dotb.gif

„TP”, Nr 25 (2815), 22 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2815/kultura04.php

David Krakauer w klubie Indigo


Drugie płuco Krakowa

Bartłomiej Dobroczyński


Niedawno Nigel Kennedy nagrywał w Krakowie płytę z zespołem Kroke, teraz David Krakauer rejestruje tu swój koncert, za chwilę John Zorn czy Uri Caine zaplanują być może jakieś genialne projekty na Kazimierzu, a Kronos Quartet zrealizuje na przykład ekscytujący film. I stanie się to czymś zwyczajnym.


Od początku zapowiadał się wyjątkowy wieczór. Dawid Krakauer, legenda mocno eklektycznej muzyki o klezmerskich korzeniach - określanej też czasem jako jewish etnojazz - postanowił, że swą pierwszą płytę koncertową nagra właśnie w Krakowie, w klubie Indigo. Wyrazy najwyższego uznania należą się w tym miejscu zarówno właścicielom klubu, jak i Januszowi Makuchowi, dyrektorowi Festiwalu Kultury Żydowskiej, który i tym razem dyskretnie patronował przedsięwzięciu.

Na miejscu okazało się, że wieczór filmuje ekipa przygotowująca dokumentalny materiał o muzyku - panowała więc nieco napięta, ale i ekscytująca atmosfera. Wyjątkowość tego wieczoru to jednak przede wszystkim znak ważnego zjawiska: coraz więcej artystów światowego formatu przyjeżdża do Krakowa, by coś tu wydać albo wystawić. Najlepiej z udziałem publiczności.

Klub Indigo - kameralna piwnica (Krakauer użył określenia "jaskinia"), w której tego wieczoru dość szybko nastąpił efekt cieplarniany - okazał się wymarzonym miejscem dla tego rodzaju przedsięwzięcia. Stwarzał atmosferę intymną, a przy tym energetyczną i nieco kosmopolityczną: taki koncert mógłby odbyć się w dowolnym miejscu zachodniego świata.

Sekstet objawił się w składzie odbiegającym od tego, do czego przyzwyczaili nas wykonawcy kojarzeni z muzyką żydowską. Był oczywiście lider grający na klarnetach ("zwykłym" i basowym), lecz do tego dwie panie (kontrabas i gitara basowa oraz gitara elektryczna), które zarówno grą, jak i zachowaniem przywoływały na myśl legendarny nowofalowy klub CBGB. Wprawdzie akordeonista i perkusista brzmieli i wyglądali dość swojsko, ale towarzyszył im - wykreowany wręcz jako "druga gwiazda wieczoru" - młodzieniec o enigmatycznym pseudonimie "Socalled". Obsługiwał samplery i sekwencery, a wyglądał przy tym "gotycko", jakby żywcem wyjęty z "The Cure" albo "Sisters of Mercy".

Królowała muzyka nie tyle żydowska czy klezmerska, ile w najszerszym tego słowa znaczeniu ludowa - choć trudno byłoby ją precyzyjnie zlokalizować. Po prostu etniczny tygiel z czasów globalizacji i postmodernistycznego eklektyzmu. Motywy rumuńskie bezkolizyjnie spotykały się z nowojorskim filingiem jazzowym, miękko włączały się repetytywne figury basowe i egzotyczne, pustynne zaśpiewy, przełożone wysamplowanymi smyczkami i spowite w hiphopowo-transowe dudnienia.

W efekcie połączenia tych składników obrazy wyczarowywane przez zespół okazały się po epicku niepowściągliwe, a do tego mocno heterodoksyjne: przed oczami naszej wyobraźni przesuwały się sceny z jarmarków i lunaparków, targów końskich i odpustów - rodem z mitycznych raczej niż realnych miasteczek wschodniej Europy. Potem, wraz z rytmami industrialnymi i hiphopowymi, przenieśliśmy się do równie odrealnionych zachodnich metropolii (pełnych emigrantów z Ukrainy, Białorusi i Transylwanii), by nieoczekiwanie powrócić na rumuńskie połoniny, pobrzmiewające pasterskimi dzwonkami i beczeniem owiec. W tle zaś melancholijnie pobrzmiewały kawiarnie Lwowa i Wiednia - niczym w jakiejś fantasmagorii zelektryfikowanego Brunona Schulza, ale w wersji braci Quay, a nie Wojciecha Hasa. A wszystko to nie do końca koszerne.

Osobne słowa należą się głównemu bohaterowi wieczoru: z jego sposobu grania, komentowania własnej muzyki, gawędziarskich wtrętów płynął wyraźny przekaz: oto hymn na cześć istnienia, ewangelia siły życiowej niepowstrzymanej jak górska rzeka. Ta siła objawiała się nie tylko w motorycznych, wręcz wściekłych kawałkach porywających do tańca, ale także w momentach pełnych zadumy i patosu. Jak wtedy, gdy Krakauer zaintonował na klarnecie basowym kompozycję zatytułowaną "Offering", a napisaną po ataku na World Trade Center dla dwóch tancerzy japońskich, zainspirowanych tańcem butoh. Po raz pierwszy wykonano ją niedaleko miejsca tragedii.

Słychać było w tej muzyce historię żydowską: trwanie mimo przeciwności, afirmację na przekór całemu światu, nadzieję wbrew porażającej oczywistości. Klarnet Krakauera brzmiał z większą i straszliwszą mocą niż sprzęgająca się gitara elektryczna u początków rocka. Dźwięki świdrowały uszy i docierały do samego dna ogłuszonej, ale i upojonej duszy.

Pamiętam, jak na przełomie lat 70. i 80. poprzedniego wieku włóczyłem się po krakowskim Kazimierzu, który był wtedy czymś na kształt leprozorium trędowatych domów, gnijących od środka i pokrytych upiornymi liszajami odpadających tynków. Jawił się wtedy jako symbol niepełnej kondycji całego miasta. Trudno było tam oddychać, czegoś wyraźnie brakowało, tak jakby Kraków pozbawiony był jednego płuca.

Potem przyszły zmiany: Kazimierz zaczął kusić oniryczną atmosferą, pojawiły się Festiwale Kultury Żydowskiej, które wpompowywały w to miejsce coraz więcej życiodajnego rytmu. Jednak dopiero podczas koncertu Krakauera i jego zespołu, kiedy sala zaczęła falować, a potem tańczyć w takt transowej muzyki - i wszystko to działo się jak rzecz najzwyklejsza w świecie - pomyślałem sobie, że wreszcie Kraków zaczął oddychać swoim drugim płucem.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl