|
Oj, niedobrze, niedobrze
Jacek Podsiadło
A mój syn i Kuba Zelmerów grali w piłkę na chodniku prowadzącym do Uniwercytatu, bo w
O. mamy też Uniwercytat. A to niedobrze. Nie niedobrze, że Uniwercytat, tylko niedobrze,
że tam grali. Ale może najpierw opowiem, dlaczego grali właśnie tam. Bo najpierw grali
na uniwercytackim boisku, ale przepędzili ich stamtąd więksi chłopcy, takie starszaki,
no, jak gdyby studenty po prostu. To znaczy może nie przepędzili, ale zaczęli strzelać
koło ich głów, z woleja, bardzo mocno. Aż wkroczyłem do akcji i spytałem, co studiują.
"Germanistykę" - pochwalił się najbardziej wygadany. "A przerabialiście
już tę czytankę, która naucza nas, że jak się wchodzi na boisko, gdzie grają
dzieci, to mówi się entschuldigung, hände hoch und raus, drogie dzieci, ale będziemy
tu teraz trenować bomby z woleja?" "Eee... Yyy... Nein" - powiedział
najbardziej wygadany. Przenieśliśmy się na pobliski trawnik i chłopaki nawet się
ucieszyli, że bramkarz będzie mógł się rzucać, bo na asfalcie twardo, ale zaraz się
okazało, że rzucanie się w psie kupy to żadna przyjemność. Wtedy przenieśliśmy się
na ten chodnik, gdzie było wąsko i płyty nierówne, ale chłopaki powiedzieli, że te
najbardziej sterczące płyty to będzie Roberto Carlos, który próbuje powstrzymać
ataki Mendiety. Bo Kuba jest Mendieta. No i zaczęli grać. A to niedobrze.
Bo odpowiedzmy sobie, kiedy jest dobrze. Dobrze to jest, kiedy są Dorzynki Polskiej
Piosenki i po ulicach snuje się clubbingowe menelstwo śmiecąc, rycząc oraz kwicząc, o
czym opowiadałem tydzień temu. Bardzo dobrze jest, kiedy studenty na boisku, ale tym
drugim, do kosza, dają istny festiwal kultury studenckiej, której przejawy nie mogą być
przeznaczone dla uszu i oczu Czytelników "Tygodnika". Albo jak sobie tak
studenty siądą w kółeczku ze studentkami i cały czas plują dookoła siebie, to też
jest dobrze, bo teren nie opluty mogłyby dziobać koguty. Jak elegancki pan prowadzi psa
chodniczkiem i pies załatwia się wprost na Roberto Carlosa, to to już jest bardzo
dobrze. Ale jak dzieci grają w piłkę na chodniku, to jest naprawdę niedobrze.
Pora powiedzieć, skąd o tym wiem. Chłopaki grali, a ja sobie siedziałem na górce na
tym dobrze nawiezionym trawniku, co to mówiłem. Siedziałem tam, żeby dobrze widzieć.
I w pewnym momencie zobaczyłem dwóch dziwnie ubranych mężczyzn. Odzież ich była
czarna, ale nie taka, jak u karawaniarzy. Wyglądali raczej, jakby bawili się w komandosów,
ale, co trzeba podkreślić, nie czołgali się. Wyglądali na sfrustrowanych i samotnych.
Rozmawiali przekrzykując bluzgi nie mogących trafić do kosza studenciaków. Udawali, że
nie widzą ironicznych uśmieszków przechodzących studentek. Cudem unikali staranowania
przez rozpędzone rowery, bo w połowie chodnika są schodki i podjazd dla wózków, i młodzież
rowerowa ma tam skocznię. Cudem nie dostrzegali dwóch pijanych studentów na ryczącym
motórze, cudem jadących na jednym kole. Kiedy zobaczyli nasz mecz, rozdzielili siły.
Jeden przedarł się w ramach manewru oskrzydlającego na górkę, za moje plecy, a drugi
odważnie podszedł do Kuby i Dawida. Zobaczyłem, że nawet futerał na pałkę i kaburę
na korkowca miał czarne. I napis "Gwarant" na kuloodpornej katanie. Domyśliłem
się, że Uniwercytat wynajął sobie ochroniarzy dla ochrony swych świętych,
eksterytorialnych terenów.
- Dzieci, tu nie wolno grać w piłkę. Tu jest chodnik i tędy chodzą ludzie, tu musi być
porządek - powiedział pan Gwarant i pośliznął się na kupie. - Idźcie sobie grać
gdzie indziej.
Dawcio, który posłuszeństwo wobec władzy ma we krwi, od razu zaczął zbierać moje
sandały i butlę z sokiem, z których uczynione były słupki bramki. Ja zaś, który opór
wobec władzy wyssałem z mlekiem matki, podjąłem akcję protestacyjno-mediacyjną. W
jej efekcie doszło do wymiany zdań z panem Gwarantem, podczas której radziłem mu, żeby
lepiej pilnował własnego nosa, bo bez nosa trudno wyczuć pismo, albo żeby pilnował,
żeby rowerzyści porządnie skakali tam, gdzie nie wolno. Muszę obiektywnie przyznać,
że pan Gwarant nie był szczególnie nieuprzejmy, wprawdzie wyrażał się
nieparlamentarnie, ale tylko, gdy mówił o swoich przełożonych. Bo ponoć to oni kazali
mu przepędzać piłkarzy z chodników. No i, co najważniejsze, nie użył wobec chłopaków
środków przymusu bezpośredniego, choć nimi dysponował, bo chyba nie za profesorem
muzyki nosił te futerały. Po zagwarantowaniu, że chłopaki będą przerywać mecz,
ilekroć chodnikiem będzie szedł nobliwy wykładowca, którego trafienie piłką mogłoby
spowodować rozsypanie się kopert, pan Gwarant z kolegą podążyli ku nowym terenom,
gdzie trzeba zaprowadzać ład i porządek, Kuba znów stał się sobą, czyli Mendietą,
a ja pogrążyłem się całkowicie.
Oczywiście w rozmyślaniach, bo wiecie, jak to ze mną jest. A myślałem sobie o tym,
jak pięknie urządzony jest świat. Jak mądrze to wszystko ze sobą koegzystuje, a nawet
współżyje. Że to wszystko musiał wymyślić jakiś Darwin albo ktoś jeszcze mądrzejszy.
Że stróże porządku strzegą porządku, staruszki nie wchodzą w drogę rowerzystom,
studenci mają boisko, a profesorzy koperty. Że na poczcie są okienka, dzięki czemu
klient ma dostęp do usług pocztowych. I jedno specjalne, rajskie okienko do skarg i
wniosków, gdy coś nie funkcjonuje, jak należy. Że jak płynie rzeka, to nad nią jest
most, a tam, gdzie parkują samochody, są parkomaty. Wedle szkół internaty. Koło banków
bankomaty. A jeszcze na tej poczcie to jest numerkomat, Elektroniczny System Kolejkowy, żeby
nie było, że pan tu nie stał. I to wszystko pięknie działa, bo są gdzieś wielkie,
ukryte przed oczami maluczkich kombinaty, gdzie ludzie światli kombinują, jak to
wszystko utrzymać w równowadze. I tylko jeden element zakłóca tę równowagę, ten
wszechogarniający ład: dzieci. Jeszcze nikt nie wymyślił takiego kombinatu, który
ostatecznie rozwiązałby kwestię dzieci, tych niby niewiniątek, a w gruncie rzeczy
potworów, podstępnych stworzeń, które urwą każdy sworzeń, wszędzie się wkręcą,
w tryby najlepiej funkcjonującej machiny, i zaraz tak pięknie pomyślany świat wali się
na łeb. Żeby daleko nie szukać, mój syn potrafi wejść na pocztę, wziąć sobie pięć
numerków i wyjść. Idzie potem chodnikiem i czyta sobie te numerki: "O, dwie siódemki
koło siebie! Dzisiaj dzień podwójnego szczęścia!" A na poczcie chaos i anarchia!
"Numerek 577, siódmy raz wywołuję!!!" Wystarczy zostawić gdzieś wolny
skrawek betonu, a już grają tam w piłkę. Przechodzą przez ulicę jak ślepe małże i
wpadają pod samochody, a potem stój, człowieku, w korku. Nie uszanują żadnej świętości,
kręcą bąki na spojlerach aut. A zaraz za nimi podążają ich zwariowani rodzice,
zdziel takiego jednego z drugim krasnala w ucho, a już ci skaczą do oczu, gotowi gryźć
i drapać. Tak, wszystko byłoby dobrze, gdyby nie dzieci.
Jacek Podsiadło
podsiadlo@atol.com.pl
|