dotb.gif

„TP”, Nr 25 (2815), 22 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2815/wiara01.php

Pytania o Boże Ciało


Procesja wokół Wieczernika

Ks. Dariusz Kowalczyk SI


Co roku wychodzimy na ulice, aby oddać cześć Jezusowi obecnemu pod postacią chleba. Co jednak właściwie mamy na myśli, kiedy - wskazując na hostię - twierdzimy, że jest to prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek? Poszukiwanie odpowiedzi niejednokrotnie przeradzało się w spory, które z jednej strony owocowały doktrynalnymi potępieniami, a z drugiej... mistycznymi wizjami. U początków święta Bożego Ciała znajduje się właśnie heretyk i mistyczka. Zacznijmy jednak od początku, od tajemnicy Wieczernika.


Od Wieczernika do Platona

Wszystko zaczęło się prawie dwa tysiące lat temu w Jerozolimie podczas wieczerzy paschalnej, którą Jezus z Nazaretu spożył z dwunastoma uczniami. Jan Paweł II w Liście do Kapłanów na Wielki Czwartek 2000 roku nakierowuje naszą wyobraźnię na tamtą wieczerzę: "Tak, piszę do was w Wieczerniku, rozmyślając o tym, co wydarzyło się w tych murach w ów pamiętny wieczór przeniknięty tajemnicą. Oczyma duszy widzę Jezusa, widzę Apostołów zgromadzonych razem z Nim przy stole. Zatrzymuję wzrok zwłaszcza na Piotrze: zdaje mi się, że widzę go w chwili, gdy wraz z innymi uczniami przygląda się zdumiony gestom Chrystusa, ze wzruszeniem słucha Jego słów..." (nr 2). Jezus łamiąc chleb, dawał go uczniom i mówił "To jest Ciało moje"; podawał też kielich z winem mówiąc: "To jest moja Krew Przymierza". Jak Dwunastu mogło rozumieć te gesty i słowa? Kiedy pojęli ich najgłębszy sens? Można przypuszczać, że dopiero po spotkaniach ze Zmartwychwstałym oraz po Zesłaniu Ducha Świętego stało się dla nich jasne, że znaki chleba i wina będą odtąd uobecniały na ziemi ciało i krew Jezusa.

Pierwotne wspólnoty judeochrześcijańskie nie miały problemów ze zrozumieniem tego, czym jest Eucharystia. Dla wszystkich - rozumiejących mentalność semicką - było oczywiste, że "ciało" i "krew" nie oznaczają jakichś elementów człowieka, które w połączeniu z innymi, duchowymi częściami tworzą całość. W języku biblijnym "ciało" wskazuje na całego człowieka, który przeżywa swoje życie w ciele. "Krew", a ściślej jej przelanie, wskazuje natomiast na wydarzenie, na śmierć. Dlatego św. Paweł przypomina: "Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb albo pijecie kielich, śmierć Pana głosicie aż przyjdzie" (1 Kor 11,26). A zatem Eucharystia była rozumiana jako dynamiczne uobecnienie wydarzenia, w którym Chrystus przechodzi ze śmierci do życia, a nie jako statyczna, rzeczowa obecność sacrum.

Kolejnym krokiem w rozumieniu Eucharystii było spotkanie nowotestamentalnej wiary z filozofią platońską. Okazało się, że platoński realizm symboliczny, czyli rozumienie symbolu jako realnie zjednoczonego z pierwowzorem, jest pomocne w wyrażeniu tajemnicy eucharystycznej obecności. Jeśli misterium paschalne przyjmiemy za pierwowzór, to celebrowanie Ciała i Krwi byłoby jego symbolem w tym sensie, że sprawując Eucharystię uczestniczymy realnie w tym, czego Jezus Chrystus dokonał. Jan Chryzostom nie bał się nauczać, że było wolą Jezusa, aby symbole chleba i wina uobecniały jego Paschę (zob. "Homilia in. s. Pascha", 39). Niestety, wraz z wejściem plemion germańskich do Kościoła zagubiono platońskie rozumienie symbolu. Pojawiło się przekonanie, że tylko rzeczy są realne, a symbol jest jedynie jakimś zewnętrznym znakiem arbitralnie wybranym przez człowieka i odniesionym z zewnątrz do danej rzeczywistości. To, co symboliczne, stało się przeciwieństwem tego, co realne. W konsekwencji w ostatnich wiekach pierwszego tysiąclecia zapomniano o dynamicznym, misteryjnym i symbolicznym (w sensie platońskim) charakterze sakramentu Chleba i Wina. Eucharystia zaczęła być rozważana jako "rzecz sama w sobie" służąca uzyskaniu łaski.


Heretyk i mistyczka

Niejaki Paschazjusz, opat klasztoru Corbie we Francji, twierdził - zgodnie z wymaganiami "nowego" realizmu - że obecność Chrystusa w Eucharystii nie może być symboliczna, lecz realna. Mnich z tego samego klasztoru, Ratramnus, zauważył jednak, że realność oznacza przestrzenność i materialność, a to - w odniesieniu do sakramentalnej obecności Chrystusa - prowadzi do takiej oto niedorzeczności, iż przyjmując Komunię gryziemy materialne ciało Jezusa. Z teologicznego punktu widzenia język wyrażający tajemnicę Eucharystii znalazł się w ślepym zaułku. Nie udało się z niego wyjść również Berengariuszowi

z Tours (zm. 1088), który głosił symboliczną obecność Jezusa w Eucharystii, i którego z tego powodu okrzyknięto heretykiem negującym obecność realną. Jeśli jednak przeczytamy wyznanie, jakie Synod Laterański w 1059 roku kazał podpisać owemu heretykowi, to ciśnie się pytanie, gdzie w tym sporze przebiegała granica pomiędzy herezją a ortodoksją. Otóż Berengariusz został zmuszony do złożenia takiego oświadczenia: "Po konsekracji chleb i wino, które znajdują się na ołtarzu, nie są tylko sakramentem, lecz właśnie prawdziwym ciałem i krwią naszego Pana Jezusa Chrystusa. Jego ciało i krew są dotykane i łamane rękami kapłanów i kruszone przez zęby wiernych, nie tylko w sakramencie, lecz zmysłowo i prawdziwie" (DS 690).

Rozwiązanie teologicznego pata wskazał pod koniec XI w. Lanfrank z Bec, który - nawiązując do Arystotelesa - odróżnił w eucharystycznych postaciach niewidzialną substancję od widzialnych przypadłości. Przemiana sakramentalna dokonuje się - tłumaczył Lanfrank - na poziomie substancji, a nie przypadłości. Tak udało się odejść od "kanibalistycznych" interpretacji Eucharystii i w połowie XII w. wypracowano termin transsubstancjacja (przemiana substancji chleba w substancję Chrystusa), który podjął Sobór Laterański IV i Sobór Trydencki, a twórczo rozwinął Tomasz z Akwinu.

Zamieszanie wokół Berengariusza i innych "dobrze chcących heretyków" zaowocowało nie tylko nowymi ujęciami prawdy o eucharystycznej obecności, ale także mistycznymi doświadczeniami potwierdzającymi tę obecność. Pod koniec XII wieku szesnastoletnia dziewczyna, dziś znana jako Juliana z Cornillon, miała wizję, w której ujrzała świetlistą tarczę z ciemną plamą. Sam Zbawiciel - jak utrzymywała - wyjaśnił jej, że owa plama oznacza brak w Kościele święta ku czci Jego Ciała i Krwi, które powinno przypadać w czwartek po niedzieli Świętej Trójcy. Obdarowana tą wizją Juliana musiała dużo wycierpieć. Wielu uważało ja za niegodną wiary egzaltowaną zakonnicę. Jednak dzięki staraniom kierownika duchowego mistyczki, archidiakona Jakuba Pantaléona, synod diecezji Liége podjął w 1247 roku decyzję o zaprowadzeniu nowego święta. Uczyniono to jednak bez entuzjazmu. W roku 1258, po dziesięciu latach spędzonych jako pustelnica zamurowana w celi, zmarła Juliana z Cornillon. Cztery lata po jej śmierci we włoskiej miejscowości Bolsena wydarzył się cud eucharystyczny. Rozlane podczas Mszy wino przemieniło się fizycznie w krew. To wydarzenie przyczyniło się do ustanowienia święta Bożego Ciała w całym Kościele. Uczynił to w 1264 roku papież Urban IV, czyli znany nam już Jakub Pantaléon. W liście okólnym "Transiturus de hoc mundo" napisał on: "Dowiedzieliśmy się dawniej, kiedy byliśmy na niższym stopniu hierarchicznym, że pewni katolicy mieli od Boga objawienie, aby to święto obchodzić powszechnie w Kościele". A w innym miejscu: "I choć ten pamiętny sakrament sprawuje się w codziennych uroczystościach mszalnych, uważamy jednak za stosowne i godne, aby raz w roku odbywało się uroczystsze i okazalsze jego wspomnienie, szczególnie na zawstydzenie wiarołomstwa i zdrożności heretyków". W ten oto sposób Urban IV wspomniał w liście ustanawiającym Boże Ciało zarówno mistyczkę Julianę, jak i heretyka Berengariusza. Jednak recepcja Bożego Ciała od strony wiernych, czyli niejako od dołu, dokonała się dzięki organizowanym procesjom.


Adoracja czy Wieczerza?!

W swej ostatniej encyklice, "Ecclesia de Eucharistia", Jan Paweł II zauważa, że "pobożne uczestnictwo wiernych w procesji eucharystycznej w uroczystość Ciała i Krwi Pańskiej jest łaską od Pana..." (nr 10), a jednocześnie niepokoi się, że "istnieją miejsca, w których zauważa się prawie całkowity zanik praktyki adoracji eucharystycznej" (nr 10). Nie brak jednak takich, którzy pytają, czy sama - oparta na ludowym folklorze - uroczystość Bożego Ciała nie "przeżyła się" wraz z odzyskiwaniem na nowo biblijnej i wczesnochrześcijańskiej pobożności eucharystycznej? Jest wszak prawdą, że adoracja Eucharystii poza Mszą świętą rozwinęła się dość późno, a mianowicie w wieku XI jako reakcja na herezję wspominanego już Berengariusza. Rozwijającym się formom adoracji Najświętszego Sakramentu towarzyszyło - niestety - odchodzenie od dynamicznego rozumienia Eucharystii jako paschalnego wydarzenia przejścia ze śmierci do życia. W centrum nie znajdowało się już wspólne spożywanie pokarmów na życie wieczne, ale dokonywana przez kapłana konsekracja i adoracja widzianego z dala Boga, ukrytego w chlebie przed napełnionymi lękiem i trwogą wiernymi. W ten sposób Eucharystia stawała się coraz bardziej tajemną świętą rzeczą, której lepiej było - z obawy przed świętokradztwem - nie spożywać, a coraz mniej paschalną obecnością Pana, który chce nas nakarmić.

Protestanci mają kult Słowa Bożego, u prawosławnych jest wspaniały kult ikon, a Kościół katolicki otrzymał w darze kult eucharystyczny. Ktoś jednak powiedział - i słusznie - że gdyby Jezus chciał, aby go jedynie adorować w Eucharystii, to uczyniłby ją ze złota. Tymczasem Bóg daje się nam w nietrwałych ze swej natury postaciach chleba i wina, bo przede wszystkim chce być spożywany podczas liturgii. Ta słuszna uwaga nie powinna nas zniechęcać do uczestniczenia w procesjach Bożego Ciała, ale winna uwrażliwić na to, że właściwa adoracja Najświętszego Sakramentu jest czymś, co wypływa z pełnego uczestniczenia w Wieczerzy Pańskiej i do niej prowadzi. A zatem idąc w procesjach Bożego Ciała pamiętajmy, że wyszliśmy z Wieczernika i ku niemu zmierzamy...


Ks. Dariusz Kowalczyk został wybrany na przełożonego Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego. Wykłada na Papieskim Wydziale Teologicznym "Bobolanum", ostatnio opublikował "Między dogmatem a herezją" (Więź 2003).

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl