dotb.gif

„TP”, Nr 25 (2815), 22 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2815/main02.php

Polska po referendum



Krajobraz po referendum

Tadeusz Sławek


Polacy mają w istocie proste i naiwne marzenie: śni im się po nocach zwykła przyzwoitość, czyli sharmonizowana relacja między dobrem jednostki a dobrem powszechnym. Przyzwoitość, o której istnieniu w życiu publicznym zapomnieliśmy. Ci, którzy wierzą w spełnienie tego snu, głosowali za Europą.


Mówi się o historycznym wymiarze tego, co stało się w Polsce 7 i 8 czerwca. Sąd to zapewne słuszny, gdy wypowiadać go z perspektywy wielkich narracji politycznych; oglądany z tego punktu widzenia wynik referendum może być ostatnim akordem istotnie historycznych, bo trwających dziesięciolecia wysiłków Polaków dbających o to, aby mroki chmur realnego socjalizmu nie zakryły bez reszty blasku nieba śródziemnomorza.


Historia jako kamuflaż

Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że przymiotnik "historyczny" spełnia także rolę wygodnego zwrotu retorycznego. Sugerując rozległość i dalekosiężność spojrzenia, przymiotnik "historyczny" pozwala na stworzenie wygodnego dla polityków "pola martwego", które mogą ignorować, a w którym tuż obok nas, a nie w historycznym wymiarze, dzieją się rzeczy zatrważające i zgoła nie licujące z błękitem grecko-rzymskiej pogody duchowej. Gdy premier żywo gestykulując oznajmia patetycznie, iż dokonują się wypadki historyczne, musimy w tych słowach słyszeć także wezwanie innej treści - wydarzenie jest historyczne, a zatem nie przyglądajcie się zbytnio temu, co dzieje się każdego dnia obok was.

Ponadto, zważmy, że o "historyczności" wyniku referendum mówią z wielką gotowością politycy obozu wywodzącego się w prostej linii z tradycji organizacji, która swoją misję upatrywała we włączaniu nas w struktury zgoła nieeuropejskie. Jeżeli zgodnym chórem diagnozują "historyczność" czerwcowej soboty i niedzieli, to czynią to również dlatego, aby dalekosiężnością ukrytą w przymiotniku "historyczny" przysłonić własną przeszłość, o której pamiętać nie chcą i nie mogą, bowiem kierunek wydarzeń współtworzony wówczas przez dzisiejszych prominentów żadną miarą nie odpowiada ich dzisiejszym deklaracjom. Co więcej, "historyczność" w języku polityków podlega silnej personalizacji; gdy premier mówi o historycznym wydarzeniu, to w istocie chce zakomunikować, iż "historyczny", czyli "wielki" jest on sam, a następnie - co rychlej - przeliczyć ów dorobek na drobną monetę głosów w parlamencie. Na koniec, gdy polityk orzeka, że coś jest "historyczne", można z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że czyni tak dlatego, że "niehistoryczna" codzienność jego działania jest niejasna i nieefektywna, zatem przymiotnik "historyczny" ma zakryć miałkość i nieudolność poczynań rządzących gobelinem z wizerunkiem Unii Lubelskiej lub Hołdu Pruskiego.


Trzy Polski i ich władcy

Spójrzmy zatem na wynik referendum nie jako na wydarzenie "historyczne", lecz jako element naszej codzienności. Musimy sobie bowiem uświadomić (a jest to zadanie, które jest wyraźnie sprzeczne z pragmatyką działania naszych polityków), że europejski wymiar istnienia Polski polega nie tylko na obecności 27. przedstawicieli w Radzie Ministrów UE, lecz głównie i zasadniczo na tym, czy europejski sposób myślenia, działania i życia stanie się codziennym żywiołem Polaków. Sprawa ta ma co najmniej dwa aspekty. Pobieżny rzut oka na mapy referendalnej frekwencji i wyborów dokonywanych w zaciszu kabin do głosowania przekonuje, że mamy do czynienia nie z jedną, lecz kilkoma "Polskami".

Jest Polska wielkich miast i regionów takich, jak niedoceniany kulturowo i społecznie Śląsk, w których gotowość do zaakceptowania "Europy" jako modelu życia jest wyrazista. Spora relatywnie rzecz biorąc frekwencja w Katowicach czy Gdańsku nie oznacza tam wyboru Europy jako czegoś nowego, co ma dopiero nadejść, lecz jest wyrazem woli kontynuowania dawno, wiele dziesiątek, a może setek lat temu dokonanego już wyboru kulturowego.

Lecz jest także Polska wschodnich rubieży, gdzie niewielki procent poparcia dla procesu akcesji oznacza nie tylko sprzeciw wobec Unii Europejskiej, lecz - co znacznie groźniejsze - pozwala domniemywać, iż Europa jako formacja pewnych wartości kulturowych nigdy się w tych regionach nie zadomowiła, a jeśli była tam obecna, to jedynie marginalnie i bez powszechnej akceptacji.

Jest wreszcie i trzecia Polska, trudniejsza do ujęcia w kategoriach geograficznych, Polska przenikająca wszystkie regiony i obszary, przenicowująca zarówno miasta, jak i wsie - Polska tych, którzy referendum po prostu zignorowali. Byłoby wielkim błędem traktować to wyłącznie jako dowód bezwolności i braku zainteresowania: ta decyzja była w sporym procencie przemyślanym aktem i sposobem zareagowania na to, co dzieje się w naszym życiu publicznym. Ponad czterdziestoprocentowa absencja wyborcza wynika głównie nie z niechęci do UE (gdyby tak było, ludzie ci, uzewnętrzniając swoje poglądy, poszliby jednak zagłosować), lecz z poczucia daremności wszelkiego gestu, który ze sfery prywatności przeniósłby się do sfery publicznej. Owe niespełna 59% głosujących, które takim upojeniem napełniły elitę władzy, to faktycznie klęska idei społeczeństwa obywatelskiego. I gdyby politykom chodziło o coś więcej niż li tylko o utrzymanie się przy władzy, ich euforia byłaby znacznie mniejsza.

Nie mniej polska klasa polityczna, głównie ta reprezentowana przez SLD, cierpi na pomieszanie relacji władzy i rządzenia. W zdrowym systemie politycznym władzę obejmuje się osobiście i imiennie po to, by sprawować rządy dla najszerzej rozumianego dobra powszechnego. Gdy zasięg powszechnego dobra kurczy się dramatycznie, sygnał to, aby władzę oddać temu, kto lepiej potrafi się o nią zatroszczyć. Obecny rząd uczynił wszystko, by porządek ów pomieszać: rządzenie podporządkowane jest całkowicie władzy i większość poczynań elity politycznej ma na celu nie dobro społeczeństwa, ale wyłącznie przedłużenie stanu dysponowania władzą. To, co służy powszechnemu dobru i publicznemu interesowi zostaje w najlepszym razie bezwzględnie przeliczone na arytmetykę sejmowych głosów, w najgorszym, a obecnie dominującym przypadku, wpisane w służbę prywatnych lub prywatno-partyjnych interesów. Przyglądając się polskiej scenie życia politycznego widać wyraźnie, jak wielką słuszność miała Simone Weil ostrzegając przed destrukcyjnym wpływem mentalności partyjnej na jakość życia publicznego. To, co niesie z sobą oddana władzy partia, to nie tylko centralizacja decyzji i powierzenie ich wyłącznie zaufanym ludziom, lecz przede wszystkim erozja takich wartości, jak prawda i sprawiedliwość. Czytamy w "Londyńskich pismach" Weil: "Nie można badać straszliwie skomplikowanych kwestii życia publicznego, zważając równocześnie z jednej strony na wyłuskiwanie prawdy, sprawiedliwości, dobra publicznego, z drugiej na zachowanie postawy, jaka przystoi członkowi takiego, czy innego ugrupowania. (...) Kto patrzy na jedno, traci z oczu drugie". Nieprzerwane pasmo afer i potknięć, towarzyszące obozowi rządzącemu, wskazuje, w którą stronę kieruje się spojrzenie sporej części jego przedstawicieli.

