|
Pytania o Boże Ciało
Procesja wokół Wieczernika
Ks. Dariusz Kowalczyk SI
Co roku wychodzimy na ulice, aby oddać cześć Jezusowi obecnemu pod postacią chleba. Co
jednak właściwie mamy na myśli, kiedy - wskazując na hostię - twierdzimy, że jest to
prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek? Poszukiwanie odpowiedzi niejednokrotnie przeradzało
się w spory, które z jednej strony owocowały doktrynalnymi potępieniami, a z
drugiej... mistycznymi wizjami. U początków święta Bożego Ciała znajduje się właśnie
heretyk i mistyczka. Zacznijmy jednak od początku, od tajemnicy Wieczernika.
Od Wieczernika do Platona
 |
 Francesco Trevisani "Cud w Bolsenie" |
|
Wszystko zaczęło się prawie dwa tysiące lat temu w Jerozolimie podczas wieczerzy
paschalnej, którą Jezus z Nazaretu spożył z dwunastoma uczniami. Jan Paweł II w Liście
do Kapłanów na Wielki Czwartek 2000 roku nakierowuje naszą wyobraźnię na tamtą
wieczerzę: "Tak, piszę do was w Wieczerniku, rozmyślając o tym, co wydarzyło się
w tych murach w ów pamiętny wieczór przeniknięty tajemnicą. Oczyma duszy widzę
Jezusa, widzę Apostołów zgromadzonych razem z Nim przy stole. Zatrzymuję wzrok zwłaszcza
na Piotrze: zdaje mi się, że widzę go w chwili, gdy wraz z innymi uczniami przygląda
się zdumiony gestom Chrystusa, ze wzruszeniem słucha Jego słów..." (nr 2). Jezus
łamiąc chleb, dawał go uczniom i mówił "To jest Ciało moje"; podawał też
kielich z winem mówiąc: "To jest moja Krew Przymierza". Jak Dwunastu mogło
rozumieć te gesty i słowa? Kiedy pojęli ich najgłębszy sens? Można przypuszczać, że
dopiero po spotkaniach ze Zmartwychwstałym oraz po Zesłaniu Ducha Świętego stało się
dla nich jasne, że znaki chleba i wina będą odtąd uobecniały na ziemi ciało i krew
Jezusa.
Pierwotne wspólnoty judeochrześcijańskie nie miały problemów ze zrozumieniem tego,
czym jest Eucharystia. Dla wszystkich - rozumiejących mentalność semicką - było
oczywiste, że "ciało" i "krew" nie oznaczają jakichś elementów człowieka,
które w połączeniu z innymi, duchowymi częściami tworzą całość. W języku
biblijnym "ciało" wskazuje na całego człowieka, który przeżywa swoje życie
w ciele. "Krew", a ściślej jej przelanie, wskazuje natomiast na wydarzenie, na
śmierć. Dlatego św. Paweł przypomina: "Ilekroć bowiem spożywacie ten chleb albo
pijecie kielich, śmierć Pana głosicie aż przyjdzie" (1 Kor 11,26). A zatem
Eucharystia była rozumiana jako dynamiczne uobecnienie wydarzenia, w którym Chrystus
przechodzi ze śmierci do życia, a nie jako statyczna, rzeczowa obecność sacrum.
Kolejnym krokiem w rozumieniu Eucharystii było spotkanie nowotestamentalnej wiary z
filozofią platońską. Okazało się, że platoński realizm symboliczny, czyli
rozumienie symbolu jako realnie zjednoczonego z pierwowzorem, jest pomocne w wyrażeniu
tajemnicy eucharystycznej obecności. Jeśli misterium paschalne przyjmiemy za pierwowzór,
to celebrowanie Ciała i Krwi byłoby jego symbolem w tym sensie, że sprawując
Eucharystię uczestniczymy realnie w tym, czego Jezus Chrystus dokonał. Jan Chryzostom
nie bał się nauczać, że było wolą Jezusa, aby symbole chleba i wina uobecniały jego
Paschę (zob. "Homilia in. s. Pascha", 39). Niestety, wraz z wejściem plemion
germańskich do Kościoła zagubiono platońskie rozumienie symbolu. Pojawiło się
przekonanie, że tylko rzeczy są realne, a symbol jest jedynie jakimś zewnętrznym
znakiem arbitralnie wybranym przez człowieka i odniesionym z zewnątrz do danej
rzeczywistości. To, co symboliczne, stało się przeciwieństwem tego, co realne. W
konsekwencji w ostatnich wiekach pierwszego tysiąclecia zapomniano o dynamicznym,
misteryjnym i symbolicznym (w sensie platońskim) charakterze sakramentu Chleba i Wina.
Eucharystia zaczęła być rozważana jako "rzecz sama w sobie" służąca
uzyskaniu łaski.
Heretyk i mistyczka
Niejaki Paschazjusz, opat klasztoru Corbie we Francji, twierdził - zgodnie z wymaganiami
"nowego" realizmu - że obecność Chrystusa w Eucharystii nie może być
symboliczna, lecz realna. Mnich z tego samego klasztoru, Ratramnus, zauważył jednak, że
realność oznacza przestrzenność i materialność, a to - w odniesieniu do
sakramentalnej obecności Chrystusa - prowadzi do takiej oto niedorzeczności, iż
przyjmując Komunię gryziemy materialne ciało Jezusa. Z teologicznego punktu widzenia język
wyrażający tajemnicę Eucharystii znalazł się w ślepym zaułku. Nie udało się z
niego wyjść również Berengariuszowi
z Tours (zm. 1088), który głosił symboliczną obecność Jezusa w Eucharystii, i którego
z tego powodu okrzyknięto heretykiem negującym obecność realną. Jeśli jednak
przeczytamy wyznanie, jakie Synod Laterański w 1059 roku kazał podpisać owemu
heretykowi, to ciśnie się pytanie, gdzie w tym sporze przebiegała granica pomiędzy
herezją a ortodoksją. Otóż Berengariusz został zmuszony do złożenia takiego oświadczenia:
"Po konsekracji chleb i wino, które znajdują się na ołtarzu, nie są tylko
sakramentem, lecz właśnie prawdziwym ciałem i krwią naszego Pana Jezusa Chrystusa.
Jego ciało i krew są dotykane i łamane rękami kapłanów i kruszone przez zęby
wiernych, nie tylko w sakramencie, lecz zmysłowo i prawdziwie" (DS 690).
Rozwiązanie teologicznego pata wskazał pod koniec XI w. Lanfrank z Bec, który - nawiązując
do Arystotelesa - odróżnił w eucharystycznych postaciach niewidzialną substancję od
widzialnych przypadłości. Przemiana sakramentalna dokonuje się - tłumaczył Lanfrank -
na poziomie substancji, a nie przypadłości. Tak udało się odejść od
"kanibalistycznych" interpretacji Eucharystii i w połowie XII w. wypracowano
termin transsubstancjacja (przemiana substancji chleba w substancję Chrystusa), który
podjął Sobór Laterański IV i Sobór Trydencki, a twórczo rozwinął Tomasz z Akwinu.
Zamieszanie wokół Berengariusza i innych "dobrze chcących heretyków"
zaowocowało nie tylko nowymi ujęciami prawdy o eucharystycznej obecności, ale także
mistycznymi doświadczeniami potwierdzającymi tę obecność. Pod koniec XII wieku
szesnastoletnia dziewczyna, dziś znana jako Juliana z Cornillon, miała wizję, w której
ujrzała świetlistą tarczę z ciemną plamą. Sam Zbawiciel - jak utrzymywała - wyjaśnił
jej, że owa plama oznacza brak w Kościele święta ku czci Jego Ciała i Krwi, które
powinno przypadać w czwartek po niedzieli Świętej Trójcy. Obdarowana tą wizją
Juliana musiała dużo wycierpieć. Wielu uważało ja za niegodną wiary egzaltowaną
zakonnicę. Jednak dzięki staraniom kierownika duchowego mistyczki, archidiakona Jakuba
Pantaléona, synod diecezji Liége podjął w 1247 roku decyzję o zaprowadzeniu nowego święta.
Uczyniono to jednak bez entuzjazmu. W roku 1258, po dziesięciu latach spędzonych jako
pustelnica zamurowana w celi, zmarła Juliana z Cornillon. Cztery lata po jej śmierci we
włoskiej miejscowości Bolsena wydarzył się cud eucharystyczny. Rozlane podczas Mszy
wino przemieniło się fizycznie w krew. To wydarzenie przyczyniło się do ustanowienia
święta Bożego Ciała w całym Kościele. Uczynił to w 1264 roku papież Urban IV,
czyli znany nam już Jakub Pantaléon. W liście okólnym "Transiturus de hoc
mundo" napisał on: "Dowiedzieliśmy się dawniej, kiedy byliśmy na niższym
stopniu hierarchicznym, że pewni katolicy mieli od Boga objawienie, aby to święto
obchodzić powszechnie w Kościele". A w innym miejscu: "I choć ten pamiętny
sakrament sprawuje się w codziennych uroczystościach mszalnych, uważamy jednak za
stosowne i godne, aby raz w roku odbywało się uroczystsze i okazalsze jego wspomnienie,
szczególnie na zawstydzenie wiarołomstwa i zdrożności heretyków". W ten oto sposób
Urban IV wspomniał w liście ustanawiającym Boże Ciało zarówno mistyczkę Julianę,
jak i heretyka Berengariusza. Jednak recepcja Bożego Ciała od strony wiernych, czyli
niejako od dołu, dokonała się dzięki organizowanym procesjom.
Adoracja czy Wieczerza?!
W swej ostatniej encyklice, "Ecclesia de Eucharistia", Jan Paweł II zauważa,
że "pobożne uczestnictwo wiernych w procesji eucharystycznej w uroczystość Ciała
i Krwi Pańskiej jest łaską od Pana..." (nr 10), a jednocześnie niepokoi się, że
"istnieją miejsca, w których zauważa się prawie całkowity zanik praktyki
adoracji eucharystycznej" (nr 10). Nie brak jednak takich, którzy pytają, czy sama
- oparta na ludowym folklorze - uroczystość Bożego Ciała nie "przeżyła się"
wraz z odzyskiwaniem na nowo biblijnej i wczesnochrześcijańskiej pobożności
eucharystycznej? Jest wszak prawdą, że adoracja Eucharystii poza Mszą świętą rozwinęła
się dość późno, a mianowicie w wieku XI jako reakcja na herezję wspominanego już
Berengariusza. Rozwijającym się formom adoracji Najświętszego Sakramentu towarzyszyło
- niestety - odchodzenie od dynamicznego rozumienia Eucharystii jako paschalnego
wydarzenia przejścia ze śmierci do życia. W centrum nie znajdowało się już wspólne
spożywanie pokarmów na życie wieczne, ale dokonywana przez kapłana konsekracja i
adoracja widzianego z dala Boga, ukrytego w chlebie przed napełnionymi lękiem i trwogą
wiernymi. W ten sposób Eucharystia stawała się coraz bardziej tajemną świętą rzeczą,
której lepiej było - z obawy przed świętokradztwem - nie spożywać, a coraz mniej
paschalną obecnością Pana, który chce nas nakarmić.
Protestanci mają kult Słowa Bożego, u prawosławnych jest wspaniały kult ikon, a Kościół
katolicki otrzymał w darze kult eucharystyczny. Ktoś jednak powiedział - i słusznie -
że gdyby Jezus chciał, aby go jedynie adorować w Eucharystii, to uczyniłby ją ze złota.
Tymczasem Bóg daje się nam w nietrwałych ze swej natury postaciach chleba i wina, bo
przede wszystkim chce być spożywany podczas liturgii. Ta słuszna uwaga nie powinna nas
zniechęcać do uczestniczenia w procesjach Bożego Ciała, ale winna uwrażliwić na to,
że właściwa adoracja Najświętszego Sakramentu jest czymś, co wypływa z pełnego
uczestniczenia w Wieczerzy Pańskiej i do niej prowadzi. A zatem idąc w procesjach Bożego
Ciała pamiętajmy, że wyszliśmy z Wieczernika i ku niemu zmierzamy...
Ks. Dariusz Kowalczyk został wybrany na przełożonego Prowincji
Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego. Wykłada na Papieskim Wydziale
Teologicznym "Bobolanum", ostatnio opublikował "Między dogmatem a herezją"
(Więź 2003).
|