adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 24 (2814)
15 czerwca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet

Z płyty na płytę

Zobacz "Z płyty na płytę" w poprzednich numerach "TP"




György Ligeti
Etudes (Books I & II)
Idil Biret - fortepian
Naxos, 2003


Pisze Bogusław Schaeffer, że Ligeti jest kompozytorem nudnym i niestety - ta płyta jego sąd potwierdza. Dwie księgi etiud powstały na gruncie fascynacji twórczością Conlona Nancarrowa, kompozytora amerykańskiego, piszącego głównie na pianolę, instrument mechaniczny, pozwalający na wydobywanie efektu ,,ponadludzkiej" wirtuozerii. Etiudy Nancarrowa mają charakter polimetryczny, ten sam charakter mają też etiudy Ligetiego, tyle tylko że są napisane dla żywych pianistów, efekty nie są tu więc aż tak wstrząsające, dochodzi natomiast element czysto ludzki, interpretacja. Ponadto Ligeti jest Węgrem, estetykę boogie-woogie zastępują tu zatem motywy, by tak rzec, cygańskie.

Idil Biret realizuje ten cykl z wielką pieczołowitością, ale bez pasji. Z pasją grała je Heather O'Donnell, niedawna zwycięzczyni Konkursu im. Pendereckiego, niestety oficjalna strona internetowa Konkursu nie odnotowuje jej nazwiska ani repertuaru, wobec czego trudno się dziwić, że producent powierzył nagranie całości nie jej, tylko sprawdzonej w bojach z Boulezem Turczynce. Biret stawia czoło trudnościom, choć sama przyznaje, że w dwóch etiudach musiała nieco zwolnić zadane przez kompozytora tempo. Jej grę cechuje brak energii, typowy również dla jej mistrzów, Wilhelma Kempffa i Alfreda Cortot. Należy żałować, że Ligeti nie napisał etiud na klawesyn, wtedy bowiem wykonałaby je Elżbieta Chojnacka i ta recenzja byłaby mniej kwaśna.

Istnieje jednak sposób na tę płytę: nie słuchać jej w całości. Wzięta z osobna, każda z etiud czymś tam potrafi zauroczyć. W jednej pobrzmiewa jakby indonezyjski gamelan, w innej szeleści warszawskie listowie (kompozytorzy zagraniczni bywają w Warszawie tylko jesienią), aż dwie usiłują oddać strukturę ,,Nieskończonej kolumny" Brançusiego. Słucham ich zatem pojedynczo i wtedy dziwię się, że w stadzie nadawały się tylko do tego, żeby ich użyć jako owiec, przy trudnościach z zaśnięciem.

Adam Wiedemann




Johann Sebastian Bach
"Partitas 1, 3, 6"
Piotr Anderszewski
Virgin Classics, 2002


Gdy zaczynam słuchać tej płyty (krążek otwiera "Partita nr 6 e-moll" BMV 830), wszystko przestaje mieć znaczenie i istnieć. Muzyka sączy się powoli, zajmuje coraz większy obszar, wreszcie zdobywa całość. Zagarnia. Ale po jakimś czasie (choćby po genialnie zagranej finałowej fudze) z tym nagraniem dzieje się coś dziwnego. Jakby wsączało się w mój własny krwiobieg, zaczynało istnieć razem ze mną i we mnie. Rozpoczynam więc wykonywać własne czynności (jestem przecież we własnym domu), zajmować się sobą, ale ono ciągle gdzieś jest. I po jakimś czasie dopiero orientuję się, że płyta już się skończyła (a trwa ponad 65 minut). I wydaje mi się ciągle, że dobrze wysłuchałem tylko pierwszego nagranego utworu.

Zaczynam więc od drugiej z nagranych "Partit" (nr 3 a-moll BMV 827): dzieje się coś zupełnie innego, bo teraz już nie mogę robić nic innego, tylko słuchać. Anderszewski prowadzi dramaturgię i narrację utworu tak, że któraś część staje się nagle najważniejsza. Cudowne jest prowadzenie i odkrywanie przez niego kontrapunktów: pianista zdziera powierzchnię, jakby chciał odkryć coś jeszcze - kolejne i ledwie istniejące głosy. Wszystko jest niesłychanie wyraziste, coś, co wydawało się gąszczem wielu dróg, zostaje rozświetlone. Na główne ścieżki pada mocne i jasne światło, poboczne pozostają w cieniu (ale są zawsze widoczne), wreszcie te najmniejsze, rzadko uczęszczane, spowija delikatna wiązka maleńkiej lampki.

Wreszcie "Partita nr 1 B-dur" (BMV 825): Anderszewski gra Bacha (gra muzykę) tak, jakby nic nie było w niej mniej ważne, jakby niczego nie można było przeoczyć. Każdy dźwięk jest absolutny: rozwiązuje (zamyka) poprzedni i zawiązuje (otwiera) kolejny; dźwięk, myśl, frazę, część, całość. "To, co absolutne - pisał Tischner w "Filozofii dramatu" - rozwiązuje więzy z tym światem, a zawiązuje je z innym (...). To, co absolutne, nie podlega krytyce i nie wymaga usprawiedliwienia".
Granie Bacha to zawsze - a dla polsko-węgierskiego pianisty niewątpliwie - największe muzyczne i wykonawcze przeżycie, ogromna radość i wielki trud. A jeśli rzeczywiście dla Anderszewskiego bardzo przykra jest świadomość utrwalania tylko jednej wersji wykonawczej (pianista nigdy przecież nie gra jednego utworu tak samo), to chciałbym - jemu i nam wszystkim - życzyć jeszcze więcej takich przykrości.

Tomasz Cyz






Pat Metheny
"One Quiet Night"
Warner Bros.
Records, 2003


Wyobrażam sobie, że Pat Metheny po jeszcze jednym rewelacyjnym, rzecz jasna, koncercie swojej - kto wie, czy nie najlepszej dzisiaj formacji nowoczesnego jazzu - Pat Metheny Group, w trakcie którego grał na kilkunastu gitarach elektrycznych, zapragnął nagrać taką właśnie płytę jak "One Quiet Night". Płytę zrealizowaną solo na gitarze akustycznej, zarejestrowaną za pomocą jednego mikrofonu w domowym studiu artysty w pięknym mieście Nowym Jorku. Co ciekawe, Metheny gra na gitarze barytonowej, skonstruowanej przez kanadyjską lutniczkę Lindę Manzer, nastrojonej stosunkowo nisko, na modłę gitarzystów z Nashville. Instrument brzmi zatem niżej niż typowa gitara klasyczna, ale wyżej niż kontrabas.

Oczywiście Metheny od dawna uwielbia grać akustycznie, kameralnie i jak najbardziej jazzowo, najlepszym tego dowodem choćby albumy zrealizowane w duecie z gitarzystą Jimem Hallem lub kontrabasistą Charliem Hadenem, jednak zaskoczeniem dla jego wielbicieli może okazać się repertuar "One Quiet Night". Oprócz własnych kompozycji, zarówno starych ("Last Train Home" z pamiętnego albumu "Still Life/Talking"), jak i nowych (np. "Song For The Boys" oraz "Over On 4th Street"), artysta interpretuje przebój grupy Gerry And The Pacemakers ("Ferry Cross The Mersey"), hit Norah Jones ("Don't Know Why") i wreszcie standard Keitha Jarretta "My Song", pochodzący z tak właśnie zatytułowanej płyty sprzed ćwierć wieku, nagranej przez amerykańskiego pianistę z udziałem norweskiego saksofonisty Jana Garbarka. Nie sposób nie przypomnieć, że płyta ta ukazała się nakładem monachijskiej wytwórni ECM, kierowanej przez Manfreda Eichera, której maksyma programowa to "Jeden stopień powyżej ciszy". Wiele na to wskazuje, że Metheny - współpracujący na przełomie lat 70. i 80. właśnie z Eicherem - nagrał "One Quiet Night" zgodnie z jego przesłaniem.

Brzmienie gitary Pata Metheny'ego to brzmienie ciszy w środku ogłuszającej upalnej nocy.

Janusz Drzewucki





John Coltrane
"Ballads (Deluxe Edition)"
Impulse!, 2002 (2CD)


Nie wiadomo dokładnie, czy do nagrania płyty z balladami namówił Coltrane'a producent, czy też (bo są i takie wyjaśnienia) ból zębów uniemożliwiał liderowi wydobywanie z saksofonu szybkich i ostrych dźwięków. W każdym razie w trakcie trzech sesji kwartetu Trane'a (grudzień 1961 oraz wrzesień i listopad 1962) powstał przepiękny album, od którego ciągle jeszcze można zacząć wszystko - Coltrane'a, jazz, nowe życie; bo jest to właśnie muzyka dla wszystkich (wrażliwych).

Ale łagodność nie oznacza tu wcale bezproblemowego uładzenia, co szczególnie dobrze słychać na omawianej edycji. Wprawdzie "Ballady" ukazały się już wcześniej na kompakcie, ale nigdy jeszcze nie był to dźwięk tej jakości. Po raz pierwszy można się tak bardzo do Trane'a zbliżyć za sprawą pełni i wyrazistości brzmienia. Cudownie słychać, jak powstają i z czego się składają Coltrane'owskie nuty. Remasteryzacja świetnie oddaje sposoby artykulacji i fakturę dźwięków. I, jak zawsze u Trane'a, wiele się w muzyce dzieje. Nawet pozornie proste ballady kryją złożony potencjał, czasem zresztą lidera o wiele bardziej interesuje progresja harmoniczna niż prowadzenie melodii.

Dysk drugi zawiera trzynaście dotąd niepublikowanych ścieżek. Alternatywne wersje trzech tytułów skłaniają do porównań oraz ustanawiają całą sieć napięć między (jazzowymi) możliwościami a spełnieniami, między wielością pojedynczych wariantów a ostatecznością dokonań. Trane pewnie Leśmiana nie znał, choć okazuje się, że i jazzowe ballady wieść mogą w okolice dość już filozoficzne. Zależy, kto gra.

Adam Poprawa






Solomon Burke
"Don't Give
Up On Me"
Epitaph/Sonic 2002


Czy mieliście kiedyś wrażenie, że głos zarejestrowany na płycie śpiewa specjalnie do was? Jeśli nigdy, to biegnijcie do sklepu kupić album najnowszą płytę Solomona Burke'a, wyróżnioną tegoroczną nagrodą Grammy w kategorii "najlepszy album bluesowo-soulowy".

Burke - nazywany ojcem muzyki soul - od ponad 40 lat posiada najmocniejszy i najpiękniejszy głos pośród soulowo-bluesowych pieśniarzy. Nie jest to jego album autorski. Jedenaście kompozycji podarowali mu uczniowie. Tak więc są tutaj m.in.: kompozycja Boba Dylana ("Stepchild"), dwie Van Morrisona ("Fast Train" i "Only A Dream"), a także po jednej od Toma Waitsa ("Diamond In Your Mind"), Elvisa Costello ("The Judgement") i Briana Wilsona ("Soul Searchin"). Nad całością albumu czuwał jeden z najciekawszych współczesnych pieśniarzy folkowych, Joe Henry. Głos Burke'a nie drży, nie potrzebuje żadnych studyjnych nakładek, by zabrzmieć mocno. Dziś już takich albumów się nie nagrywa. Spontanicznych, naturalnych, pozbawionych komputerowych podrasowań. Jeśli Burke się myli, słychać to. Nikt niczego nie maskuje i nie ukrywa. A co najważniejsze: album bynajmniej nie brzmi archaicznie. Dobra muzyka nigdy się nie starzeje.

Robert Ziębiński







"Smolik"
Sissy Records, 2003


Andrzej Smolik. Człowiek-orkiestra. Grał na klawiszach w Wilkach i solowych projektach Roberta Gawlińskiego, współpracował z Nosowską, wyprodukował ostatnią płytę Krzysztofa Krawczyka... to tylko wycinek jego bogatej twórczości. W 2001 roku opuścił drugi plan i wydał autorski album.

Najnowsza płyta Smolika podobnie jak debiut nie ma tytułu (miłośnicy szufladkowania nazywają ją "2") i również zawiera solidną porcję spokojnej muzyki elektronicznej, idealnej do relaksu po zwariowanej imprezie. W porównaniu z debiutem jest bardziej - co się wydawało niemożliwe - dopracowana i więcej jest tu brzmień akustycznych. Na gitarach grał Smolik wspierany przez gości (wśród nich Maciej Cieślak ze Ścianki), zaś do kilku artystów znanych z pierwszej płyty dołączyły (i to z jakim skutkiem!) wokalistki Mika Urbaniak i Magda Kaspryszyn. Rozbujany ciekawą linią basu "Who Told You" urzeka melorecytacją i śpiewem Miki, uzupełnionym słodkimi chórkami. Kończący płytę "Or" wciąga połamanym rytmem, a kojący głos Magdy wprawia słuchacza w letarg. Do najciekawszych utworów należą wyciszający "Med 2" z udziałem Kasi Nowickiej i Bogdana Kondrackiego (ex-Kobong), "All I" z przesterowanym śpiewem Miki i świetną partią trąbki Antoniego "Ziuta" Gralaka oraz uroczy "Dig I Din", w którym wokalnie udziela się Artur Rojek z Myslovitz.
Warto się pokusić o piękne wydanie dwupłytowe, a na dodatkowym krążku znajdziemy poszczególne utwory zremiksowane przez innych muzyków. Nie są to prostackie przeróbki, raczej twórcze rozwinięcia oryginałów, jak choćby dubowa wersja EMADE lub Silver Rockets z intrygującymi brzmieniami a'la Mouse On Mars.

Mniejsza z tym, czy najnowsza płyta Smolika należy do gatunku "chill out", "easy listening" czy "trip-hop". Nie jest to bezbarwna muzyka dla każdego, nosi wyraźne piętno autora który ma własny, charakterystyczny styl. A sąsiaduje na mojej półce z albumem "The K&D Sessions" Kruder & Dorfmeister nie tylko z powodu podobnych klimatów muzycznych.

Tomasz Niewiński


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny