dotb.gif

„TP”, Nr 25 (2815), 22 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2815/kraj05.php

Nieznany epizod historii: 50 lat temu to czescy robotnicy jako pierwsi w "bloku" wystąpili przeciw komunizmowi


Czeski bunt: o wolność i chleb

Václav Burian z Pragi i Ołomuńca


W "Zarysie historii Komunistycznej Partii Czechosłowacji" - obowiązującej do 1989 r. wykładni najnowszych dziejów Czech i Moraw - o refomie monetarnej z 1953 r. znajdziemy zaledwie wzmiankę. To dziwne, gdyż było to jedno z najważniejszych wydarzeń lat 50. i (wedle oficjalnej wykładni) jedno z najmądrzejszych posunięć partii komunistycznej, likwidujące "spekulantów" i resztki "wyzyskiwaczy". W istocie reforma dotknęła wszystkich - i stała się katalizatorem zapomnianego dziś wybuchu społecznego.


Niejaki Bohumír Tuhý, kronikarz niewielkiej gminy Rosnice koło Hradca Králové, tak notował w 1953 roku: "Lud - bez względu na przekonania polityczne - był bardzo rozczarowany. Reforma monetarna dotknęła bez wyjątku wszystkich obywateli Republiki. Obojętnie, czy to był robotnik, rolnik lub urzędnik. (...) Podaję tylko kilka przykładów. Robotnik Jiří Furo miał w domu gotówkę, 37 tys. koron, gdyż oszczędzał na zakup nowej sypialni, która powinna była kosztować 40 tys. Po wymianie otrzymał za nie 740 koron, choć wartość sypialni w wyniku reformy obniżyła się zaledwie o połowę. W sąsiedniej gminie pewna rodzina zaoszczędziła 560 tys. na kupno nowego samochodu, który powinien kosztować koło 600 tys. koron. Reforma monetarna plan ów kompletnie rozbiła, a zamiast 600 tys. wypłacono im 11200 koron, natomiast cenę samochodu obniżono do 40 tys.".

Kronikarz Bohumír Tuhý był prawdopodobnie człowiekiem odważnym. Nie był też naiwny. Za takie słowa w Czechosłowacji mógł trafić do więzienia, na wiele lat. Tuhý - żołnierz czechosłowackich legionów podczas I wojny światowej oraz uczestnik antyhitlerowskiego ruchu oporu podczas II wojny światowej - prawdopodobnie nie potrafił kłamać. Nawet w urzędowym dokumencie.


Przeciw "pasożytom"

Na początku lat 50. sytuacja gospodarcza i społeczna w Czechosłowacji - od 1948 roku rządzonej niepodzielnie przez partię komunistyczną - była coraz gorsza. Błyskawiczne załamanie gospodarcze i zubożenie społeczeństwa było wynikiem szybkiej sowietyzacji gospodarki, zapoczątkowanej na zjeździe partii w 1949 r., a mającej na celu nie tylko stworzenie gospodarki centralnie sterowanej, ale też przeprofilowanie przemysłu, z naciskiem na rozbudowę zakładów zbrojeniowych. Czechosłowacja, która w latach 1918-1939 należała do światowej czołówki ekonomicznej - i której strat wojennych nie sposób porównywać nawet ze stratami choćby okupowanej Polski - znalazła się na krawędzi załamania gospodarczego.

Partia miała problem: do 1953 r. udało się zachować względną równowagę tylko za cenę utrzymywania nadal gospodarki przydziałowej - osiem lat po wojnie obowiązywał ciągle system kartkowy, a legalnie działał tylko bardzo wąski wolny rynek, o bardzo wysokich cenach. Od końca II wojny światowej utrzymywano także zamrożenie oszczędności i ubezpieczeń. Partia musiała działać i postanowiła - w ramach systemu, który sama stworzyła - okłamać społeczeństwo i ukryć faktyczną reformę monetarną pod hasłem uderzenia w "niedobitki burżuazji".

Pieniędzy wśród ludności było wtedy za dużo, a towarów za mało. "Głównym ciężarem był nadmiar inflacyjnych pieniędzy jeszcze z czasów hitlerowskiej okupacji, podczas której istniał tzw. Protektorat Czech i Moraw - mówi "Tygodnikowi" Václav Žák, analityk tygodnika "Ekonom". - Teoretycznie można było z tym coś zrobić od razu po wojnie, ale jakoś do tego nie doszło. Zapewne istniały inne rozwiązania, mniej ostre. Partia czuła się jednak na tyle silna, że zdecydowała się na krok radykalny.

Styl oraz sposób skonstruowania informacji, którą 31 maja 1953 r. podał dziennik "Rudé právo" - organ Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Czechosłowacji - odpowiadał wszelkim wymogom "nowomowy". Komunikat zaczynał się obiecująco: "Rząd naszej Republiki oraz KC KPCz ogłosiły decyzję o przeprowadzeniu reformy monetarnej oraz o zniesieniu kartek na towary żywnościowe i przemysłowe. (...) Poprzez reformę tę gospodarka ludu Czechosłowacji otrzymuje pewną walutę, gwarantowaną złotem. Zarazem zabezpieczono, żeby nowe pieniądze pozostały w rękach ludu pracującego, robotników, techników, rolników oraz urzędników, i nie mogły trafić w ręce spekulantów i pasożytów. Równocześnie całkowitej likwidacji ulega system przydziałów, który obowiązywał u nas prawie przez 14 lat".

Prawda, która następowała dalej, przedstawiała się w sposób bardziej szczery i brutalny: "Wymiana pieniędzy, które dziś znajdują się w obiegu, zostanie przeprowadzona w sposób następujący: wszystkim obywatelom, którzy nie korzystają z pracy najemnej, zostanie wymienione 300 koron w starych pieniądzach w stosunku 5 koron starych pieniędzy do 1 korony nowej". Tak samo przeliczano płace oraz mniejsze oszczędności (do 5000 koron). Resztę w stosunku 30:1, a nawet 50:1. Pamiętano nawet o wygranych w państwowej loterii. Wyjątkowo surowo potraktowano natomiast świeże wkłady w kasach oszczędnościowych - może w wyniku podejrzeń, że ich właściciele mogli dysponować jakimiś plotkami o reformie, przygotowywanej zresztą w tajemnicy.


Naród Szwejka, naród Masaryka

Dziś trudno stwierdzić, jakie rzeczywiste poparcie miała Komunistyczna Partia Czechosłowacji w różnych okresach swej władzy (poza jednym wyjątkiem, "Praską Wiosną", ale to osobny rozdział). W ostatnich wyborach, które faktycznie były wyborami - w 1946 roku - zdobyła ona w Czechach prawie 40 proc. głosów (na Słowacji mniej). Ale według niektórych historyków poparcie spadało już przed lutym 1948 r., a więc przed ostatecznym przejęciem władzy przez komunistów. A po 1948 r. powodów do zachwytu było coraz mniej.

Szybko okazało się, że "czechosłowacka droga do socjalizmu" pozostanie kłamstwem lub mrzonką prezydenta Klementa Gottwalda (Gottwald lubił używać takiego zwrotu w swych przemówieniach). Miejsce bogatej tradycji spółdzielczej na wsi zajęła przymusowa kolektywizacja według sowieckiego wzoru, trwał system kartkowy. Założyciela wolnej Czechosłowacji po 1918 r., Tomáša G. Masaryka, najpierw próbowano włączyć do "postępowej linii czeskich dziejów" - obok husytów i braci czeskich - ale to się nie udało. Jego demokratyczne, międzywojenne państwo było w zbyt świeżej pamięci. Kult Masaryka był jednak autentyczny, i to wcale nie wśród tradycyjnej prawicy (szybko zresztą rozbitej), ale także w środowisku robotników, w dużej mierze o poglądach socjaldemokratycznych.

Reforma monetarna z maja 1953 r. wywołała szok wśród wszystkich, poza kierownictwem partii i tymi, którzy z konieczności byli wtajemniczeni w przygotowywanie skomplikowanej operacji, z drukiem nowych banknotów w ZSRR włącznie. Historia odnotowała protesty w duchu szwejkowskim: przed ośrodkiem wymiany pieniędzy w robotniczym mieście Kladno tłum śpiewał popularną w tym czasie piosenkę "Dziś już mamy, cośmy chcieli...", co przez bezpiekę zostało odnotowane jako jawna prowokacja.

Wcale nie szwejkowski charakter miało jednak to, co działo się w pierwszych dniach czerwca, najpierw w Pilźnie - gdzie zastrajkowało, a potem wyszło na ulice kilkanaście tysięcy robotników z zakładów Skody (wtedy Zakłady imienia Lenina). Protesty, strajki pojedynczych wydziałów lub całych fabryk, napisy antykomunistyczne lub antysowieckie odnotowywano w całej Czechosłowacji. Wyjątkową siłę protesty osiągnęły jednak na południowym zachodzie Czech - właśnie w Pilźnie i okolicy, czyli - przypadek lub nie - w jedynym regionie Czechosłowacji, który w 1945 r. wyzwolony został przez Amerykanów (co do dziś jest żywe w pamięci). Pilzno - to nie jest tylko ojczyste miasto najpopularniejszego browaru na świecie, ale też ośrodek przemysłu ciężkiego, z wysoko wykwalifikowanymi robotnikami. Demonstracje odnotowano w tym regionie w wielu miastach i miasteczkach. Ujawniony po 1989 r. raport StB (odpowiednik Urzędu Bezpieczeństwa w PRL) mówi o demonstracjach takie w miastach powiatowych, jak Klatovy, a nawet w małych miejscowościach.

Największa demonstracja miała miejsce 1 czerwca na rynku w Pilźnie: 20-tysięczny tłum wykrzykiwał hasła "Precz z rządem!", "Chcemy nowy rząd!", "Dajcie nam mięso!" i "Chcemy wolnych wyborów!". Ludzie gromadzili się wokół - wtedy jeszcze nie zlikwidowanego - pomnika Masaryka, pojawił się portret jego następcy Eduarda Beneša - powojennego, jeszcze nie-komunistycznego prezydenta. Przez ratuszem tłum śpiewał hymn, aby następnie wedrzeć się do miejskiej stacji radiowej oraz do budynku sądu wojewódzkiego, gdzie zniszczono dokumenty. Za pośrednictwem radia demonstranci chcieli zwrócić się do całej republiki, ale przeszkodziły w tym oddziały wojska i milicji, wsparte czołgami, które dotarły do miasta z rozkazu KC partii.

W Pilźnie, gdzie doszło do starć zbrojnych na ulicach, ogłoszono stan wyjątkowy, a przeciw demonstrantom interweniowało - według oficjalnego raportu wojskowego wywiadu - 1140 żołnierzy, 592 członków straży granicznej oraz wojsk MSW i 460 funkcjonariuszy milicji i paramilitarnej organizacji partyjnej. Raport, dziś już niemożliwy do zweryfikowania, mówi o przynajmniej dwustu rannych. W sądzie wojewódzkim w Pilźnie odbyło się - między 13 a 22 lipca - czternaście zbiorowych procesów (wyroki: od 6 do 14 lat więzienia). W sumie skazano 331 osób, w tym 48 kobiet. Po tej serii nastąpiły kolejne procesy, przed sądami powiatowymi. Aresztowanych skazywano także na przymusowe przesiedlenie, w górskie tereny poniemieckie.

Przypadki bohaterstwa (by użyć słowa wielkiego, ale odpowiedniego) zdarzały się też po drugiej tronie barykady: przeciw górnikom w śląskiej Orlovej wysłano jednostkę milicji bez jej komendanta Františka Bednaříka, który odmówił udziału w tłumieniu protetsu. Natychmiast aresztowany, do domu wrócił dopiero na święta Bożego Narodzenia - jako ważąca zaledwie 40 kilogramów ruina człowieka, z ciężką cukrzycą. Wkrótce zmarł.


Bunt zapomniany

Historia czechosłowackiego protestu w 1953 r., który w Pilźnie nabrał cech zbrojnego powstania, do dziś została opisana tylko fragmentarycznie. Historyków czeka jeszcze badanie kolejnych stosów dokumentów, raportów gminnych, miejskich i powiatowych organów bezpieki i partii. Także po to, aby ówczesnym bohaterom przywrócić pamięć - i nazwiska, których (wielu) nie znamy.

Nie wiadomo nawet, ile było ofiar śmiertelnych. Czeski historyk Ivan Pfaff (jeszcze przed 1989 r. mieszkający na emigracji na Zachodzie) obliczył, że podczas dwudniowych walk w Pilźnie zginęło 40 powstańców i pewna liczba żołnierzy i milicjantów. Fakt, że autorzy pierwszej czeskiej publikacji o proteście "Velká peněžní loupež" (z 1992 r.) nie wspominają o ofiarach śmiertelnych, może świadczyć, jak wiele jest tu jeszcze "białych plam".

Do tego doliczyć trzeba ofiary buntu w kopalni uranu w Jáchymovie: na wieść o strajkach 20 więźniów, zatrudnionych przymusowo, zaatakowało strażników. Zabili trzech z nich, przejęli zbrojownię i ruszyli ku granicy. Zatrzymani po drodze, przebili się przez kordon (w walce zginęło 7 tajniaków i 9 więźniów, reszta uciekła na Zachód).

Pfaff szacuje też, że podczas tych kilku czerwcowych dni w Czechach i na Morawach strajkowało 360 tys. osób, a ćwierć miliona wyszło na ulice w demonstracjach.

50 lat temu to nie wschodnioniemieccy robotnicy - jak często się twierdzi dzisiaj, przy okazji przypadającej właśnie rocznicy "narodowego powstania" w Niemieckiej Republice Demokratycznej (17 czerwca 1953 r.) - jako pierwsi w krajach "bloku" wystąpili przeciw władzy komunistycznej. Nawet jeśli licytowanie się nie ma sensu, trzeba odnotować, że wyprzedzili ich - o dwa tygodnie, ale jednak - Czesi.

Ci Czesi, na temat których mieszkańcy krajów Europy Środkowej mogliby powiedzieć wiele - ale nie to, że walczyli już wtedy z komunizmem, także zbrojnie.


Korzystałem z książki: Zdeněk Jirásek, Jaroslav Šůla "Velká peněžní loupež", wyd. Svítání (1992) i z prasy.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl