dotb.gif

„TP”, Nr 25 (2815), 22 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2815/kultura05.php



Poranek

Edward Hirsch


Poranek

(15 czerwca 1979)

Nigdy nie zapomnę tego poranku, kiedy moja teściowa
zapadła w otchłań morfinowego snu,

wlokących się godzin poza tym zwyczajnej niedzieli,
gdy wstąpiła do krainy, która nie była prawdziwym snem,

tylko niebiesko-sinym stanem pół-świadomości,
gdzie się chroniła przed cierpieniem.

Przez cały jasny poranek dawaliśmy sobie znaki
i rozmawialiśmy przy niej, nad jej wychudzonym ciałem

podpartym poduszkami, podczas gdy w oczywisty sposób
zbliżał się koniec jej życia na tej planecie.

A ona oddychała z trudem, trudziła się
w tym nie-śnie, dryfowała,

nie wiadomo dokąd - i nagle nie mogłem wytrzymać
ani chwili dłużej. Zbliżyłem się do niej

i zacząłem mówić zachłystując się słowami
bez żadnych pytań, nie bardzo wiedząc, co robię.

Powiedziałem, że jesteśmy tutaj razem, Janet i Sophie
i Susan, która w sąsiednim pokoju grała na fortepianie,

że wszyscy kochamy ją tak bardzo, dziko,
że już jej nam brakuje - i gdzie ona teraz jest? -

że bardzo chcielibyśmy zrobić coś dla niej, cokolwiek,
że każdy z nas ma jakieś zadanie do wykonania na ziemi,

i że jej zadaniem teraz było umieranie,
co robiła tak dobrze, z takim wdziękiem i tak odważnie,

że byliśmy zaskoczeni jej dzielnością.
Wiem, że mnie usłyszała -

bo uniosła powieki i utkwiła we mnie
wzrok. Nie poruszyła się,

tylko patrzyła mi w oczy. To spojrzenie
wryło mi się w pamięć - skupione, przenikliwe, królewskie,

i wtedy przemówiła,
- tyle tylko, że jej głos był zbyt słaby,

żaden dźwięk nie wydostawał się z jej gardła,
lecz jednak mówiła,

i właśnie wtedy Janet i Sophie zaczęły śpiewać
hebrajskie pieśni - nie modlitwy, nie psalmy,

lecz świąteczne hymny z jej szkoły w Detroit
i Gertruda także śpiewała, pamiętała słowa,

- tyle tylko, że nie mogliśmy niczego usłyszeć,
nic się nie dobywało z jej ust, ale stukała

dwoma palcami w brzeg wynajętego szpitalnego łóżka -
i jej wargi poruszały się, śpiewała.

Wtedy Sophie zaczęła opowiadać historie
z ich dzieciństwa, które wydawało się tak odległe

i tak bliskie, wczorajsze, i Gertruda potakiwała,
- tyle tylko, że jej głowa nie drgnęła, ale wszyscy

widzieliśmy, że kiwała nią potwierdzająco,
a wtedy Janet zaczęła mówić o swoim dzieciństwie,

w tym właśnie pokoju,
gdzie przez firanki przenikały promienie słońca,

nagle Gertruda rzuciła się do przodu,
zaczęła machać rękami -

Co to? Co to? Co to? -
bo zakrztusiła się flegmą,

potem opadła na poduszki
i przestała oddychać.


Z ang. tłum. Maja Wodecka


EDWARD HIRSCH (1950), poeta amerykański, opublikował sześć zbiorów poetyckich: "For the Sleepwalkers" (1981), "Wild Gratitude" (1986), "The Night Parade" (1989), "Earthly Measures" (1994), "On Love" (1998) i "Lay back the Darkness" (2003) oraz trzy książki prozatorskie. Laureat m. in. Prix de Rome i Nagrody Amerykańskiej Akademii Sztuki i Literatury. Przez szereg lat wykładał creative writing na University of Houston w Teksasie, obecnie jest prezydentem Fundacji Guggenheima. Był gościem Krakowskich Spotkań Poetów.

Wiersz drukowany powyżej znajdzie się w tomie "Dzika wdzięczność", zawierającym wybór wierszy Hirscha w przekładach Mai Wodeckiej; tom ukaże się wkrótce nakładem wydawnictwa Znak.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl