|
Kościół po referendum
W jedności podzieleni
Marek Zając
Po unijnym referendum, zwycięskim dla jednych, dla innych - niosącym gorycz porażki,
warto zapytać o wpływ dyskusji wokół akcesji do Unii Europejskiej na społeczny
autorytet i wewnętrzną spójność polskiego Kościoła. A także pokusić się o
podsumowanie roli, jaką Episkopat i duchowieństwo odegrały w procesie integracji
naszego kraju z Unią.
Jak dowiedział się "Tygodnik", biskupi nie mieli przygotowanego specjalnego
monitoringu dwóch referendalnych dni; frekwencję i szacunkowe wyniki głosowania śledzili
w mediach. Do ks. Bogusława Trzeciaka, eksperta Episkopatu ds. integracji europejskiej,
nie dotarły też informacje o antyunijnych kazaniach, wygłoszonych w wyborczą niedzielę
(prasa donosiła o sporadycznych przypadkach).
Parafialne cenzurowanie
Jednak tydzień wcześniej w wielu parafiach nie odczytano - mimo decyzji Episkopatu -
przesłania papieskiego do uczestników Pielgrzymki Narodowej do Rzymu (19 maja), w którym
Jan Paweł II poparł starania Polski o członkostwo w UE. Wygłoszone na Placu św.
Piotra przemówienie miało być dołączone do referendalnego listu biskupów (z 2 maja).
Jak to wytłumaczyć? Możliwości są trzy. Pierwsza: w historycznym dla kraju momencie
zawiodła wewnątrzkościelna organizacja - i przemówienie papieskie, wraz z poleceniem
odczytania, nie dotarło na czas do parafii. Druga: proboszczowie zignorowali przełożonych,
a pośrednio zlekceważyli Papieża. Tak kulisy tych wydarzeń wyjaśnia także ks.
Trzeciak: - Faktycznie, do niektórych parafii, także do mojej, nie dotarło przemówienie
papieskie. Ale w niektórych kościołach nie odczytano nawet referendalnego listu biskupów!
To była demonstracja niechęci wobec wejścia Polski do UE. Ci księża, którzy nie
przeczytali z ambon ani papieskiego przesłania, ani listu Episkopatu kierowali się
konkretnymi motywami światopoglądowymi, a dokładnie: "unio-poglądowymi".
Ale istnieje też możliwość trzecia, "przyziemna". Wielu proboszczów, z którymi
rozmawialiśmy, nie kryło irytacji, że przychodzi czytać im jakiś episkopalny dokument
czwartą niedzielę z rzędu. W dodatku połączenie listu Episkopatu z papieskim przemówieniem
wydłużało lekturę o wiele ponad czas przeciętnego kazania. Niektórzy (ci bardziej
eurosceptyczni) decydowali się więc na czytanie jedynie listu biskupów, niektórzy zaś
(euroentuzjaści) jedynie przemówienia Jana Pawła II, lub - często - odnośnego
fragmentu tego tekstu.
Ruchoma linia kompromisu
- Dyskusja wokół integracji europejskiej potwierdziła, wbrew wielokrotnie powtarzanym
zapewnieniom o jedności, że w niektórych dziedzinach zaangażowania społecznego
istnieje w Kościele wyraźny podział - mówi ks. Trzeciak.
Trudno nie odnieść wrażenia, że oficjalnym wypowiedziom Episkopatu w dziedzinie
integracji przyświecało hasło: zachować jedność. Gdy dziennikarze zapytali bp.
Piotra Liberę, dlaczego biskupi nie zajęli w sprawie wejścia Polski do UE tak wyraźnego
stanowiska jak Jan Paweł II, sekretarz Episkopatu wyjaśnił, że stanowisko biskupów
jest "wynikiem kompromisu". I dodał: "Papież ma perspektywę Wiecznego
Miasta, widzi i może więcej. Nam nie do końca udało się uwolnić od emocji".
Za brakiem klarownego "tak" dla akcesji w obu najważniejszych dokumentach
Episkopatu (dokument "Biskupi polscy wobec integracji europejskiej" z 21 marca
2002 r. oraz "Słowo Biskupów Polskich w sprawie wejścia Polski do Unii
Europejskiej" z 2 maja b.r. należy ocenić jako przychylne w tonie wobec struktur
europejskich, ale trudno wysnuć z nich bezdyskusyjne poparcie dla polskiego członkostwa)
stało kilka powodów. Zdaniem niektórych hierarchów Kościół powinien zachować
wstrzemięźliwość w zajmowaniu stanowiska w sprawach ekonomiczno-politycznych, inni nie
chcieli zaostrzać antagonizmów wśród wiernych, padały też ostrzeżenia przed
rozbiciem Kościoła.
Najważniejszą jednak przyczyną był brak zgody wśród samych biskupów. Nietrudno o
przykłady: wypowiedź sufragana sandomierskiego bp. Edwarda Frankowskiego na Jasnej Górze
(otwarcie wzywał rolników do głosowania w referendum przeciw integracji) bez wątpienia
kontrastuje ze stanowiskiem choćby metropolity katowickiego abp. Damiana Zimonia
("We wspólnej Europie trzeba być, zająć należne nam miejsce i "zrobić
swoje""). A przecież dokumenty Episkopatu podpisać musi i bp Frankowski, i abp
Zimoń.
Dzięki wypracowaniu kompromisowego stanowiska biskupom udało się zachować jedność,
choć napięcia i różnice zdań bywały nieraz dramatyczne (gdy hierarchowie przyjmowali
dokument "Biskupi polscy wobec integracji europejskiej", głosowania dotyczyły
poszczególnych zdań). Trzeba też przyznać, że to przede wszystkim eurosceptycy oddali
pole: we wspomnianych wyżej dokumentach o zjednoczonej Europie mówi się pozytywnie,
wskazując wprawdzie na zagrożenia, nie traktując ich jednak w kategoriach nieusuwalnych
przeszkód na drodze do UE, ale raczej wyzwań, którym sprostać winien chrześcijanin-Europejczyk.
Niemal do ostatniej chwili nie było też pewności, czy ze względu na zaostrzające się
różnice zdań między biskupami Episkopat w ogóle wyda list poświęcony refrendum - jeśli
tak było rzeczywiście, to jego przyjęcie na majowym Zebraniu Plenarnym Konferencji
Episkopatu Polski również jest sukcesem biskupów popierających wejście Polski do UE.
W tym przypadku nie bez znaczenia była m.in. postawa Prymasa, kard. Józefa Glempa, który
wiele razy jasno i zdecydowanie opowiadał się za członkostwem naszego kraju w
strukturach europejskich.
Kościół - z klasą, lewica - bez twarzy
Jeszcze w połowie lat 90. w sprawach europejskich panowało w Kościele milczenie, co
rodziło wrażenie, że biskupi i księża pozostają co najmniej nieufni wobec
integracji. Lody przełamała dopiero wizyta delegacji Episkopatu w Brukseli w listopadzie
1997 r. Biskupi dostrzegli wówczas, że w Unii jest miejsce dla Kościoła, i są
zadania, których Kościół powinien się podjąć. Od tej pory wielokrotnie wypowiadali
się na temat integracji, być może nawet częściej niż politycy. Kościół zaczął
też akcentować duchowy wymiar zjednoczenia, co pozwoliło przenieść unijną dyskusję
z poziomu sporu o dopłaty na płaszczyznę refleksji o europejskich wartościach i tożsamości.
Nie wolno też zapominać, że negocjacyjny finisz przypadł na okres rządów lewicy.
Prasa sugerowała, że Kościół i SLD zawarły nieformalny pakt o nieagresji: za
poparcie biskupów dla integracji (albo choćby życzliwą neutralność) postkomuniści
zrezygnują z przedwyborczych obietnic liberalizacji ustawy antyaborcyjnej. W rzeczywistości
o takiej umowie (w sensie dobijania targu przez obie strony) nie było mowy, ale lewica -
taktycznie - wycofała się przed referendum z realizacji tych haseł światopoglądowych,
które automatycznie zadrażniłyby kontakty z Kościołem.
W grudniu zeszłego roku sekretarz generalny SLD Marek Dyduch uprzedził jednak, że po
czerwcowym głosowaniu rząd wróci do planów korekty ustawy antyaborcyjnej. Sama taka
deklaracja mogła postawić Kościół w trudnej sytuacji, a katolickim eurosceptykom dać
do ręki nowy antyunijny argument. Biskupi umiejętnie rozgraniczyli jednak interes kraju
(członkostwo w Unii) od ukłonów SLD w kierunku "twardego" elektoratu lewicy.
Tymczasem niemal nazajutrz po referendum premier Miller, który kilka miesięcy wcześniej
odciął się od wypowiedzi Dyducha, zapowiedział liberalizację prawa dotyczącego
ochrony życia (choć inicjatywa w tej sprawie nie wyjdzie od rządu, tylko od posłów
SLD). Ostatecznie zatem Kościół wykazał się propaństwowym instynktem, a cynicznie
zgrywający atuty Sojusz wyszedł z całej sprawy - bez twarzy.
Pytania o Episkopat
Z drugiej strony po jednoznacznym poparciu przez Papieża akcesji do Unii, pojawiły się
komentarze, że Jan Paweł II znów uratował honor polskiego Kościoła, decydując się
na gest, na który nie stać było biskupów. Takie opinie wpisują się w tezę od lat
powtarzaną na łamach prasy: że Kościół w Polsce żyje od pielgrzymki papieskiej do
pielgrzymki papieskiej, że własny autorytet buduje niemal wyłącznie na autorytecie
Jana Pawła II, że cierpi na decyzyjny marazm, a rozwiązanie drażliwych problemów albo
odkłada udając, że ich nie ma, albo czeka na interwencję Watykanu.
- W przypadku Kościoła w Polsce nie ma sensu liczyć na gwałtowne zwroty i radykalne
gesty czy oświadczenia - uważa Natalia Jackowska, autorka książki "Kościół
katolicki w Polsce wobec integracji europejskiej". - Stanowisko Episkopatu
wypracowywane jest metodą dialogu i wymiany myśli; te wartości powinniśmy - zwłaszcza
w Polsce - docenić i potraktować jako zaletę, a nie wadę.
Można kwestię postawić też inaczej: skoro Episkopat, ze względu na strukturę
organizacyjną i specyfikę Kościoła polskiego, nie zawsze potrafi podejmować szybkie
decyzje, tym większa odpowiedzialność spada na każdego z biskupów. I trzeba jasno
powiedzieć, że wejście Polski do UE jest w kościelnym kontekście zasługą nie tylko
Papieża, ale również pracy kardynałów: Józefa Glempa, Henryka Gulbinowicza,
Franciszka Macharskiego, abp. Henryka Muszyńskiego, abp. Józefa Życińskiego, abp.
Damiana Zimonia, abp. Tadeusza Gocłowskiego, abp. Alfonsa Nossola, bp. Tadeusza Pieronka
i bp. Alojzego Orszulika, by wymienić tylko tych najbardziej znanych.
Od początku w debacie przedreferendalnej dominowało przekonanie, że wynik głosowania
zależy przede wszystkim od stanowiska Kościoła. Taka wiara wzięła się zapewne stąd,
że większość argumentów eurosceptyków dotyczyła zagrożenia religijnej egzystencji
narodu, ochrony życia, niebezpieczeństwa inwazji kultury masowej i cywilizacji śmierci.
Czy faktycznie Kościół przesądził o frekwencji i wyniku referendum?
- Socjologom niezwykle trudno jest wymierzyć, na ile stanowisko Kościoła zaważyło na
głosowaniu - mówi prof. Tadeusz Szawiel. - Ale mogę postawić ogólną tezę, że moim
zdaniem czytelny, gdy chodzi o poparcie dla Unii, list Episkopatu, a przede wszystkim słowa
Jana Pawła II, miały spory wpływ na decyzje Polaków.
Przeciwną opinię wyraziła prof. Lena Kolarska-Bobińska z Instytutu Spraw Publicznych:
jej zdaniem tylko 3 proc. uwzględniło zdanie Papieża, podejmując decyzję w
referendum.
- O frekwencji i wynikach głosowania - uważa ks. Trzeciak - przesądził nie tyle Kościół,
co autorytety - kościelne (ogromne znaczenie papieskiego przemówienia), ale także społeczne
i polityczne.
- To dzięki Kościołowi udało się przekroczyć 50-procentowy próg frekwencji -
twierdzi Natalia Jackowska. - Oddziaływanie duchowieństwa, obojętnie na rzecz, czy
przeciw akcesji, mobilizowało wiernych do udziału w referendum. Przecież do ważności
referendum przyczynili się również ci, którzy głosowali przeciw - a Kościół równie
skutecznie mobilizował i zwolenników, i przeciwników integracji.
Czy przedreferendalna dyskusja osłabiła czy wzmocniła autorytet Kościoła? Na to
pytanie także mamy różne odpowiedzi. Ks. Trzeciak, ekspert Episkopatu ds. europejskich,
uważa, że autorytet Kościoła nieco ucierpiał na skutek antyunijnej agitacji części
duchownych i świeckich. - Ta działalność pokazała wielu ludziom Kościół zamknięty
w sobie, przesadnie emocjonalny, krótkowzroczny.
Z kolei Natalia Jackowska jest przekonana, że autorytet Kościoła wyszedł z unijnej
debaty wzmocniony, bowiem pokazała ona bowiem, iż zaangażowanie Kościoła w życie
publiczne ma charakter ponadpartyjny i potrafi jednoczyć społeczeństwo.
|