadzą zapisy, wspólnie dokonują interpretacji. O tym, że nawet najbardziej błahy dialog między małżonkami buduje jedność, nie trzeba chyba nikogo przekonywać.

W tym miejscu dochodzę do sprawy trudnej i delikatnej. Skoro metody naturalne wymagają współpracy małżonków, co się dzieje, gdy tej współpracy nie ma? Może być tak, że metody nie da się stosować. Są sytuacje, w których jedno z małżonków w ogóle nie chce słyszeć o czekaniu na współżycie, o okresach płodnych i niepłodnych. Kościół niuansuje odpowiedzialność moralną w takich sytuacjach (mówił o tym o. Ksawery Knotz w "TP" nr 23). Czy można powiedzieć, że to metody naturalne zawodzą? Prawdziwy dramat leży przecież gdzie indziej - w relacjach między mężem i żoną. Pytanie: czy małżonkowie spróbują popracować nad ich poprawieniem czy po prostu zagłuszą problem, sięgając po środki antykoncepcyjne. Stosowanie tych ostatnich niczego jednak nie rozwiąże - usunie jedynie skutek, nie usunie przyczyny.

Sporniak pisze o pracującym poza domem mężu, który swoich nielicznych przyjazdów nie może zharmonizować z cyklami żony. Wbrew pozorom jest to sytuacja bardzo podobna do tego, o czym mówiłem przed chwilą. Zakładając najlepszą wolę małżonków, trudno utrzymywać, a zwłaszcza budować miłość między nimi, jeśli widzą się bardzo rzadko. Doradcy życia rodzinnego mogą przytaczać dziesiątki przykładów rozbitych małżeństw, gdzie pierwszą przyczyną rozpadu było odrębne zamieszkanie, a obcość wkradała się właściwie niezauważenie: do pewnego momentu wszystko było dobrze, a po jakimś czasie, bez żadnej kłótni czy sporów, małżonkowie stwierdzali, że nie mają sobie nic do powiedzenia.

Niemożność stosowania naturalnego planowania rodziny powinna więc stać się tu pierwszym sygnałem: coś trzeba zrobić, przysięgaliśmy przecież trwać przy sobie - a nie w oddaleniu. Zastosowanie środków antykoncepcyjnych (pierwsza możliwość wyjścia z sytuacji, sugerowana przez Sporniaka) usunie problem niedostatecznej częstości współżycia, po pewnym czasie może się jednak okazać, że współżycia nie będzie w ogóle - bo małżonkowie staną się sobie obcy i małżeństwo się rozpadnie. Zmiana pracy jest bezwzględną koniecznością - nie dlatego, by było współżycie, ale po prostu dlatego, by małżeństwo trwało. Trzeba przy tym zauważyć, że w takiej sytuacji mogą istnieć jeszcze inne rozwiązania - przeprowadzka żony do miejsca delegowania męża, zmiana stanowiska pracy przez męża. Niedostateczna częstość współżycia może być potężnym bodźcem do szukania takich rozwiązań - i bardzo dobrze. Wiem, że narażam się na zarzut bujania w obłokach - przecież tak trudno dziś o pracę. Co jednak jest większą wartością - rodzina czy praca? Oczywiście, jedno z drugim nie powinno konkurować, gdy jednak tak się zdarza, trzeba dokonywać wyboru - niekiedy rzeczywiście heroicznego.


Trudności

Trzeba podziękować Arturowi Sporniakowi za to, że w swoich przykładach ukazał trudności rzeczywiste. Dialogi prasowo--internetowe na ten temat pełne są bowiem opisów sytuacji, w których stosowanie naturalnego planowania rodziny ma być niemożliwie, a które są zupełnie nieprawdziwe. Bardzo często np. utożsamia się naturalne planowanie rodziny z kalendarzykiem małżeńskim. Tymczasem uczenia tej historycznej metody zaprzestano co najmniej 20 lat temu. Mówi się także o nieregularności cykli, ale i to wynika prawdopodobnie z zatrzymania na etapie kalendarzyka: metody współczesne wręcz zakładają, że każda kobieta ma na jakimś etapie swego życia cykle nieregularne.

Oprócz tego jako przeszkody wskazuje się choroby, stresy, podróże, przeprowadzki, zmiany klimatu, przyjmowanie niektórych leków. Sytuacje te oczywiście komplikują życie - na wielu płaszczyznach, a więc w dziedzinie płodności także - jednak żadna z nich nie uniemożliwia stosowania metod naturalnych, które przewidują sposób postępowania np. z temperaturami podwyższonymi na skutek choroby, albo ze zmianami objawów wynikającymi ze stresu.

Osobną kwestię stanowi skuteczność. Wciąż słyszymy, że metody naturalne nie są skuteczne. Kłopot pojawia się, gdy usiłujemy znaleźć kogoś, kogo zawiodły. To znaczy owszem, takie osoby są, tyle tylko, że jakoś nie sposób doprosić się od nich wykresów obserwacji cyklu, w którym nastąpiło poczęcie. Piszę o tym dlatego, że żal mi bardzo wielu małżeństw, które nie próbują stosować naturalnego planowania rodziny, z góry uznając, że albo jest ono nieskuteczne albo niemożliwe do stosowania w ich sytuacji. Jeśli mówi się, iż nie wolno nakładać ciężarów nie do uniesienia, to trzeba jasno powiedzieć, iż w bardzo wielu przypadkach chodzi o ciężary nieistniejące. Gdy spotykamy się z małżeństwami, które mówią, że naturalne planowanie rodziny jest w ich wypadku niemożliwe, prosimy o pokazanie zapisów ostatnich cykli oraz cyklu aktualnego. Niestety, z reguły okazuje się, że obserwacje w ogóle nie są prowadzone.

Nie chcę jednak twierdzić, że trudne sytuacje w ogóle się nie zdarzają. Tyle że trudne sytuacje pojawiają się we wszystkich praktycznie dziedzinach życia i nieracjonalnym byłoby przypuszczenie, że będą omijać sferę płodności. Przede wszystkim trzeba ujrzeć je we właściwym świetle - są one wyjątkiem, a nie regułą. Małżeństwa stosujące naturalne planowanie rodziny w ogromnej większości swoich cykli nie mają żadnych kłopotów z ustaleniem okresów płodności i niepłodności ani z prowadzeniem regularnego życia seksualnego.

Na pewno trudniejsze są dwa szczególne okresy: czas po porodzie oraz etap premenopauzy. W obu przypadkach obowiązują inne niż normalnie reguły. Dla bardzo wielu małżeństw ich poznanie jest wystarczającym rozwiązaniem. Gdy metoda sprawia trudności, warto konsultować się z instruktorami naturalnego planowania rodziny (trudno wszystkie nietypowe sytuacje omawiać na podstawowym kursie), a niekiedy i z lekarzem. Nierzadko bowiem to, iż obserwacji prowadzić się nie da, lub że wykres temperatury wygląda nietypowo, jest pierwszym sygnałem zmian chorobowych. Kobieta stosująca naturalne planowanie rodziny może dzięki temu wcześniej, w początkowym stadium choroby, rozpocząć leczenie.

Może jednak zdarzyć się i tak, że rzeczywiście współżyć przez dłuższy czas nie będzie można. Jest to sytuacja rzadka, obejmująca niewielki w sumie odcinek życia, nie ma co jednak udawać, że nie może mieć miejsca. Powiedzmy sobie jasno: nie zawsze małżeństwo może prowadzić współżycie seksualne. Najprostszy przykład to zagrożona ciąża, gdzie z okresem połogu czas koniecznego powstrzymania się od współżycia może sięgnąć nawet roku. Inny przykład to poważna choroba jednego z małżonków - nawet niekonieczne uniemożliwiająca samo współżycie, ale np. narażająca drugiego małżonka na zarażenie. Wniosek jest prosty: miłość nie może być oparta na współżyciu seksualnym. Co więcej, nie może być tym współżyciem uwarunkowana - nie powinno być tak, że bez współżycia małżeństwo będzie przeżywać kryzys. Mamy tu ciekawy paradoks - choć współżycie jest znakiem miłości małżeńskiej, buduje ją i umacnia, miłość ta musi umieć trwać i wzrastać również i bez niego. Takie jest życie.


Krzysztof Jankowiak jest rzecznikiem prasowym Ruchu Światło-Życie, wraz z żoną prowadzi kursy naturalnego planowania rodziny.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl