|
Plácido Domingo i jego żona Marta w Warszawie
Tradycja i tempo giusto
Tomasz Cyz
Kiedy Marta Domingo prowadziła w Warszawie próby, jej mąż Plácido bił gromkie brawa
w operze w Los Angeles. Ona pracowała nad przeniesieniem na warszawską scenę "Jaskółki"
Pucciniego, spektaklu, który reżyserowała już trzykrotnie (Bonn, Los Angeles,
Waszyngton); on oklaskiwał premierę "Don Giovanniego" w reżyserii Mariusza
Trelińskiego, spektaklu, który w ciemno niemal kupił.
 |
 Plácido Domingo |
|
A wszystko rozpoczęło się przed kilkoma laty, gdy Domingo obejrzał kasetę z nagraniem
warszawskiego przedstawienia "Madama Butterfly" Giacomo Pucciniego w
inscenizacji duetu Treliński-Kudlička. Szybko sprowadził obu twórców do Waszyngtonu,
by w tamtejszej operze dokonali przeniesienia warszawskiego przedstawienia. W przypadku
Mozartowskiego "Don Giovanniego" było już inaczej: spektakl był koprodukcją
Teatru Wielkiego - Opery Narodowej i Los Angeles Opera (premiera w Warszawie miała
miejsce w grudniu ubiegłego roku, w Stanach - 31 maja 2003).
Na tym jednak rzecz się nie kończy: Domingo ma współpracować przy kolejnej premierze
polskiego duetu ("Dama pikowa" Czajkowskiego w Berlinie, grudzień 2003), a już
w październiku na warszawskiej scenie będzie śpiewał Zygmunda w Wagnerowskiej
"Walkirii". "Teraz każdy dzień traktuję jako dar - mówił podczas
pobytu w Polsce. - I na pewno zejdę ze sceny, zanim będzie za późno. Aby pozostawić
po sobie dobre wspomnienia".
Historia kurtyzany
"La Rondine", czyli "Jaskółka", nie jest najciekawszą operą
Pucciniego i nie ma się co dziwić, że złośliwi nazwali ją "Traviatą dla
ubogich". Bohaterka, kurtyzana Magda, poznaje młodego mężczyznę, odżywają w
niej wspomnienia o czystej i prawdziwej miłości, opuszcza więc Paryż i starszego od
niej protektora Rambalda, i zamieszkuje z ukochanym nad morzem. Ale kiedy młody Ruggero
prosi ojca o zgodę na ślub, otrzymuje list: "Kobieta, którą uważasz za godną
ciebie, jest kochanką Rambalda". Wściekły porzuca Magdę, która wcześniej ze
strachu nie wyjawiła mu prawdy, a teraz zostaje sama i nieszczęśliwa.
"Nie zależało mi na tym, by szokować zmysły, interesowała mnie po prostu
historia miłości kurtyzany" - napisała Marta Domingo w programie. Opowieść
przedstawiła więc z dbałością o szczegóły wnętrz i kostiumów, tradycyjnie i dość
anachronicznie (choć wydaje się, że ten teatr wcale nie aspiruje do bycia innym). W
pierwszym akcie przestrzeń sceniczna udawała więc paryski salon, w drugim - kawiarnię
w przyćmionym świetle wpadającym przez niebieskie witraże, w trzecim wreszcie -
morskie wybrzeże z kiczowato-bajkowym domkiem i folią symulującą ruchy fal. Opera lubi
udawanie: śpiewacy często udają, że coś piją, robią, mówią itd. Ale przecież śpiew
wcale nie udaje mowy!
Wśród wykonawców intrygowała subtelna i szukająca delikatnych odcieni Joanna Woś
(Magda) oraz skupiony i niezwykle stonowany Adam Kruszewski (Rambald); mogła się podobać
Katarzyna Trylnik (jako służąca Lisette). Silny tenor Zvetana Michailova stał w mocnym
(niedobrym) kontraście do kreowanej postaci: Ruggero Lastouc to młody chłopiec, który
nie zna jeszcze życia i przybywa do Paryża może właśnie po to, by je poznać. (Trudno
też nie zadać pytania, dlaczego śpiewak w trzecim akcie ubrany został w obcisły
podkoszulek, w którym wyglądał, delikatnie mówiąc, dosyć groteskowo.) Natomiast
Jacek Kaspszyk po raz kolejny udowodnił, że w każdej partyturze szuka przede wszystkim
symfonii i siły Wagnera. Szkoda.
"Wysokie C"
"Śpiewak operowy współdziała w przekazywaniu treści humanistycznych, płynących
z wielkich idei arcydzieł muzycznych, a często treści emocjonalne płyną po prostu z
serca, czego w zmechanizowanym świecie nic nie jest w stanie zastąpić" - napisał
prof. Michał Bristiger. Przypomniał również słowa W.H.Audena (skądinąd autora
libretta "The Rake's Progress" Igora Strawińskiego): "każde dobrze wzięte
wysokie C obala teorię, wedle której jesteśmy nieodpowiedzialnymi marionetkami w
teatrze losu i przypadku". Czy jednak nagrodą za "wysokie C" może być
doktorat honoris causa, który Domingo odebrał od warszawskiej Akademii Muzycznej w
niedzielne południe, kilka godzin przed premierą "Jaskółki"?
Oczywiście, nie za to (lub nie tylko za to, bo każdemu śpiewakowi wypada życzyć, by
choć w części tak śpiewał przysłowiowe "górne C") uhonorowano hiszpańskiego
- i po części meksykańskiego także - śpiewaka. Domingo to przecież człowiek-instytucja,
to wspaniały tenorowy (pochylony ku rejestrowi barytonowemu) głos i wielkie serce; kiedy
w 1985 roku tragiczne trzęsienie ziemi dotknęło Meksyk, na rok anulował wszystkie
kontrakty operowe, śpiewając jedynie na charytatywnych koncertach (w Polsce śpiewał w
2000 roku na rzecz kliniki profesora Religi). Wystąpił w niezliczonej ilości spektakli
w około 100 różnych partiach - od Mozarta po Wagnera; gościł w nowojorskiej MET, La
Scali, Covent Garden, Opera Bastille, Bayreuth, Wiener Staatsoper i wielu innych. Jest także
świetnym pianistą, dyrygentem (debiutował "Traviatą" w NYC Opera na początku
lat 70.), dyrektorem Opery w Waszyngtonie, doradcą artystycznym i pierwszym gościnnym
dyrygentem Los Angeles Opera.
Jeszcze raz prof. Bristiger w cytowanej już recenzji: "Doktorat honoris causa jest
uznaniem udziału Artysty-Śpiewaka w tym szczególnym, śpiewanym theatrum, które podjęło
takie właśnie wyzwanie: zaprzeczyć idei, że mógłby nami rządzić ślepy los i
czysta gra przypadku. Za udział i zasługi w tym teatrze, stojącym pod znakiem ideału,
rozpatrujemy dziś nadanie panu Plácido Domingo najbardziej honorowego tytułu. Bez
teatru wysokiej sztuki muzycznej, jaką jest opera, kultura byłaby uboższa, zaś bez
wartości, jakie weń wniósł Plácido Domingo, opera współczesna byłaby pozbawiona
jednego ze swych najważniejszych protagonistów. Tylko o nielicznych artystach można to
powiedzieć".
*
Marta Domingo napisała kiedyś o mężu: "To my Plácido opera is not a profession.
It is his blood". Plácido Domingo swoje przemówienie po otrzymaniu doktoratu zakończył
taką historią. Kilkanaście lat temu uczestniczył w rozmowie Artura Rubinsteina i
Daniela Barenboima, którzy przygotowywali się do wieczornego wykonania któregoś z
koncertów fortepianowych. W pewnej chwili Barenboim zapytał Rubinsteina, w jakim tempie
mają zagrać środkową część. Maestro odpowiedział: "in tempo giusto" (w
tempie właściwym).
Staje się już dobrą tradycją, że polski teatr operowy przekracza granice: eksportuje
i importuje to, co ciekawe, dobre i najlepsze (poprzednią premierę - "Il viaggio a
Reims" Rossiniego świetnie przygotował dyrektor festiwalu Rossiniego w Pesaro, Włoch
Alberto Zedda). Pytania na dziś jednak brzmią: czy na pewno z "Jaskółki" nie
da się zrobić interesującego i chwilami pięknego teatru, i czy Mariusz Treliński
rzeczywiście jest persona non grata w warszawskim Teatrze Wielkim. Na pierwsze mam
odpowiedź, na drugie wiem, że nic nie wiem, a raczej nie rozumiem.
Giacomo Puccini, "LA RONDINE" ("Jaskółka"). Libretto: Giuseppe
Adami, kierownictwo muzyczne: Jacek Kaspszyk, reżyseria i koncepcja choreograficzna:
Marta Domingo, scenografia: Michael Scott. Soliści: Joanna Woś, Katarzyna Trylnik,
Zvetan Michailov, Adam Kruszewski, Adam Zdunikowski i inni, Chór, Balet i Orkiestra
Teatru Wielkiego, mimowie. Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie (koprodukcja z Los
Angeles Opera, The Washington Opera oraz Oper der Bundesstadt Bonn), premiera 8 czerwca
2003.
|