|
Prasa zagraniczna
Europa rusza do Kongo
Ma to być pierwsza samodzielna misja wojskowa Unii Europejskiej, bez wsparcia USA czy
NATO. Na początku czerwca politycy Unii postanowili podjąć się zadania ryzykownego
militarnie i politycznie: w ogarniętej walkami etnicznymi prowincji Ituri we wschodnim
Kongo ląduje właśnie 1700 żołnierzy z krajów Unii, by - pod dowództwem Francji -
zapobiec tam "drugiej Rwandzie". I o ile wojna w Iraku, która podzieliła Unię,
była katastrofą dla Wspólnej Polityki Zagranicznej UE, teraz w misji w Kongo mają
uczestniczyć kraje z obu "obozów": zarówno Francuzi, Belgowie i Niemcy, jak i
"proamerykańscy" Brytyjczycy i Holendrzy. Co nie zmienia faktu, że udział
tych ostatnich (a także Niemców) jest niewielki, a odpowiedzialność ponoszą na własne
życzenie głównie Francuzi.
Tym bardziej może zdumiewać, że operacja w Kongo - nazwana przez Unię "Artemidą"
(od greckiej bogini łowów), a przez Francję (nie wiedzieć czemu) "Mambą" -
nie wzbudza zainteresowania Francuzów, zajętych własnymi sprawami. Działaniom
forpoczty francuskich spadochroniarzy w buszu, oddalonym o 6500 km od Paryża, prasa i TV
poświęcają może dziesięć razy mniej miejsca niż strajkom wśród śmieciarzy i
nauczycieli. Ale też w świadomości społecznej to jedna z licznych francuskich akcji w
Afryce. W 2003 r. armia francuska interweniowała już trzykrotnie na Czarnym Lądzie i
bierze równocześnie udział w akcji w Liberii. W Afryce zgromadzone są największe poza
krajem kontyngenty wojskowe, a fakt, że często jest to Legia Cudzoziemska, a nie
"francuscy chłopcy" sprawia, że podejście społeczeństwa do własnych ofiar
jest inne niż np. w Niemczech.
Właśnie nastroje w Niemczech są zupełnie odmienne: choć Berlin ma posłać jedynie
"na zaplecze" misji 350 lekarzy i logistyków, a nie oddziały bojowe,
perspektywa misji w Kongo budzi emocje. Tym bardziej, że w tym samym czasie, gdy politycy
podejmowali decyzję o posłaniu Bundeswehry do Afryki, w zamachu w Kabulu zginęło 4
Niemców. Choć armia niemiecka uczestniczy w misjach od lat 90. i zginęło w nich ponad
50 żołnierzy, był to pierwszy atak na Niemców (poprzedni zabici byli ofiarami wypadków
i min). Uderzające, że - jak zauważa dziennik DIE WELT (z 10 czerwca) - po zamachu obok
szoku pojawiło się zakłopotanie: "Niemcom brakuje rytuałów i słów"
stosownych w momentach, gdy wracają trumny z żołnierzami, którzy oddali życie za
bezpieczeństwo Niemiec i ich sojuszników w dalekim Afganistanie.
Poza tym Niemcy zastanawiają się, czy udział w misji w Kongo nie jest pospiesznym
"podarunkiem", złożonym Chirakowi przez Schrödera. "Żołnierze są
instrumentem polityki i dlatego mają prawo domagać się, by politycy wykonywali dobrze
swoją robotę, czyli dostrzegali granice", zauważa dziennik SÜDDEUTSCHE ZEITUNG.
Bo najwyższą cenę płacą potem nie politycy, ale żołnierze. Oddziałów bojowych nie
chce też wysyłać Wielka Brytania - konstatuje londyński GUARDIAN (z 11 czerwca) - a
jedynie setkę inżynierów i sztabowców.
Niewielu Francuzom przychodzi do głowy, że francuskie dowództwo w operacji
"Artemida", to wyzwanie rzucone Bushowi przez Chiraka. Bo też polityczni
analitycy nie nadają temu wydarzeniu tak wysokiej rangi, choć prasa nie stroni od
wielkich słów: dziennik LE FIGARO (z 5 czerwca) ocenia misję w Kongo jako
"polityczny akt" UE, od którego zależy wiarygodność unijnej polityki
obronnej. Podobnie pisze LES ECHOS (z 4 czerwca): po irackich sporach Kongo może nadać
Wspólnej Polityce Zagranicznej "nowy impuls".
Czy udział w tej operacji zaledwie 900 francuskich żołnierzy (stanowiących ponad połowę
1700-osobowego unijnego kontyngentu) - może mieć znaczenie dla francuskiej polityki
zagranicznej? Otóż może: odpowiedzialność polityczna i moralna, jaką wziął na
siebie Paryż, w razie fiaska może zaciążyć na wiarygodności polityki zagranicznej
nie tylko Francji, ale i Unii. Aby akcja powiodła się, żołnierze muszą udać się w
busz, do czego im się nie śpieszy: patrolują ulice Bunii (stolicy Ituri) i chronią
lotnisko. Mordy odbywają się więc nadal, pod bokiem Francuzów. Ale co 1700 żołnierzy
może zdziałać w kraju 7 razy większym od Iraku?
Najwięcej ryzykuje więc Francja. Jeśli Francuzi i ich sojusznicy nie poradzą sobie z
wojną plemienną w Kongo, Chirac będzie musiał udać się do Canossy, by upokorzyć się
przed Bushem. Czasu jest niewiele: do września (to przewidziany koniec akcji
"Artemida"). Dla Chiraca to niedogodny moment do prowadzenia akcji militarnych:
w napiętej sytuacji społecznej w kraju, prezydent nie może liczyć na poparcie społeczeństwa
ani zainteresowanie opinii publicznej.
To perspektywa niezbyt obiecująca dla zagrożonej zagładą ludności Konga.
WP, JKub
|