Kiedy rządzenie służy władzy, a polska rzeczywistość polityczna jest jaskrawym przykładem takiej sytuacji, deprawacji ulegają polityczne obyczaje, których naprawa jest bolesna i długotrwała. Nikła (powiedzmy to wyraźnie i wbrew iluzjom roztaczanym przez rządzących) frekwencja referendalna jest wynikiem upadku przyzwoitości jako sposobu bycia człowieka w świecie publicznym, upadku, za który winę w lwiej części ponosi obecna ekipa rządowa. Można by postawić tezę, iż gdy dodać liczby niegłosujących i tych, którzy oddali głos przeciwko UE powstanie zupełnie inny obraz niż ten malowany triumfalizmem polityków: ok. 65% Polaków (uzupełnijmy to jeszcze o kilka procent spośród tych głosujących na "tak", którzy pragnęli w ten sposób zaprotestować przeciwko stylowi sprawowania władzy przez SLD, a cyfra ta przekroczy znacznie 70%) odniosło się krytycznie nie tyle do UE, co do rządu i podtrzymującej go klasy politycznej jako rzeczników porządku europejskiego. Bowiem to zachowanie sprawującej władzę elity politycznej, zataczanie się od afery do afery, najbardziej zaszkodziło sprawie UE w Polsce.


Bo cóż to znaczy - Europa?

Ci, którzy opowiedzieli się za akcesją, zapewne w znacznym procencie uczynili to w nadziei, że presja europejskich praw, struktur administracyjnych i obyczajów politycznych, a przede wszystkim nacisk opinii publicznej i przywrócona należna jej rola (dzieje rządów Leszka Millera to historia butnego lekceważenia opinii publicznej) sprawi, że w ciągu kilku lat obecna polska elita polityczna i lansowane przez nią zachowania znikną z publicznej sceny. Polska stanie się Europą nie wtedy (choć to konieczne), gdy dostosujemy do wymagań Strasburga i Brukseli nasze prawo, lecz wtedy, gdy "europejskie" stanie się nasze życie, czyli po prostu gdy odrodzi się przyzwoitość (tak zdało by się niewiele) politycznych praktyk. Przyzwoitość ta jest wypadkową wartości, które dla uproszczenia sprowadzę do trzech: otwartości na to, co inne, odmienne, co przychodzi spoza granicy tego, co moje i znajome; myślenia, które dostrzegając znaczenie czynników ekonomicznych nie uczyni z nich jedynego patrona rzeczywistości, bowiem "liczenie" nie może oznaczać rezygnacji z "wartościowania" i "oceniania"; uformowania nowych, obdarzonych wrażliwością i wyobraźnią elit politycznych, dla których pełnienie urzędu publicznego stanie się ponownie "służbą" a nie wyłącznie "władzą", i dla których życie społeczne będzie posiadało inne wymiary prócz tych wymiernych liczbą potencjalnych wyborców.

Europą stanie się Polska wtedy, gdy szef telewizji publicznej godziwie opłacany z pieniędzy podatnika zastanowi się nad tym, że nieprzyzwoitością jest pełnienie tej funkcji, gdy ledwie 2% obywateli ma do niego zaufanie, i równie nieprzyzwoita jest żałosna próba zasłaniania się domniemaną europejską nagrodą. Europa zagości na dobre w Polsce wtedy, gdy wysocy urzędnicy państwa przestaną uprawiać głupie błazenady przed sejmową komisją powołaną do wyjaśnienia bodaj najpoważniejszej afery grożącej stabilności prawa w kraju; gdy rekomendacją do pełnienia wysokiej funkcji przestanie być całkowita amnezja i gorąco deklarowany brak wszelkiej wiedzy. Europa dokona się wtedy, gdy minister przestanie nas przekonywać do tego, że jest słuszne pobieranie podatku od nieistniejących dróg, a jego kolega udowadniać, jak świetnym pomysłem jest zalegalizowanie za drobną opłatą wszelkich pozaprawnych dochodów, w znacznej części pochodzących przecież z przestępstw. Europa, która marzy się Polakom, to ministrowie, którzy w imię wyborczych zobowiązań nie będą demontowali powierzonych sobie dziedzin, a ich żony, konkubiny i kuzyni nie będą kierowali firmami wykonującymi lukratywne prace dla resortów, a lekarstwa na owe patologie nie będą upatrywali w cenzurze nałożonej na prasę.

Polacy mają w istocie proste i naiwne marzenie: śni im się po nocach zwykła przyzwoitość, czyli sharmonizowana relacja między dobrem jednostki a dobrem powszechnym, przyzwoitość, o której istnieniu w życiu publicznym zapomnieliśmy. Ci, którzy wierzą w spełnienie tego snu głosowali za Europą. Cnotę przyzwoitości obecny rząd zastąpił marnym widowiskiem, starannie ukartowaną grą sejmową, w której arytmetyka poselskich głosów zastąpiła dialog ze społeczeństwem. Kiedy po wygranym głosowaniu nad wotum zaufania premier Miller wystąpił wieczorem w telewizyjnym dzienniku nie miał w rozmowie ze Sławomirem Jeneralskim do powiedzenia niczego, prócz garści wygłoszonych gierkowską retoryką nic nieznaczących komunałów i obietnic składanych po raz kolejny, najprawdopodobniej z identycznym co poprzednio skutkiem. Ostatecznie przecież nie chodzi o spełnienie przyrzeczeń, lecz o utrzymanie się przy władzy.

Europa jest także marzeniem o tym, że odnowi się poczucie prawowitości, czyli zachowania zgodnego przede wszystkim z zasadami przyzwoitości, a nie zapisaną literą prawa. Polskie życie polityczne dostarcza obfitą listę spraw, w których ostatecznym imperatywem działania polityka staje się przekonanie, że wszystko to, czego prawo nie zabrania, jest godne i warte uczynienia. "Prawo nie zabrania" jest koronnym dowodem polityka przyłapanego w niejasnej konfiguracji interesów na rzecz słuszności swego postępowania. 10 czerwca, czyli tuż po referendum, które zdecydowało o wejściu Polski do UE Leszek Miller zapytany przez Pawła Smoleńskiego o to, czy dla ludzi takich jak Włodzimierz Czarzasty i Robert Kwiatkowski jest miejsce na polskiej lewicy najpierw długo milczy (trzy kropki w tekście wywiadu w "Gazecie Wyborczej" z 10 czerwca 2003 roku), co zapewne oznacza zakłopotanie nie tyle sytuacją, w jakiej się znalazł, lecz zaskoczenie, że komuś w ogóle może przyjść do głowy pytać o możliwość postępowania dyktowanego przyzwoitością, a potem z rozbrajającą szczerością mówi: "Ci ludzie w sensie prawnym nie są podejrzani. To jest moja odpowiedź." Oto jeden z powodów katastrofy polskiego życia publicznego: z jednej strony ułomny system prawny, który nie dostarcza powodów, dla których prawo miałoby być szanowane, z drugiej - rujnujące jakość życia przeświadczenie, że niebycie formalnie "podejrzanym" jest wystarczającą rekomendacją do pełnienia ważnej publicznej funkcji. Nie chodzi o bycie "poza podejrzeniem", lecz zaledwie o chwilowy brak podejrzeń.

Gdy wysocy funkcjonariusze państwa działają powszechnie wedle zasady, iż wszystko, co nie jest przez prawo zabronione, jest moralnie dozwolone i godne polecenia, gubi się godność i poszanowanie urzędu publicznego, którego przedstawiciel winien działać według imperatywu głoszącego, iż "pewnych zachowań nie wolno się dopuszczać, pomimo, że formalnie prawo milczy na ich temat". "Mamy do tego prawo, wolno nam" - publicznie argumentowali posłowie LPR zasypując Sejm setkami absurdalnych poprawek podczas debaty przedreferendalnej. "Jestem w prawie" - myśli zapewne Gabriel Janowski, spożywając obiad na sejmowej mównicy. "Nie muszę poddawać się ocenie" - mówi premier przed głosowaniem nad wotum zaufania. Źle świadczy o polityku, gdy żmudnie konstruowaną układanką głosów zastępuje poważny namysł nad głosami i sygnałami płynącymi ze społeczeństwa i myli grę sejmową z twardą rzeczywistością. To tylko wybrane przykłady świadczące o upadku myślenia politycznego w Polsce.


Towarzystwo zamknięte

Drugi aspekt oceny referendum wynika więc z konieczności uświadomienia sobie, że podziały w Polsce biegną nie tylko między tymi, którzy Europy chcieli i tymi, którzy jej nie chcieli, lecz przede wszystkim między ludźmi sprawującymi w dramatycznie złym i aroganckim stylu władzę, a społeczeństwem walczącym o zachowanie resztek godności w życiu publicznym. Sytuacja jest bardziej dramatyczna niż ta, którą naszkicował Aleksander Hall pisząc w "GW" o "przepaści między polską obywatelską a Polską, która stoi z boku". Jakiś procent "stanął z boku" upatrując w tym właśnie rozpaczliwej próby ocalenia jakichś resztek przyzwoitości w zmarniałym kompletnie życiu publicznym. Szczery przekaz Halbera do swego towarzysza, dzielący wszystkich na "kolesiów" ("my", którzy za wszelką cenę trzymamy się władzy i przywilejów) i "ch..." ("oni", których przyzwoitość trzeba ośmieszyć i ukazać jako głupią naiwność) jest najlepszym skrótem politycznego przesłania Leszka Millera i jego ekipy. Jak dalece nieeuropejska to doktryna widać, gdy zestawić ją z wizerunkiem Europy, nowej Europy szukającej swego miejsca w świecie amerykańskiej hegemonii, nakreślonym przez Jacquesa Derridę i Jürgena Habermasa, którzy stawiają słuszną tezę o tym, iż los Europy zależy od stopnia, do którego "obywatele jednego narodu" będą w stanie "traktować obywatela innego narodu jako "jednego z nas"". Otwartość na to, co nie moje i co nie podziela moich przekonań, jest absolutnym warunkiem powodzenia przedsięwzięcia zwanego "Europą".

Tymczasem w Polsce życie publiczne dowodnie wskazuje, iż elicie władzy brak takiej otwartości wobec własnego społeczeństwa. Gdy w Polsce władza oddziela się i zamyka w kręgu własnych interesów, gdy załamała się jakakolwiek poważna rozmowa przedstawicieli władzy ze społeczeństwem (dochodzi do tego, że zaczynają ją zastępować rękoczyny), gdy zaczynamy znowu mieć poczucie bycia jedynie mięsem referendalnym bezgranicznie cynicznych polityków, zły to prognostyk dla tych, którzy w referendum 7. i 8. czerwca powiedzieli "tak" Europie.


Tadeusz Sławek jest literaturoznawcą, pracownikiem naukowym Uniwersytetu Śląskiego (byłym rektorem tej uczelni). Ostatnio opublikował "Antygona w świecie korporacji" (2002). Stale współpracuje z "TP".

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl