adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 25 (2815)
22 czerwca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz


Komentarze

Roman Graczyk
Między lękami a interesami

Brukselski Konwent przyjął - po wielkich bólach - projekt konstytucji dla nowej Unii Europejskiej. Nowej, bo od 1 maja 2004 Unia będzie się składać nie z 15, ale z 25 członków, co oczywiście oznacza większe skomplikowanie procedur. Rzecz więc w tym, by poszerzona Unia nie zagubiła się w decyzyjnym chaosie. Chodzi też jednak, by przyspieszyć proces integracji. Rozszerzenie i pogłębienie integracji nie są celami, które ze sobą harmonizują, raczej przeciwnie. Stąd zadanie Konwentu - opracowanie konstytucji, która spróbuje je połączyć - było trudne.

Unia nie jest, i pewnie nigdy nie będzie, federacją. Ale z drugiej strony nie jest też zwykłą organizacją międzynarodową, gdzie każdą decyzję o wspólnym działaniu poprzedzają żmudne negocjacje. Jest czymś pośrednim, ale i zmiennym: z czasem powiększa się jej "federalizm". Ta tendencja - choć ciągle napotyka na duże opory - jest trwała. Szczególnie w ostatnich latach wśród najstarszych członków Unii narastała wola przyspieszenia zmian. W Konwencie podjęto próbę zinstytucjonalizowania tych zamysłów reformatorskich. Jednak końcowy rezultat jest taki, że reforma została trochę rozmyta, a trochę odsunięta w czasie.

W nowej Unii coraz wyraźniej zarysowuje się podział na tych, którzy chcą się integrować, dążąc do Unii jako silnego, samodzielnego podmiotu w polityce światowej i tych, którzy się integrować nie chcą. Ci pierwsi to sześć krajów założycielskich: Francja, Niemcy, Włochy, Belgia, Holandia, Luksemburg. Ci drudzy to cała reszta - z Wielką Brytanią, Hiszpanią i... Polską na czele.

Polscy delegaci do Konwentu byli wśród oponentów reformy instytucjonalnej. To prawda, że takie stanowisko jest zgodne z głosem polskiej opinii publicznej. Jest tylko jeden problem: co zrobimy, kiedy kraje najbardziej skłonne do zacieśniania więzów zaczną intensywnie tworzyć mniejsze grupy? Wtedy Unia "25" będzie się stawać pustą formą. Polskie lęki związane z integracją (zagrożenie tożsamości) są faktem społecznym, tyle że nie znajdują pokrycia w unijnej rzeczywistości. Rząd musi rozważyć, jaką prowadzić politykę pomiędzy tymi lękami a naszymi interesami. Roman Graczyk


Krzysztof Burnetko
Łagodniej ale może skuteczniej

Decyzją parlamentu od 1 lipca osoba wręczająca łapówkę może liczyć na bezkarność, jeśli doniesie o tym organom ścigania. Zmiana ta jest w zasadzie powrotem do dawnych rozwiązań, bo zarówno kodeks karny z 1969 r., jak pierwsza wersja obowiązującego kodeksu z 1997 r., przewidywały możliwość zróżnicowania odpowiedzialności dającego i biorącego łapówkę. Dopiero w 2000 r. - na fali żądań zaostrzenia prawa karnego i w imię walki z łapownictwem - ustawodawca zrównał sytuację obu stron korupcyjnego procederu.

Hasło obecnej nowelizacji jest identyczne - tyle że miejsce czynnika ideologicznego zajął wzgląd pragmatyczny. Ustawodawca liczy, że bezkarność dla przerywających zmowę milczenia - która jest istotnym elementem łapówkarskiego procederu - przyczyni się do częstszego ujawniania tego trudno wykrywalnego przestępstwa.

Problem w tym, że korupcja jest też czynem trudno udowadnialnym (nawet nagranie łapówkarskiej propozycji bywa kwestionowane jako dowód). Skutkiem ubocznym nowelizacji mogą być fałszywe oskarżenia: w odwecie za niekorzystną decyzję, a nawet z powodów osobistych. Sądy będą więc musiały z nadzwyczajną starannością przyglądać się skruszonym łapówkarzom. Inaczej nowe rozwiązanie zamiast pomóc w zwalczaniu korupcji, stanie się popularnym narzędziem zemsty w majestacie prawa.

Patrycja Bukalska
Czesi "za" - bez progu
i wbrew wielu liderom


Wszystko dobre, co się dobrze kończy. 13 i 14 czerwca Czesi jako ostatni przed wakacjami wypowiadali się w referendum w sprawie członkostwa w Unii Europejskiej. Ponad 77 proc. głosujących Unię poparło i wszyscy odetchnęli z ulgą. W Czechach, w przeciwieństwie do Polski czy Słowacji, nie było progu frekwencji: wynik głosowania był wiążący bez względu na to, ilu Czechów wzięłoby w nim udział. A i tak głos oddało ponad 55 proc. uprawnionych. Nie było też jednak żadnego asa w rękawie w postaci parlamentu, który w przypadku fiaska referendum mógłby przegłosować przystąpienie do Unii.

Co prawda z sondaży wynikało, że zwolennicy akcesji przeważają nad jej przeciwnikami, ale ostatnimi czasy wiele badań opinii się nie sprawdziło. Niepewność zwiększało też zachowanie czeskich polityków, przede wszystkim prezydenta Václava Klausa. Nie chciał on zdradzić, jak będzie głosować, podkreślał za to, że wchodząc do Unii Czesi tracą część suwerenności, a powinni się nią nacieszyć nieco dłużej. Niektórzy z polityków opozycyjnej prawicowej ODS, macierzystej partii Klausa, otwarcie mówili, że będą głosować na "nie", choć oficjalnie ich ugrupowanie opowiada się za członkostwem w Unii. Na dodatek jeden z liderów ODS Jan Zahradil dzień przed referendum ostentacyjnie wycofał się z prac Konwentu Europejskiego - protestując przeciwko - jak to ujął - tworzeniu superpaństwa europejskiego. Równocześnie kilku członków kierownictwa partii komunistycznej, Unii programowo przeciwnej, zapowiedziało, że będzie głosować na "tak". Wszystko to musiało potęgować zamęt w głowach obywateli. Ostatecznie za Unią zagłosowało prawie 90 proc. sympatyków ODS i niespełna 40 proc. elektoratu komunistów. Pokazało to, że w decydujących chwilach ludzie bywają mądrzejsi niż ich polityczni reprezentanci i wcale nie potrzebują, aby im mówić, co mają robić.

Nie znaczy to, że Czesi są euroentuzjastami - w końcu przeciwko członkostwu opowiedziało się prawie 23 proc. głosujących. To sporo, ale wahanie jest dla Czechów charakterystyczne. W 1999 r., kiedy dzień przed rozszerzeniem NATO o Polskę, Czechy i Węgry w Warszawie i Budapeszcie mroziły się szampany, szef czeskiej dyplomacji Jan Kavan wprawił w osłupienie ówczesnego sekretarza generalnego Sojuszu Javiera Solanę pytaniem, czy z NATO można się kiedyś wypisać. Teraz Czesi są w NATO cenieni - m.in. sojusz powierzył im stworzenie pierwszego międzynarodowego batalionu obrony przeciwchemicznej. Być może za kilka lat i Václav Klaus stanie się euroentuzjastą.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny