|
Rząd ma większość, ale nie ma programu
Nowe otwarcie - w ciemno
Janusz A. Majcherek
Sejmowe wystąpienie premiera, poprzedzające głosowanie wniosku o wotum zaufania dla
jego rządu, zostało przez część obserwatorów nazwane "drugim expose". Jeśli
w połowie kadencji istnieje potrzeba, a może nawet konieczność takiego "nowego
otwarcia", to znaczy, że dotychczasowych planów i zapowiedzi nie udało się
zrealizować lub wymagają one zasadniczych zmian.
Faktycznie mamy do czynienia i z fiaskiem dotychczasowej polityki - i z próbą jej
zmiany. W każdym razie dwa lata rządów obozu SLD-UP można uznać za stracone.
 |
 Minister Pracy i Gospodarki Jerzy Hausner w URM po dymisji wicepremiera Grzegorza Kołodki |
|
Poprzednia kadencja tej lewicowej koalicji, w latach 1993-97, upłynęła na dyskontowaniu
sukcesów wypracowanych głębokimi i trudnymi reformami Leszka Balcerowicza oraz
kunktatorskim unikaniu ich kontynuacji. To wprawdzie nie przyniosło uznania wyborców i
skończyło się utratą władzy, ale zagwarantowało spokojne 4 lata sycenia się nią.
Teraz powtórzenie tej pasywnej strategii okazało się niemożliwe i przyniosło kryzys
społecznego zaufania już po kilkunastu miesiącach. Uzyskanie wotum zaufania w Sejmie
nie rozwiązało stojących przed rządem i krajem problemów.
Kołodko odszedł, problemy pozostały
Nie da się uciec od trudnych i odważnych decyzji, bo trzeba równocześnie dokonać
trzech współzależnych, a niemal wykluczających się przedsięwzięć: pobudzić wciąż
wątły wzrost gospodarczy, znaleźć pieniądze na współfinansowanie pomocy przyznanej
przez Unię Europejską oraz zdyscyplinować rozchwiane finanse publiczne. Rządowi
dotychczas nie udało się żadne z nich.
Konflikt między wicepremierem i szefem resortu finansów, Grzegorzem Kołodką a
ministrem gospodarki i pracy, Jerzym Hausnerem dotyczył tego, co ważniejsze: rozkręcanie
koniunktury czy utrzymywanie dyscypliny finansowej. W rezultacie nie ma już wicepremiera
Kołodki, ani jeszcze programu gospodarczego, a przyszłoroczny budżet państwa jest
tylko wirtualny.
Dotychczas minister Hausner proponował pobudzanie wzrostu gospodarczego przez stymulację
popytu konsumpcyjnego, czyli hojniejsze rozdawanie lub mniej pazerne zabieranie podatnikom
pieniędzy. Tak czy tak skutkiem musiałoby być powiększanie deficytu budżetowego. To
nie tylko byłoby ryzykowne z księgowego i makroekonomicznego punktu widzenia, lecz
oznaczałoby także odłożenie na później wypełnienia warunków przystąpienia do unii
monetarnej i przyjęcia przez Polskę wspólnej waluty europejskiej (euro), co planowano
na rok 2007.
Wicepremier Kołodko wykazywał większą odpowiedzialność finansową, lecz tylko
deklaratywnie i na koszt podatników. Przygotowane przez niego założenia przyszłorocznego
budżetu zostały przez ekonomistów uznane za kuglarskie (w wersji łagodniejszej: oparte
na kreatywnej księgowości). Liczne wydatki upchnięto "pod dywan" (do mniej
czytelnych rubryk lub w ogóle poza nie), a część planowanych dochodów została oparta
na irracjonalnych lub wręcz zmyślonych kalkulacjach. Najbardziej znany przykład to 9
mld złotych z tzw. rezerwy rewaluacyjnej Narodowego Banku Polskiego. Co bardziej zgryźliwi
mówią, że to pomysł godny Leppera. Prawnicy sugerują wręcz, że jest on sprzeczny z
konstytucją, która zabrania finansowania budżetu przez bank centralny (bo w praktyce
oznacza to drukowanie pieniędzy). Gdyby księżycowe wyliczenia ministerstwa finansów
sprowadzić do księgowych realiów, to okaże się, że deficyt budżetowy na przyszły
rok zbliża się do 60 mld zł, a więc jest porównywalny z osławioną dziurą budżetową
ministra Bauca, którą rząd Millera rzekomo zasypał. Także na tym polu minione dwa
lata okazują się stracone.
Gorączkowe szukanie pieniędzy
Od przyszłego roku w finansach państwa muszą być uwzględnione dwie nowe i stałe odtąd
pozycje: składka do budżetu UE (2,4 mld euro) oraz środki na współfinansowanie
inwestycji infrastrukturalnych z funduszy pomocowych Unii (jeśli pominąć obiecane
rolnikom uzupełnienie z krajowego budżetu dopłat bezpośrednich, z czego teoretycznie
można się wykręcić). UE stawia nam do dyspozycji na lata 2004-2006 prawie 14 mld euro
na rozwój infrastruktury, ale nie pozwala tego przejeść i zmarnować. Aby z tych pieniędzy
skorzystać dla podniesienia cywilizacyjnego poziomu kraju, trzeba dołożyć ok. 2,5 mld
euro.
Rząd próbował te pieniądze wyrwać obywatelom, kamuflując swój zamysł pokrętnymi
manipulacjami podatkowymi Kołodki czy usiłując wprowadzić winiety drogowe, lansowane
bezskutecznie przez drugiego wicepremiera, Marka Pola (ps. "Winietu").
Dymisja Kołodki (ps. "Tygrys") i awans Jerzego Hausnera na stanowisko głównego
stratega gospodarczego, mogłyby sugerować, że zwyciężyła koncepcja drukowania (lub
pożyczania) pieniędzy, zamiast oszczędniejszego nimi gospodarowania. To jednak nie
takie jasne. Teraz Hausner mówi więcej o ułatwieniach dla przedsiębiorców i
ograniczaniu socjalnej rozrzutności. Premier zaś zwiększył zamieszanie i niejasności
zgłoszoną niespodziewanie propozycją podatku liniowego, dotychczas traktowanego przez
lewicę jako wymysł szatana (którą to opinię podtrzymuje Unia Pracy).
Millerowskie "nowe otwarcie", z Hausnerem w roli koordynatora całej polityki
gospodarczej, oznacza więc, że wszystko zaczyna się od początku, tyle że na zasadzie
"nikt nic nie wie". Wszystko jest potencjalnie możliwe, nie wszystko jest
jednak realne. Rząd dostał wotum zaufania w ciemno, nie przedstawiwszy żadnych
konkretnych projektów, programów czy koncepcji.
Konieczne, ale czy możliwe?
Przygotowany w resorcie gospodarki raport wyraźnie ukazuje to, co analitycy ekonomiczni
wiedzą od dawna, lecz obywatele nie chcą słuchać, a zwłaszcza zmienić: mamy jedno z
najmłodszych społeczeństw w Europie, a jednocześnie jeden z najniższych wskaźników
aktywności zawodowej. Inaczej mówiąc: będąc społeczeństwem na dorobku, pozwalamy
prawie połowie jego uczestników nie pracować, hojnie rozdając im świadczenia i
przywileje socjalne, rujnujące państwo i pochłaniające środki potrzebne na rozwój.
Wnioski są proste: trzeba umożliwić tworzenie miejsc pracy i zachęcać do ich
obsadzania, redukując równocześnie wydatki socjalne.
Sposobów na to rząd nie musi wymyślać. Wystarczy żeby Leszek Miller wziął przykład
ze swojego przyjaciela Gerharda Schroedera. Jak się okazało, także bogate i wysoko
rozwinięte Niemcy nie mogą sobie pozwolić na model, w którym liczba pracujących
spada, rosną szeregi beneficjentów polityki socjalnej, a kraj pogrąża się w recesji.
To w Niemczech powstało przed laty przewrotne i fatalistyczne powiedzonko: "reformy
są konieczne, ale niemożliwe". Na naszych oczach staje się ono nieaktualne,
przynajmniej w Niemczech, gdzie głębokie reformy okazują się możliwe pod rządami
socjaldemokracji. Teraz czas na polską socjaldemokrację, która potwierdziła swój
mandat do sprawowania władzy i nie ma już nic do stracenia. Zachęcanie przez premiera
opozycji do współpracy w przygotowaniu kraju do członkostwa w Unii Europejskiej, nie może
oznaczać oczekiwania, że to kto inny zaproponuje trudne i odważne decyzje, a więc że
będzie można się pozbyć odpowiedzialności, nie pozbywając się władzy.
Kolejnych dwóch lat zmarnować nie wolno.
|