|
„TP”, Nr 25 (2815), 22 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2815/kultura06.php
Wystawa koreańskiej artystki w warszawskiej Zachęcie
Opatrunki dla świata
Bogusław Deptuła
Kim Sooja zawdzięcza światowy sukces własnej odrębności, z której uczyniła największą
siłę.
Przed rokiem pisałem z najwyższym uznaniem o wystawie irańskiej artystki, Shirin
Neshat. Tematem jej prac jest specyficzna sytuacja kobiet w świecie islamu. Kim Sooja
łączy w swojej sztuce tradycję religijną i kulturową Korei, ale czyni to, podobnie
jak Neshat, z dystansu. Obydwie artystki od wielu lat mieszkają w Ameryce. Może odległość
jest niezbędna, by zobaczyć w tak interesujący sposób własną odmienność: historię,
religię, kulturę?
Przez dwadzieścia lat Kim Sooja zajmowała się głównie tkaninami. Szycie to w Korei
absolutnie podstawowa umiejętność kobieca. "Kiedy się rodzimy, zawijają nas w
bawełniane płótno; potem ubieramy się w nie aż do śmierci, a później tradycyjnie
owijają nasze ciało przed pogrzebem. W Korei szczególnie często używamy płótna jako
materiału symbolicznego, przy różnych ważnych okazjach, takich jak ceremonia osiągnięcia
pełnoletności, śluby, pogrzeby i obrzędy ku czci przodków. Płótno jest uważane więc
za coś więcej niż zwykłą tkaninę, jest identyfikowane z ciałem - naczyniem ducha.
Kiedy ktoś umiera, jego rodzina pali ubrania i prześcieradła, których kiedyś używał.
Może to symbolizować wysłanie jego ciała i ducha do nieba, do świata nieznanego"
- mówi artystka. Stąd też naturalne wręcz określenie dla Kim Sooja - "kobieta-igła".
Największą salę warszawskiej Zachęty zapełniły rozwieszone przez Kim Sooja
tradycyjne koreańskie kapy: bardzo kolorowe i wzorzyste. Ta pstrokacizna jest czymś zupełnie
naturalnym dla ojczyzny artystki. I jeszcze jedna wiadomość: te kapy, zrobione z jednego
kawałka albo pozszywane z wielu to również, by tak rzec, walizka, zabierana w podróż.
"Bottari to zawiniątko, tobołek; ludzie zawijają sprzęty domowe, ubrania, książki,
prezenty... najróżniejsze rzeczy; ale moje tobołki zawierają używane ubrania
anonimowych osób (...)".
Patrzę na rozwieszone w sali matejkowskiej kapy, na ich szalone kolory, na zaskakujące,
ultranowoczesne wzory (choć oczywiście przeważają tradycyjne) i widzę fragment innej
cywilizacji, innego traktowania codzienności. Tak, jakby czyjeś życie mogło zmieścić
się w niewielkim tobołku, no, może kilku. Gdybym nie znał słów autorki, zapewne
patrzyłbym na kapy w znacznie bardziej oderwany sposób, jak na rodzaj abstrakcyjnej
instalacji. Ów podpowiedziany kontekst zmienił wszystko.
W innych wystawach Kim wykorzystuje bottari bardziej bezpośrednio. W 1995 roku na koreańskim
biennale w Kwangju artystka pokazała "Przemianę szycia w chodzenie, pamięci ofiar
Kwangju". Za wszelką cenę zapragnęła uczcić pamięć ofiar wydarzeń sprzed piętnastu
lat, kiedy to krwawo spacyfikowano w tym mieście antyrządowe demonstracje. W tym celu
rozrzuciła w lesie dwie i pół tony używanych ubrań i bottari. Las pustych ubrań.
Owszem, kolorowych, ale gdyby to były zielone mundury i data 1940, Kim Sooja miałaby
szansę zostać narodową artystką polską.
"Ciężarówka z bottari na obczyźnie, pamięci ofiar wojny w Kosowie" została
zaprezentowana na Biennale w Wenecji w 1999 roku. Bliskość miejsca i czasu sprawiła, że
było to bardzo trafione ideowo przedsięwzięcie artystyczne.
Ostatnio jednak Kim postanowiła się zatrzymać. Kolejny jej artystyczny pomysł, to stanąć
nieruchomo w ludzkim tłumie na różnych kontynentach. Osiem równoległych projekcji
wideo, na każdej jeden stały i niezmienny punkt: widziana od tyłu postać artystki w
szarym azjatyckim stroju, z długimi czarnymi włosami, spiętymi w koński ogon. Stoi
zawsze tyłem do nas, a wartki potok ludzi napiera na nią, i zarazem na nas. To jest właśnie
"kobieta-igła". Stoi nieruchomo i właściwie nie zwraca niczyjej uwagi - w
Tokio, Szanghaju, Meksyku, Nowym Jorku, Londynie.
Zupełnie inaczej rzecz ma się na ulicy Delhi, Kairu, a w szczególności Lagos. W tamtej
przestrzeni trudno być "kobietą-igłą", bo tam nie respektuje się osobowego
dystansu. Wciąż nie widzimy twarzy Kim, ale mamy nieodparte wrażenie, że trudno jej było
zachować powagę. Ten bardzo prosty zabieg, może nawet bardziej socjologiczny niż
artystyczny, zdaje się definiować kulturowe zachowania narodów.
Z katalogu wystawy dowiadujemy się, że w tych miastach "kobieta-igła" była również
"kobietą-żebraczką". Siedzącą na ulicy - w kucki, z wyciągnięta dłonią.
I znowu różne reakcje. Jedno się nie zmieniło: pozostała odwrócona do widzów tyłem.
I wreszcie ostatnia sala, na dwóch przeciwległych ścianach dwie impresje wideo:
"Kobieta-igła" (1999) leży nieruchoma na skale w Japonii i "Kobieta
praczka" (2000), stoi nad brzegiem rzeki Yamuna w Delhi. Dwa obrazy pozornie podobne.
Jednak w tym pierwszym nie drgnie nic, nawet chmury zdają się trwać w wiecznym
nieporuszeniu. W drugim obrazie rzeka wzbiera powodzią i goni bez opamiętania w dal,
podczas gdy "kobieta-praczka" trwa nieruchomo na brzegu.
Kim Sooja tworzy opatrunki dla świata - nękanego wojnami, walką mężczyzn o władzę i
posiadanie. Kobiety czynią pokój. Kim - paradoksalnie - nawiązuje do europejskiej idei
wiecznej kobiecości, ratującej przed upadkiem. Jest jak Małgorzata modląca się za
Fausta, Solwejga czekająca na Peer Gynta.
Kim rozkłada czerwoną tkaninę na brooklyńskim cmentarzu, z widokiem na wyszczerbioną
panoramę Manhattanu.Wieczna kobiecość okazuje się absolutnie ponadkulturowa.
Kim Sooja, Państwowa Galeria Sztuki Zachęta w Warszawie, maj - lipiec 2003, komisarz
Maria Brewińska.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|