dotb.gif

„TP”, Nr 25 (2815), 22 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2815/kultura03.php

Plácido Domingo i jego żona Marta w Warszawie


Tradycja i tempo giusto

Tomasz Cyz


Kiedy Marta Domingo prowadziła w Warszawie próby, jej mąż Plácido bił gromkie brawa w operze w Los Angeles. Ona pracowała nad przeniesieniem na warszawską scenę "Jaskółki" Pucciniego, spektaklu, który reżyserowała już trzykrotnie (Bonn, Los Angeles, Waszyngton); on oklaskiwał premierę "Don Giovanniego" w reżyserii Mariusza Trelińskiego, spektaklu, który w ciemno niemal kupił.

A wszystko rozpoczęło się przed kilkoma laty, gdy Domingo obejrzał kasetę z nagraniem warszawskiego przedstawienia "Madama Butterfly" Giacomo Pucciniego w inscenizacji duetu Treliński-Kudlička. Szybko sprowadził obu twórców do Waszyngtonu, by w tamtejszej operze dokonali przeniesienia warszawskiego przedstawienia. W przypadku Mozartowskiego "Don Giovanniego" było już inaczej: spektakl był koprodukcją Teatru Wielkiego - Opery Narodowej i Los Angeles Opera (premiera w Warszawie miała miejsce w grudniu ubiegłego roku, w Stanach - 31 maja 2003).

Na tym jednak rzecz się nie kończy: Domingo ma współpracować przy kolejnej premierze polskiego duetu ("Dama pikowa" Czajkowskiego w Berlinie, grudzień 2003), a już w październiku na warszawskiej scenie będzie śpiewał Zygmunda w Wagnerowskiej "Walkirii". "Teraz każdy dzień traktuję jako dar - mówił podczas pobytu w Polsce. - I na pewno zejdę ze sceny, zanim będzie za późno. Aby pozostawić po sobie dobre wspomnienia".


Historia kurtyzany

"La Rondine", czyli "Jaskółka", nie jest najciekawszą operą Pucciniego i nie ma się co dziwić, że złośliwi nazwali ją "Traviatą dla ubogich". Bohaterka, kurtyzana Magda, poznaje młodego mężczyznę, odżywają w niej wspomnienia o czystej i prawdziwej miłości, opuszcza więc Paryż i starszego od niej protektora Rambalda, i zamieszkuje z ukochanym nad morzem. Ale kiedy młody Ruggero prosi ojca o zgodę na ślub, otrzymuje list: "Kobieta, którą uważasz za godną ciebie, jest kochanką Rambalda". Wściekły porzuca Magdę, która wcześniej ze strachu nie wyjawiła mu prawdy, a teraz zostaje sama i nieszczęśliwa.

"Nie zależało mi na tym, by szokować zmysły, interesowała mnie po prostu historia miłości kurtyzany" - napisała Marta Domingo w programie. Opowieść przedstawiła więc z dbałością o szczegóły wnętrz i kostiumów, tradycyjnie i dość anachronicznie (choć wydaje się, że ten teatr wcale nie aspiruje do bycia innym). W pierwszym akcie przestrzeń sceniczna udawała więc paryski salon, w drugim - kawiarnię w przyćmionym świetle wpadającym przez niebieskie witraże, w trzecim wreszcie - morskie wybrzeże z kiczowato-bajkowym domkiem i folią symulującą ruchy fal. Opera lubi udawanie: śpiewacy często udają, że coś piją, robią, mówią itd. Ale przecież śpiew wcale nie udaje mowy!

Wśród wykonawców intrygowała subtelna i szukająca delikatnych odcieni Joanna Woś (Magda) oraz skupiony i niezwykle stonowany Adam Kruszewski (Rambald); mogła się podobać Katarzyna Trylnik (jako służąca Lisette). Silny tenor Zvetana Michailova stał w mocnym (niedobrym) kontraście do kreowanej postaci: Ruggero Lastouc to młody chłopiec, który nie zna jeszcze życia i przybywa do Paryża może właśnie po to, by je poznać. (Trudno też nie zadać pytania, dlaczego śpiewak w trzecim akcie ubrany został w obcisły podkoszulek, w którym wyglądał, delikatnie mówiąc, dosyć groteskowo.) Natomiast Jacek Kaspszyk po raz kolejny udowodnił, że w każdej partyturze szuka przede wszystkim symfonii i siły Wagnera. Szkoda.


"Wysokie C"

"Śpiewak operowy współdziała w przekazywaniu treści humanistycznych, płynących z wielkich idei arcydzieł muzycznych, a często treści emocjonalne płyną po prostu z serca, czego w zmechanizowanym świecie nic nie jest w stanie zastąpić" - napisał prof. Michał Bristiger. Przypomniał również słowa W.H.Audena (skądinąd autora libretta "The Rake's Progress" Igora Strawińskiego): "każde dobrze wzięte wysokie C obala teorię, wedle której jesteśmy nieodpowiedzialnymi marionetkami w teatrze losu i przypadku". Czy jednak nagrodą za "wysokie C" może być doktorat honoris causa, który Domingo odebrał od warszawskiej Akademii Muzycznej w niedzielne południe, kilka godzin przed premierą "Jaskółki"?

Oczywiście, nie za to (lub nie tylko za to, bo każdemu śpiewakowi wypada życzyć, by choć w części tak śpiewał przysłowiowe "górne C") uhonorowano hiszpańskiego - i po części meksykańskiego także - śpiewaka. Domingo to przecież człowiek-instytucja, to wspaniały tenorowy (pochylony ku rejestrowi barytonowemu) głos i wielkie serce; kiedy w 1985 roku tragiczne trzęsienie ziemi dotknęło Meksyk, na rok anulował wszystkie kontrakty operowe, śpiewając jedynie na charytatywnych koncertach (w Polsce śpiewał w 2000 roku na rzecz kliniki profesora Religi). Wystąpił w niezliczonej ilości spektakli w około 100 różnych partiach - od Mozarta po Wagnera; gościł w nowojorskiej MET, La Scali, Covent Garden, Opera Bastille, Bayreuth, Wiener Staatsoper i wielu innych. Jest także świetnym pianistą, dyrygentem (debiutował "Traviatą" w NYC Opera na początku lat 70.), dyrektorem Opery w Waszyngtonie, doradcą artystycznym i pierwszym gościnnym dyrygentem Los Angeles Opera.

Jeszcze raz prof. Bristiger w cytowanej już recenzji: "Doktorat honoris causa jest uznaniem udziału Artysty-Śpiewaka w tym szczególnym, śpiewanym theatrum, które podjęło takie właśnie wyzwanie: zaprzeczyć idei, że mógłby nami rządzić ślepy los i czysta gra przypadku. Za udział i zasługi w tym teatrze, stojącym pod znakiem ideału, rozpatrujemy dziś nadanie panu Plácido Domingo najbardziej honorowego tytułu. Bez teatru wysokiej sztuki muzycznej, jaką jest opera, kultura byłaby uboższa, zaś bez wartości, jakie weń wniósł Plácido Domingo, opera współczesna byłaby pozbawiona jednego ze swych najważniejszych protagonistów. Tylko o nielicznych artystach można to powiedzieć".

*

Marta Domingo napisała kiedyś o mężu: "To my Plácido opera is not a profession. It is his blood". Plácido Domingo swoje przemówienie po otrzymaniu doktoratu zakończył taką historią. Kilkanaście lat temu uczestniczył w rozmowie Artura Rubinsteina i Daniela Barenboima, którzy przygotowywali się do wieczornego wykonania któregoś z koncertów fortepianowych. W pewnej chwili Barenboim zapytał Rubinsteina, w jakim tempie mają zagrać środkową część. Maestro odpowiedział: "in tempo giusto" (w tempie właściwym).

Staje się już dobrą tradycją, że polski teatr operowy przekracza granice: eksportuje i importuje to, co ciekawe, dobre i najlepsze (poprzednią premierę - "Il viaggio a Reims" Rossiniego świetnie przygotował dyrektor festiwalu Rossiniego w Pesaro, Włoch Alberto Zedda). Pytania na dziś jednak brzmią: czy na pewno z "Jaskółki" nie da się zrobić interesującego i chwilami pięknego teatru, i czy Mariusz Treliński rzeczywiście jest persona non grata w warszawskim Teatrze Wielkim. Na pierwsze mam odpowiedź, na drugie wiem, że nic nie wiem, a raczej nie rozumiem.


Giacomo Puccini, "LA RONDINE" ("Jaskółka"). Libretto: Giuseppe Adami, kierownictwo muzyczne: Jacek Kaspszyk, reżyseria i koncepcja choreograficzna: Marta Domingo, scenografia: Michael Scott. Soliści: Joanna Woś, Katarzyna Trylnik, Zvetan Michailov, Adam Kruszewski, Adam Zdunikowski i inni, Chór, Balet i Orkiestra Teatru Wielkiego, mimowie. Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie (koprodukcja z Los Angeles Opera, The Washington Opera oraz Oper der Bundesstadt Bonn), premiera 8 czerwca 2003.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl