|
Konwent Europejski o rozszerzonej Unii
Przesilenie przed dobrym finałem
Z Danutą Hübner, sekretarzem Komitetu Integracji Europejskiej i przedstawicielką
polskiego rządu w Konwencie Europejskim, rozmawia Roman Graczyk
ROMAN GRACZYK: - Pani Minister, Konwent Europejski przechodzi kryzys. Proszę przypomnieć,
jaki był sens jego powołania?
 |
 Danuta Hübner |
|
DANUTA Hübner: - Unia od początku istnienia miała cechę, której się nigdy nie pozbyła
- zdolność do zmiany. O przeprowadzeniu zmian zawsze decydują, taka jest tradycja,
przywódcy państw i rządów za zamkniętymi drzwiami. Przy okazji dyskusji nad Kartą
Praw Podstawowych powstała koncepcja powołania gremium, do którego zaprosiłoby się
ludzi niekoniecznie związanych z bieżącą polityką i rządami swoich krajów. Tak
powstała idea Konwentu. Obecnie pracuje, drugi w historii integracji europejskiej,
Konwent w sprawie przyszłości Unii. Ważne jest, że zasiadają w nim, praktycznie na równych
prawach, obok przedstawicieli dotychczasowych państw członkowskich, przedstawiciele krajów
aspirujących do członkostwa. Formalnie ci drudzy mają niższy status, bez prawa głosowania,
ale ta różnica nigdy nie zaistniała w praktyce, ponieważ Konwent nie głosuje.
Pracujemy na zasadzie konsensu.
Mówi pan: kryzys. Myślę, że nawet jeśli prace nie zakończyłyby się sukcesem w
postaci konstytucji - co, zresztą, wydaje mi się nieprawdopodobne - sam proces stwarza,
po raz pierwszy, szansę na ogólnoeuropejską dyskusję o integracji. Debata w Konwencie
jest otwarta dla publiczności: jest nagrywana, pokazywana w mediach, Konwent ma swoją
stronę internetową. Można ją śledzić z bliska, niemal tak, jak gdyby się siedziało
na sali obrad. To pobudziło także debaty narodowe o integracji. W Polsce działa
Narodowe Forum w sprawie Przyszłości Unii Europejskiej.
Karta Praw Podstawowych - przyjęta na szczycie w Nicei (2000 r.) solenna deklaracja
kodyfikująca prawa człowieka i obywatela Unii Europejskiej;
Komisja Europejska - organ zarządzający UE, złożony z przewodniczącego (obecnie jest
nim b. premier Włoch, Romano Prodi) i 14 komisarzy. Reforma instytucji UE zaproponowana
przez Konwent przewiduje odejście od zasady, że każdy kraj członkowski ma jednego
komisarza;
Parlament Europejski - organ legislacyjny UE;
architektura instytucjonalna - system naczelnych organów władzy UE;
szczyt w Nicei - posiedzenie Rady Europejskiej (czyli zgromadzenia szefów państw
i rządów UE), podczas którego zmieniono, korzystnie dla małych i średnich państw
(także dla krajów kandydujących, w tym Polski), zasady "ważenia głosów" w
Radzie i liczbę deputowanych do Parlamentu;
konferencja międzyrządowa - spotkanie szefów państw i rządów, podczas którego -
tradycyjnie - zapadają najważniejsze decyzje odnoszące się do ustroju UE. Najbliższa
konferencja międzyrządowa ma rozpocząć się po szczycie europejskim w Salonikach (21
czerwca);
"wzmocniona współpraca" - (franc. la cooperation renforcee) przewidziana w
legislacji europejskiej, także w konstytucji przygotowywanej przez Konwent, możliwość
ścisłej kooperacji niektórych państw członkowskich w wybranej dziedzinie. |
|
Prace Konwentu dobiegają końca. Jego zadaniem było przygotowanie traktatu
konstytucyjnego dla rozszerzonej Unii. Na koniec odłożono sprawy najtrudniejsze.
Powstaje złudzenie, że dyskutując o tzw. architekturze instytucjonalnej, budzącej tyle
emocji, zapominamy, jak wiele rzeczy już uzgodniono. Przecież niektóre państwa członkowskie
kwestionowały w ogóle potrzebę konstytucji europejskiej. A mimo to: nadano Unii osobowość
prawną, ujednolicono prawo pierwotne (czyli obowiązujące przed przyjęciem
konstytucji), bardziej uwspólnotowiono tzw. trzeci filar (wymiar sprawiedliwości i
bezpieczeństwo wewnętrzne). To były kwestie kiedyś nie do pomyślenia. Daleko zaszliśmy
też w dyskusji o wspólnej polityce zagranicznej. Proponowane rozwiązania budzą
kontrowersje, ale już to, na co jest zgoda, np. powołanie urzędu europejskiego
przedstawiciela czy - jak niektórzy wolą - ministra do spraw zagranicznych, jest dużym
osiągnięciem. Jesteśmy w trudnym momencie, ale to tylko przesilenie przed dobrym finałem.
- Pytam o sens Konwentu, ponieważ w toku sporów o instytucje polityczne Unii niektórzy
powiadają: nie można otwierać dyskusji nad tym, co z takim trudem ustalono w Nicei. Ale
jeśli nie można ruszać Nicei, to po co nam Konwent, który miał przełamać impas w
budowaniu nowej Unii?
- To prawda. Błąd polega na tym, że opowiadanie się za zmianami albo niechęć do nich
zakwalifikowano jako "otwieranie Nicei" albo "nie otwieranie Nicei" -
to nieporozumienie, które zrodziło absurdalne emocje. Wszystkie dotychczasowe traktaty są
zmieniane, bo przy takim przedsięwzięciu jak pisanie konstytucji konieczne jest
kwestionowanie wcześniejszych ustaleń. Inaczej praca nie miałaby sensu.
Trzeba mieć świadomość, że na miejsce wszystkich dotychczasowych traktatów istniejących
w Unii powstaje nowy traktat. W Nicei, z wielkim trudem, ustalono zasady, obowiązujące
jednak dopiero od lutego tego roku. I to nie wszystkie, bo część z nich wejdzie w życie
po obecnym rozszerzeniu, a niektóre dopiero po akcesji Rumunii i Bułgarii. Nie wiemy do
końca, jak nicejskie ustalenia będą działać w praktyce, dlatego argument "nie
ruszajmy Nicei" nie ma sensu. Lepiej zastanowić się, które z ustaleń warto
zostawić, a które trzeba zmienić.
W Nicei przyjęto rozwiązania dające nowym członkom dobrą pozycję w procesie
podejmowania decyzji, które następnie potwierdzono w traktatach akcesyjnych. Nie tylko w
Polsce, ale i innych krajach, których pozycję ustalono w Nicei, zapowiadane zmiany budzą
emocje. 18 krajów sprzeciwia się reformie instytucjonalnej.
- Wśród nich jest Polska.
- To oczywiste. Pod wpływem tej opozycji, propozycja kompromisowa zakłada pozostawienie
do 2009 r. systemu określania kwalifikowanej większości w takiej postaci, jaką
ustalono w Nicei. I właśnie przy pomocy dotychczasowej, a więc korzystnej dla nas,
metody większości kwalifikowanej zadecydujemy, czy przedłużamy system nicejski na
dalsze 3 lata, czy też przechodzimy na nowy (większość państw i 60 proc. populacji).
Reforma uprościłaby system.
- Czy do 2009 r. zdążymy to przetrawić, skoro interes Europy (a więc i nasz) tego
wymaga?
- Rok 2009, a nie 2004 to już jest postęp, ale nie wiem, czy nie będziemy chcieli przedłużyć
czasu rozmów o zmianach w traktacie nicejskim do 2012 r. To jest możliwe. W każdym
razie, skoro prezydium Konwentu złagodziło swoje propozycje, wynika z tego, że uznano słuszność
naszych racji.
- W prasie francuskiej pojawiły się stwierdzenia, że Polska jest jednym z przywódców
grupy tworzącej frondę.
- To nieuczciwe wobec nas. Sprzeciw zgłosiła liczna grupa krajów, aż 18, więc nie
jest to specyficznie polski punkt widzenia. Nie można wykluczyć, że Konwent, biorąc
pod uwagę trudności, nie podejmie decyzji w paru kwestiach instytucjonalnych i trzeba będzie
decydować dopiero w trakcie konferencji międzyrządowej.
- To źle wróżyłoby reformie.
- Im więcej Konwent zostawi otwartych opcji do rozstrzygnięcia podczas konferencji międzyrządowej,
tym gorzej. W skrajnym przypadku mogłoby się okazać, że przywódcy państw i rządów
zaczynają dyskusję od początku. Pamiętajmy, że w Konwencie zasiadają obok
przedstawicieli rządów, przedstawiciele Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej,
a zatem jest to miejsce, gdzie najważniejsze kwestie sporne powinny być, mimo wszystko,
uzgodnione. Gdyby teraz rządy zaczęły wszystko od początku, oznaczałoby to, że udział
reprezentantów instytucji europejskich w Konwencie był niepotrzebny. Takie podejście byłoby
niebezpieczne. Mam nadzieję, że nie po to tak pracowicie dyskutowaliśmy w Konwencie, żeby
teraz zaczynać wszystko od początku.
Dla Polski istotne jest, żebyśmy w maju 2004 r. podpisali nowy traktat, a kandydaci do
Parlamentu Europejskiego w czerwcu mogli pójść do wyborów z traktatem konstytucyjnym w
ręku. To rozszerzenie jedyne w swoim rodzaju ze względu na liczbę przystępujących
krajów i różnice poziomów rozwoju gospodarczego dzielące nowych członków od
dotychczasowych. To nadaje nowy wymiar problemowi spójności Unii i dlatego trzeba zmienić
sposób podejmowania decyzji w Unii. Jeżeli to się nie zmieni, Unia będzie słaba, co
nie posłuży naszym interesom.
- Mówiąc wprost, chodzi o groźbę zawiązania się w ramach Unii węższych porozumień
państw, tego, co nazywa się koncepcją "twardego jądra"? 5 czerwca francuski
minister spraw zagranicznych, Dominique de Villepin, zagroził: albo przeprowadzimy wspólnie
prawdziwą reformę, "albo część z nas będzie musiała pokazać drogę. Chcę
wyrazić moje przekonanie, że - w taki czy inny sposób - Europa pójdzie do przodu"
("Le Monde", 7 czerwca). Czy Pani Minister nie obawia się, że z powodu
niezdecydowania Polski znajdziemy się poza "twardym jądrem"?
- Powinniśmy się obawiać tej perspektywy. To, co nazywa się w żargonie europejskim
"wzmocnioną współpracą", jest ważnym elementem stymulującym integrację.
Napędza jej rozwój. Popieramy takie inicjatywy pod warunkiem, że są otwarte (jak
strefa euro, do której - po spełnieniu pewnych kryteriów ekonomicznych - można wejść).
Popieramy nawet "wzmocnioną współpracę" w dziedzinie obronności. Silny
potencjał wojskowy jest Europie potrzebny, także dla zdrowego partnerstwa z Amerykanami,
żebyśmy nie byli w nieskończoność tym "junior partner", który w różnych
sytuacjach staje się bezradny. Natomiast obawiamy się takiego charakteru
"wzmocnionej współpracy", jak np. propozycja Niemców, Francuzów, Belgów i
Luksemburczyków z 29 kwietnia. To, co się nazywa "structured cooperation" jest
formułą ekskluzywną, wyłączającą...
- Ale oni deklarują, że ich inicjatywa jest otwarta dla wszystkich chętnych.
- Tak mówią, ale warunki techniczno-wojskowe są takie, że ograniczają możliwości udziału.
Polacy obawiają się, że utworzenie nowej struktury jest potencjalnym osłabieniem NATO, a uważamy,
że stan bezpieczeństwa światowego jest taki, że NATO musi być silne i skuteczne.
Ale w sumie "wzmocniona współpraca" jest szansą. Popatrzmy na układ z
Schengen: początkowo było to porozumienie trochę ekskluzywne, teraz są tam już prawie
wszyscy i my też szykujemy się do wejścia. Cele, jakie stawiało sobie Schengen, w dużej
mierze spełniono, dlatego "wzmocniona współpraca" jako kierunek działania
wydaje mi się czymś oczywistym i potrzebnym.
|