Miłosz: przypomnienia
Lektor
• Czesław Miłosz: WIERSZE TOM 3 - powoli, po jednym tomie na rok wydawane są w ramach
"Dzieł zebranych" Miłosza jego wiersze. Ponieważ zaś od chwili rozpoczęcia
edycji zdążyły się już ukazać dwie nowe książki poetyckie Miłosza: "Druga
przestrzeń" z "Traktatem teologicznym" i poemat "Orfeusz i
Eurydyka", z czterech tomów zapowiadanych w roku 2001 zrobiło się tymczasem pięć...
Tom trzeci obejmuje cztery zbiory, gromadzące wiersze i poematy powstałe w
kalifornijskim okresie życia poety, po osiedleniu się w Berkeley. "Gucio
zaczarowany" (1965), "Miasto bez imienia" (1969), "Gdzie wschodzi słońce
i kędy zapada" (1974) i "Hymn o Perle" (1982) ukazały się po raz
pierwszy w Paryżu u Jerzego Giedroycia. Tom "Gdzie wschodzi słońce..."
doczekał się krajowego wydania w Znaku tuż po Noblu wraz "Królem Popielem"
(1962, przedrukowany w drugim tomie "Wierszy"). Ponieważ była to pierwsza
oficjalnie wydana w Polsce książka Miłosza od czasów "Ocalenia", mimo
dwudziestotysięcznego nakładu ustawiały się po nią przed księgarniami długie
kolejki. Krajowa edycja "Hymnu o Perle" w Wydawnictwie Literackim (rok 1983) miała
już nakład pięćdziesięciotysięczny i też sprzedawano ją spod lady.
Skoro zaś o historii mowa - małe uzupełnienie do noty wydawcy. Czytamy w niej, że
parafrazy z Kabira umieszczone w "Hymnie o Perle" miały pierwodruk w
"Tygodniku Powszechnym", w noworocznym numerze z roku 1980. To prawda - warto
jednak dodać, że dla ukrycia przed cenzurą tożsamości autora podpisane zostały wówczas
nazwiskiem niejakiego Adriana Zielińskiego, postaci znanej z kart "Ocalenia".
Trzeba było jeszcze blisko dziesięciu miesięcy i decyzji noblowskiego jury, by nazwisko
Miłosza mogło zacząć się pojawiać w polskiej prasie bez przeszkód, choć wyłomem
była już w końcu lat 70. zgoda na druk przekładów biblijnych poety w "TP",
"Znaku" i "Twórczości".
Wszystko to jednak przeszłość - teraz najważniejsza jest leżąca przede mną książka,
a w niej frazy, które dawno temu, podczas pierwszej lektury zapadły w pamięć i tkwią
w niej, nieusuwalne. "Była zima, taka jak w tej dolinie...". Pierwsze, wizyjne
wersy "Gucia". "Dużo śpię i czytam Tomasza z Akwinu / albo "Śmierć
Boga" (takie protestanckie dzieło)", z przewrotną ironią nawiasowego wtrącenia.
Wiersze takie jak "O aniołach", "Dar" i "Tak mało",
"Chagrin" i "Filina", "Idea", "Piosenka" i
"Gwiazda Piołun". Oba tytułowe poematy: "Miasto..." i "Gdzie
wschodzi słońce...". I niesamowite poczucie wejścia pomiędzy materializujące się
cienie, w wielogłos zaludniających Miłoszowy świat postaci. Bowiem, jak czytamy w
"Małej pauzie": "Jest porozumienie i jest przymierze / Między wszystkimi,
których pobił i uwolnił czas", a "trwaniu ich miasta nie ma kresu".
(Wydawnictwo Znak, s. 384. Przypisy: Łukasz Tischner i Aleksander Fiut, bibliografia:
Aleksander Fiut, nota wydawcy: Jerzy Illg, Kamil Kasperek. Jak czytamy w nocie, po porównaniu
wersji drukowanych w czasopismach i wydaniach książkowych z rękopisami i maszynopisami
znajdującymi się w archiwum Miłosza w Beinecke Library, do niektórych utworów
wprowadzono decyzją Autora zmiany. Prócz wymienionych wcześniej zbiorów do tomu włączono
także kilka wierszy rozproszonych z lat 1962-1982, wśród nich "List" i
"Do Lecha Wałęsy".)
• Thomas Merton, Czesław Miłosz: LISTY - "przeczytawszy Pańską niezwykłą książkę,
"Zniewolony umysł", uznałem za konieczne napisać do Pana, jako że bez Pańskiej
pomocy nie potrafię iść za tokiem niektórych spośród myśli, jakie książka ta
podsuwa. Chciałby zadać Panu kilka pytań i mam nadzieję, że mi Pan wybaczy takie
narzucanie się". Tak właśnie, listem Mertona do Miłosza datowanym 6 grudnia 1958
roku w opactwie trapistów Our Lady of Gethsemani w stanie Kentucky, rozpoczyna się ta
korespondencja i zarazem przyjaźń. Korespondencja, zrazu bardzo intensywna, w roku 1965
na czas dłuższy przerwana, potrwa dokładnie dziesięć lat. W październiku 1968, gdy
Merton w drodze na Daleki Wschód zatrzyma się w San Francisco, dojdzie do spotkania obu
przyjaciół. 21 listopada w liście z Darjeelingu w Indiach Merton zapowiada: "Wkrótce
udaję się na Cejlon i do Indonezji". To już ostatni list; 10 grudnia 1968 roku, w
dniu 27 rocznicy przybycia do opactwa Gethsemani, amerykański trapista umrze
niespodziewanie w hotelowym bungalowie w Bangkoku, porażony prądem na skutek awarii
wentylatora.
Korespondencja jest niezwykle gęsta i wciąga od pierwszych stron. Śledzimy spotkanie dwóch
silnych i bardzo różnych osobowości, słuchamy ich dialogu, prowadzonego szczerze i
suwerennie, a przy tym z wzajemną sympatią i szacunkiem. Tematów jest wiele: stan współczesnej
kultury, Kościół, Ameryka, Rosja i sytuacja w krajach pod władzą komunistyczną,
ocena przesyłanych sobie utworów. Wątek "Zniewolonego umysłu", od którego
wszystko się zaczęło, także znajduje kontynuację: Merton interesuje się losami Alfy,
czyli Jerzego Andrzejewskiego, z którym Miłosz odnowił tymczasem przyjaźń i spędzają
nawet razem Boże Narodzenie (opis świątecznej wizyty u Miłoszów w Montgeron
znajdziemy w wydanym niedawno "Dzienniku paryskim" Andrzejewskiego).
"Zawsze byłem kryptoreligijny i w konflikcie z politycznym aspektem polskiego
katolicyzmu" - pisze o sobie Miłosz. W mnichu z Gethsemani znajduje wyjątkowego
partnera do rozmowy o swych rozterkach duchowych, o wrażliwości na religijny aspekt
literatury i nadziei na odtworzenie spójnego obrazu świata opartego na metafizycznym
fundamencie, a równocześnie o niezdolności do pełnej akceptacji wiary
zinstytucjonalizowanej i wymagań doktryny, o skłonności do manicheizmu. Kościół jest
dlań ostoją trwałych wartości w dobie zamętu ("Jeśli pomimo mojej słabej wiary
przywieram do takich ludzi jak Pan - pisze w lutym 1960 - to dlatego, że buntuję się
przeciwko temu kompletnemu wariactwu, które się dziś obserwuje w sztuce i literaturze,
a które odzwierciedla bardziej ogólne szaleństwo"), stąd nieufność wobec reform
soborowych, zwłaszcza zaś protest przeciwko usunięciu łaciny z liturgii.
Zasadniczo zgodni w ocenie cywilizacyjnego kryzysu, równie zasadniczo różnią się w
kwestii ruchu pokojowego, w który zaangażował się Merton. "Twoje rozprawy na
temat obowiązków chrześcijanina oraz wojny są dla mnie kompletną zagadką. Może ja
się mylę. Moja reakcja jest emocjonalna: nie" - pisze Miłosz, tłumacząc to zarówno
sceptycyzmem wobec utopijnej moralistyki, jak i nieufnością wobec celów politycznych
ruchu i sposobem, w jaki jest on wykorzystywany przez komunistów. "Głównym
powodem, dla którego wypowiedziałem się, było poczucie, że jestem to winien własnemu
sumieniu - odpowiada Merton. - Miałem zwłaszcza na uwadze niebezpieczeństwo wynikające
z faktu, że część najbardziej wojowniczych ludzi w tym kraju to chrześcijanie, z
jednej strony fundamentalistyczni protestanci, a z drugiej niektórzy katolicy. Jedni i
drudzy dla dokonania "świętego" dzieła zniszczenia w imię Chrystusa i
Chrystusowej prawdy skłonni by byli uciec się do bomby. Jest to absolutnie nie do przyjęcia...".
Kiedy dwanaście lat temu, wkrótce po upadku imperium sowieckiego, ukazało się pierwsze
polskie wydanie "Listów", ten spór wydawał się zamknięty nie tylko za sprawą
śmierci jednego z uczestników. Dziś, po 11 września, po interwencji amerykańskiej w
Afganistanie i w Iraku, w obliczu ofensywnej strategii ekipy prezydenta Busha juniora,
stosunek do wojny jako środka uprawiania polityki znów podzielił chrześcijan i
dyskusja między Mertonem a Miłoszem nabrała nowej aktualności. Nie tylko jednak, a
nawet nie przede wszystkim dlatego warto powrócić do tej arcyciekawej książki. Najważniejsze
jest poczucie, że zostaliśmy dopuszczeni do uczestnictwa w prawdziwej "rozmowie
istotnej", by użyć terminu Witkacego. "Cieszę się, że Pan istnieje" -
kończy jeden z listów Miłosz. Nam też wolno się cieszyć, że los doprowadził do
spotkania tych dwóch niezwykłych ludzi. (Wydawnictwo Znak, s. 174. Przełożyła Maria
Tarnowska. Wstęp: Joanna Gromek. Redakcja i przypisy: Jerzy Illg.)
|