|
„TP”, Nr 25 (2815), 22 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2815/felhennel.php
Żadnych kazań
Józefa Hennelowa
"Ono" Doroty Terakowskiej (WL) od kilku miesięcy niezmiennie utrzymuje się na
listach bestsellerów. Podobnie było z poprzednią powieścią krakowskiej pisarki,
"Poczwarką". Od tamtego tytułu zapanowało coś w rodzaju podniecenia wśród
tej części opinii, którą można by określić jako "wychowawców z powołania".
W swoim - niekłamanym i niezłudnym - odczuciu otrzymali wsparcie, które bez wahania
uznali za szczególnie cenne: głos twórcy, nie moralisty, ale głos za wartościami, których
uznawanie i respektowanie leży im na sercu od dawna i których głoszeniu poświęcają
się z całym oddaniem. Dwie po kolei powieści, których wątkiem najważniejszym, a właściwie
jedynym, jest dziecko jako dar: w "Poczwarce" dziecko głęboko upośledzone, w
"Ono" dziecko-niespodzianka, nie narodzone jeszcze.
Nieraz zastanawiałam się, czytając choćby recenzje z tych książek w pismach, które
literaturą piękną nie zajmują się w ogóle, czy taki odbiór i opinia -
entuzjastyczne przecież - nie krzywdzą Terakowskiej-pisarki, ale także i jej czytelników,
zachęcając ich, żeby się budowali morałem, którego przecież w jej książkach nie
ma, i przeoczali tę specyfikę każdej z powieści, która będzie jakby nieużyteczna w
tym względzie. Bo przecież obie książki ani nie są w najmniejszej mierze kazaniami,
wyposażonymi w "przykłady", jak to często robi się w nauczaniu, ani nawet
nie są tak zupełnie jednoznaczne w tzw. "wydźwięku".
Charakterystyczny pod tym względem był głos innej autorki, Anny Sobolewskiej, która w
"Celi", tez bardzo głośnej książce, opowiedziała prawdziwą historię
swojej córeczki, dziecka z zespołem Downa. Sobolewska skrytykowała tam przy okazji
"Poczwarkę", bardzo gwałtownie nawet, właśnie za baśniowość i za "łatwy"
happy end, twierdząc, że próbuje ona leczyć złudzeniami i pocieszać fałszywym
"rozwiązaniem". Autorka "Celi" potraktowała po prostu powieść
Terakowskiej nie tylko realistycznie, ale wręcz użytkowo, jako nietrafną pomoc
terapeutyczną. A ja myślę - i sukces "Poczwarki" chyba to przekonująco
potwierdza - że zamiary Terakowskiej wcale nie były (bo dlaczego być miały?) użytkowe:
literacka próba stworzenia i odczytania wewnętrznego życia dziewczynki z Downem otworzyła
przed czytelnikami coś z tajemnicy drugiego człowieka, do której nie mamy tak naprawdę
dostępu. I ta próba poruszyła głęboko, mimo że czytelnik mógł sobie mówić: nie
wiem, czy to tak jest, czy inaczej. Nie wiem, ale będę odtąd wiedział, że nie wiem,
zamiast odwracać się z lekceważeniem i co najwyżej z litością od człowieka, który
wydaje mi się tylko nieczytelny, a więc mało co wart.
"Ono" jest książką jeszcze trudniejszą pod tym względem. Wyznaję, że
zwlekałam z lekturą, gdy najpierw dowiedziałam się, że pierwotnie był to scenariusz
do filmu Małgorzaty Szumowskiej, córki pisarki. Dziewczyna w przypadkowej ciąży,
odkrywająca, że jej niechciane i nie narodzone dziecko słyszy, a zatem można już z
nim nawiązać kontakt - cóż za temat dla filmowca właśnie, twórcy operującego nie słowem
przede wszystkim, lecz kreacją obrazu i ruchu. Byłam zaskoczona przeczytawszy, że obie
panie "podzieliły się" tematem, a książka wyszła pierwsza (o pracy nad
filmem opowiada reżyserka w wywiadzie w poprzednim numerze "TP"). Zdawało mi
się, że werbalność powieściowa gotowa narazić całą subtelność i złożoność
tego pomysłu, że to nie może się udać.
Chyba się myliłam. "Ono" jest jeszcze mocniejsze niż "Poczwarka".
Bardziej i inaczej czarne, chwilami jak raport z patologicznych rejonów społecznych,
inaczej też (i chyba mniej przekonująco) baśniowe. Szczęśliwie niejednoznaczne przez
podwójne zakończenie, a więc przez zawieszone nad całym dramatem dziecka i matki znaki
zapytania, z którymi musimy pozostać.
Są w książce strony, wobec których wyznać muszę zupełną bezradność - skąd mam
wiedzieć, jak wyglądają dialogi w nielegalnych gabinetach aborcyjnych i jaką mentalność
ma ich obsługa... Niejeden "wychowawca z powołania" z niepokojem zastanowi się,
czy tutaj "wszystko jest jasne". Ale gdy porzuci lęki, nie będzie mógł nie
przyznać, że jest to książka o czymś, o czym mało mówi się nawet na kazaniach, a
co dopiero pisze powieści: o macierzyństwie jako drodze i odkryciu, jako próbie i doświadczeniu,
a zatem o rośnięciu i błądzeniu człowieka, a także o jego możliwości zwycięstwa.
Tylko możliwości. A zatem, że nie wszystko oddaje tytuł książki (a zwłaszcza okładka,
chyba jednak bardzo niefortunna!). A czytelnicy i tym razem wiedzą najlepiej - i mają
rację.
Ale na film - bardzo czekam.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|