adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 25 (2815)
22 czerwca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Stanisław Lem
  Czesław Miłosz
  Jacek Podsiadło

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Oj, niedobrze, niedobrze

Jacek Podsiadło


A mój syn i Kuba Zelmerów grali w piłkę na chodniku prowadzącym do Uniwercytatu, bo w O. mamy też Uniwercytat. A to niedobrze. Nie niedobrze, że Uniwercytat, tylko niedobrze, że tam grali. Ale może najpierw opowiem, dlaczego grali właśnie tam. Bo najpierw grali na uniwercytackim boisku, ale przepędzili ich stamtąd więksi chłopcy, takie starszaki, no, jak gdyby studenty po prostu. To znaczy może nie przepędzili, ale zaczęli strzelać koło ich głów, z woleja, bardzo mocno. Aż wkroczyłem do akcji i spytałem, co studiują. "Germanistykę" - pochwalił się najbardziej wygadany. "A przerabialiście już tę czytankę, która naucza nas, że jak się wchodzi na boisko, gdzie grają dzieci, to mówi się entschuldigung, hände hoch und raus, drogie dzieci, ale będziemy tu teraz trenować bomby z woleja?" "Eee... Yyy... Nein" - powiedział najbardziej wygadany. Przenieśliśmy się na pobliski trawnik i chłopaki nawet się ucieszyli, że bramkarz będzie mógł się rzucać, bo na asfalcie twardo, ale zaraz się okazało, że rzucanie się w psie kupy to żadna przyjemność. Wtedy przenieśliśmy się na ten chodnik, gdzie było wąsko i płyty nierówne, ale chłopaki powiedzieli, że te najbardziej sterczące płyty to będzie Roberto Carlos, który próbuje powstrzymać ataki Mendiety. Bo Kuba jest Mendieta. No i zaczęli grać. A to niedobrze.

Bo odpowiedzmy sobie, kiedy jest dobrze. Dobrze to jest, kiedy są Dorzynki Polskiej Piosenki i po ulicach snuje się clubbingowe menelstwo śmiecąc, rycząc oraz kwicząc, o czym opowiadałem tydzień temu. Bardzo dobrze jest, kiedy studenty na boisku, ale tym drugim, do kosza, dają istny festiwal kultury studenckiej, której przejawy nie mogą być przeznaczone dla uszu i oczu Czytelników "Tygodnika". Albo jak sobie tak studenty siądą w kółeczku ze studentkami i cały czas plują dookoła siebie, to też jest dobrze, bo teren nie opluty mogłyby dziobać koguty. Jak elegancki pan prowadzi psa chodniczkiem i pies załatwia się wprost na Roberto Carlosa, to to już jest bardzo dobrze. Ale jak dzieci grają w piłkę na chodniku, to jest naprawdę niedobrze.

Pora powiedzieć, skąd o tym wiem. Chłopaki grali, a ja sobie siedziałem na górce na tym dobrze nawiezionym trawniku, co to mówiłem. Siedziałem tam, żeby dobrze widzieć. I w pewnym momencie zobaczyłem dwóch dziwnie ubranych mężczyzn. Odzież ich była czarna, ale nie taka, jak u karawaniarzy. Wyglądali raczej, jakby bawili się w komandosów, ale, co trzeba podkreślić, nie czołgali się. Wyglądali na sfrustrowanych i samotnych. Rozmawiali przekrzykując bluzgi nie mogących trafić do kosza studenciaków. Udawali, że nie widzą ironicznych uśmieszków przechodzących studentek. Cudem unikali staranowania przez rozpędzone rowery, bo w połowie chodnika są schodki i podjazd dla wózków, i młodzież rowerowa ma tam skocznię. Cudem nie dostrzegali dwóch pijanych studentów na ryczącym motórze, cudem jadących na jednym kole. Kiedy zobaczyli nasz mecz, rozdzielili siły. Jeden przedarł się w ramach manewru oskrzydlającego na górkę, za moje plecy, a drugi odważnie podszedł do Kuby i Dawida. Zobaczyłem, że nawet futerał na pałkę i kaburę na korkowca miał czarne. I napis "Gwarant" na kuloodpornej katanie. Domyśliłem się, że Uniwercytat wynajął sobie ochroniarzy dla ochrony swych świętych, eksterytorialnych terenów.

- Dzieci, tu nie wolno grać w piłkę. Tu jest chodnik i tędy chodzą ludzie, tu musi być porządek - powiedział pan Gwarant i pośliznął się na kupie. - Idźcie sobie grać gdzie indziej.

Dawcio, który posłuszeństwo wobec władzy ma we krwi, od razu zaczął zbierać moje sandały i butlę z sokiem, z których uczynione były słupki bramki. Ja zaś, który opór wobec władzy wyssałem z mlekiem matki, podjąłem akcję protestacyjno-mediacyjną. W jej efekcie doszło do wymiany zdań z panem Gwarantem, podczas której radziłem mu, żeby lepiej pilnował własnego nosa, bo bez nosa trudno wyczuć pismo, albo żeby pilnował, żeby rowerzyści porządnie skakali tam, gdzie nie wolno. Muszę obiektywnie przyznać, że pan Gwarant nie był szczególnie nieuprzejmy, wprawdzie wyrażał się nieparlamentarnie, ale tylko, gdy mówił o swoich przełożonych. Bo ponoć to oni kazali mu przepędzać piłkarzy z chodników. No i, co najważniejsze, nie użył wobec chłopaków środków przymusu bezpośredniego, choć nimi dysponował, bo chyba nie za profesorem muzyki nosił te futerały. Po zagwarantowaniu, że chłopaki będą przerywać mecz, ilekroć chodnikiem będzie szedł nobliwy wykładowca, którego trafienie piłką mogłoby spowodować rozsypanie się kopert, pan Gwarant z kolegą podążyli ku nowym terenom, gdzie trzeba zaprowadzać ład i porządek, Kuba znów stał się sobą, czyli Mendietą, a ja pogrążyłem się całkowicie.

Oczywiście w rozmyślaniach, bo wiecie, jak to ze mną jest. A myślałem sobie o tym, jak pięknie urządzony jest świat. Jak mądrze to wszystko ze sobą koegzystuje, a nawet współżyje. Że to wszystko musiał wymyślić jakiś Darwin albo ktoś jeszcze mądrzejszy. Że stróże porządku strzegą porządku, staruszki nie wchodzą w drogę rowerzystom, studenci mają boisko, a profesorzy koperty. Że na poczcie są okienka, dzięki czemu klient ma dostęp do usług pocztowych. I jedno specjalne, rajskie okienko do skarg i wniosków, gdy coś nie funkcjonuje, jak należy. Że jak płynie rzeka, to nad nią jest most, a tam, gdzie parkują samochody, są parkomaty. Wedle szkół internaty. Koło banków bankomaty. A jeszcze na tej poczcie to jest numerkomat, Elektroniczny System Kolejkowy, żeby nie było, że pan tu nie stał. I to wszystko pięknie działa, bo są gdzieś wielkie, ukryte przed oczami maluczkich kombinaty, gdzie ludzie światli kombinują, jak to wszystko utrzymać w równowadze. I tylko jeden element zakłóca tę równowagę, ten wszechogarniający ład: dzieci. Jeszcze nikt nie wymyślił takiego kombinatu, który ostatecznie rozwiązałby kwestię dzieci, tych niby niewiniątek, a w gruncie rzeczy potworów, podstępnych stworzeń, które urwą każdy sworzeń, wszędzie się wkręcą, w tryby najlepiej funkcjonującej machiny, i zaraz tak pięknie pomyślany świat wali się na łeb. Żeby daleko nie szukać, mój syn potrafi wejść na pocztę, wziąć sobie pięć numerków i wyjść. Idzie potem chodnikiem i czyta sobie te numerki: "O, dwie siódemki koło siebie! Dzisiaj dzień podwójnego szczęścia!" A na poczcie chaos i anarchia! "Numerek 577, siódmy raz wywołuję!!!" Wystarczy zostawić gdzieś wolny skrawek betonu, a już grają tam w piłkę. Przechodzą przez ulicę jak ślepe małże i wpadają pod samochody, a potem stój, człowieku, w korku. Nie uszanują żadnej świętości, kręcą bąki na spojlerach aut. A zaraz za nimi podążają ich zwariowani rodzice, zdziel takiego jednego z drugim krasnala w ucho, a już ci skaczą do oczu, gotowi gryźć i drapać. Tak, wszystko byłoby dobrze, gdyby nie dzieci.

Jacek Podsiadło
podsiadlo@atol.com.pl


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny