|
Polska po referendum
Następny etap
Cezary Lewanowicz
Referendalne "tak" na dobre otworzyło Polsce drzwi do Unii Europejskiej. Przed
nami jednak okres między referendum a oficjalnym przystąpieniem do UE w maju 2004 r.
Dopiero potem prawdziwe członkostwo.
Okres przedreferendalny wypełniły setki spotkań i konferencji, uznawanych a to za
propagandę, a to za akcję informacyjną, a to za przejaw dyskusji obywatelskiej. Hasła,
pod jakimi się odbywały (w rodzaju: szanse i zagrożenia, koszty i zyski, nadzieje i
obawy) nie dowodziły wielkiej inwencji organizatorów. Nic dziwnego, że w tej monotonii
podświadomość, zgodnie z teorią pomyłek, nakazywała jednym mówić tylko na temat
"zagrożeń i kosztów", innym - odwrotnie - "szans i korzyści".
Jeden przynajmniej skutek zakończonego referendum jest pewien: koniec spotkań i
konferencji. Wakacje. Szkoda, bo szkicując prognozy dla Polski w tej nowej sytuacji,
warto by się zastanowić nie tyle nad bilansem pasywów i aktywów - ten można będzie
przeprowadzić dopiero za parę lat po przystąpieniu do UE - ile nad charakterem naszego
członkostwa, naszego stosunku do Unii i postawy wobec nas samych - już jako mieszkańców
UE.
Koniec przerwy, wracamy na ring
Zanim będziemy mieli okazję zobaczyć, jak wyglądamy w unijnym garniturze, trzeba załatwić
to, co odłożone zostało na okres po referendum. A nazbierało się tego sporo. Pierwsi
dadzą o sobie znać politycy. Zerwą się z referendalnego łańcucha. Wreszcie zrobią i
powiedzą, co w sobie dusili, czego nie wypadało mówić wcześniej, by nie wywołać złego
wrażenia w elektoracie. Ten, jak wiadomo, jest humorzasty: mógłby się obrazić i do
referendum nie pójść.
Oczy wszystkich zwrócone są na SLD, które będzie starało się wyjść zwycięsko z
nieuchronnej zmiany rządu. Wszystko zadecyduje się na najbliższym kongresie partii. Ale
już dziś wiadomo, że największe szanse ma koncepcja lansowana przez Mieczysława F.
Rakowskiego: nasz premier i nasz szef partii, tyle że w dwóch osobach. Pozwoli to
zapewnić Leszkowi Millerowi miękkie lądowanie po utracie fotela szefa rządu. Aktywna
obecność na scenie politycznej jest mu niezbędna, by przygotować dalszy ciąg kariery
na szczytach władzy. Rozdzielenie bliźniąt syjamskich jest zaś konieczne, by choć
jedno przeżyło. Pozytywny wynik referendum nie poprawi notowań gabinetu. Zwłaszcza, że
najtrudniejsze społecznie i politycznie decyzje - reformę finansów publicznych, górnictwa
i ubezpieczeń społecznych - też zostawiono na "po referendum". Bój to może
być rządu ostatni. Przyspieszenie wyborów parlamentarnych, zaprogramowane na czerwiec
przyszłego roku, może okazać się w tej sytuacji raczej ich opóźnieniem w stosunku już
nie do wyborczego kalendarza, ale do wymogów chwili. Planowane zdystansowanie się SLD od
rządu poprzez rozdzielenie stanowisk szefa partii i premiera, to oczywisty przejaw
instynktu samozachowawczego.
Nie musi to oznaczać, że czas pozostały do wyborów SLD zamierza spokojnie przeczekać.
Jeżeli dojdzie do postulowanej przez posła Marka Dyducha nowelizacji ustawy
antyaborcyjnej i zapowiadanej przez posła Jerzego Jaskiernię debaty nad projektem ustawy
o konkubinacie, sporom nie będzie końca. I znowu ich przedmiotem nie będą kwestie dla
państwa zasadnicze, znowu zabraknie czasu na dyskusję o polskim projekcie dla Unii
Europejskiej. Okaże się, że "tak" społeczeństwa w referendum nic nie zmieniło.
Europa będzie oczywiście w tych debatach obecna, bo partie skrajnie prawicowe nie
omieszkają przedstawić obu legislacyjnych projektów SLD jako wyniku naszego rychłego
członkostwa w UE. A powtarzać, że to bzdura, na nic się nie zda.
Intensywniejsze działania zapowiedział również Aleksander Kwaśniewski. Jego plan to
stworzenie koalicji ugrupowań proeuropejskich, zapewniających przeforsowanie w sejmie
projektu budżetu i reformy finansów publicznych. Ta koalicja miałaby przygotować Polskę
do ostatniej fazy procesu akcesyjnego. Chodzi nie tylko o wywiązanie się z naszych
zobowiązań wobec UE w zakresie legislacji, ale też o proceduralną i techniczną gotowość
do właściwego spożytkowania wynegocjowanych środków finansowych. Cel zbożny, ale
naiwnością byłoby sądzić, że prezydent patronując tego rodzaju koalicji, nie myśli
o utworzeniu własnego zaplecza politycznego. Konflikt z Millerem pokazał, że na SLD
liczyć mu trudno, a kompromitacja środowiska z Ordynackiej sprawiła, że i na nim nie
może się oprzeć. Pytanie tylko, z kim prezydent koalicję tę zamierza tworzyć.
Kryterium proeuropejskości nie wydaje się zbyt ostre, skoro partie spełniające ten
warunek mają własne pomysły polityczne i do tworzenia bloku z Aleksandrem Kwaśniewskim
wcale się nie palą.
Platforma Obywatelska, z nowym, jednoosobowym, przywództwem, nie ukrywa, że jej kampania
referendalna pod hasłem "Tak dla Polski" to początek kampanii wyborczej. Na
fali przedreferendalnej mobilizacji powstała również inicjatywa Karta Przyszłości,
skupiająca przedstawicieli Unii Wolności, Ruchu Społecznego Krzysztofa Piesiewicza i
SKL - Ruch Nowej Polski. Postrzeganie tego, kuluarowego na razie, ruchu jako bazy dla
centroprawicowej koalicji nie wywołuje już zdziwienia. Byłaby to taktyka porozumienia
działaczy nie przyznających się do partyjnego charakteru swej inicjatywy. Dzięki
podobnemu zabiegowi swego czasu powstała Platforma Obywatelska. Czym jednak w programie
politycznym miałaby się różnić od PO, która z kolei jest - zdaniem Macieja Płażyńskiego
- UW-bis? Nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że Płażyński, który chce utworzyć nową
partię chadecką, prowadzi rozmowy z przedstawicielami ugrupowań nawołujących do
"tak" w referendum w ramach Karty Przyszłości oraz z politykami Prawa i
Sprawiedliwości. Ta ostatnia partia już wcześniej zapowiadała wojnę z
"postkomunistami" natychmiast po referendum.
Wszystkie te ugrupowania wpisały referendum unijne w kalendarze swoich działań
poprzedzających przyspieszone wybory parlamentarne. Wszystkie, choć nie koniecznie w ten
sam sposób, są "proeuropejskie". Dlatego warto przypomnieć, że - gdyby
scenariusz zaproponowany przez prezydenta miał się ziścić - wybory parlamentarne odbędą
się jednocześnie z wyborami do Parlamentu Europejskiego. Jeśli przyjąć, że w Polsce
elekcja przedstawicieli do tej instytucji UE odbędzie się w podobny sposób, jak w
krajach członkowskich, jest to przykra perspektywa. Tam bowiem wybory do Parlamentu
Europejskiego to zwykle wyblakła kalka wyborów do instancji krajowych, dyskusje
zdominowane są przez sprawy wewnętrzne, a o wspólnej Europie mówi się niewiele i byle
jak. To źle, bo Parlament Europejski jest jedyną instytucją UE, o obsadzie której
bezpośrednio decydują obywatele - co jest dowodem demokratyczności Unii, ale też, mimo
wszystko, jej politycznego charakteru. Kraje przystępujące do UE powinny wykorzystać
pierwsze swoje wybory europejskie do refleksji i dyskusji o Europie oraz swoim w niej
miejscu. Połączenie wyborów parlamentarnych i europejskich w kraju, w którym brak
nawyku obywatelskiej debaty oraz doświadczenia w budowie europejskiej jedności, jest
pomysłem niedobrym. Ale może prognoza ta się nie spełni? Może ten zabieg pozwoli
kandydatom i wyborcom spojrzeć na sprawy wewnętrzne z perspektywy europejskiej i na odwrót?
Oby. To dopiero okaże się miernikiem proeuropejskości ugrupowań politycznych.
Szczególny jest przypadek Ligi Polskich Rodzin. Zwycięstwo "tak" w referendum
wcale nie jest porażką tej partii. Przeciwnie: to jej wielkie, i zasłużone poniekąd,
zwycięstwo. Gdyby Polska nie weszła do UE, LPR straciłaby rację bytu. Rozumieli to
działacze Ligi i teraz zacierają ręce, bo wiedzą, że kryzys społeczno-polityczny, też
odkładany na "po referendum" i raczej nieunikniony, że brak natychmiastowej,
magicznej poprawy sytuacji nazajutrz po wejściu do UE, że aborcyjno-konkubinatowe spory
i ich polityczne skutki, że obcięcie wydatków budżetowych - i sto jeszcze innych plag,
skwitować będą mogli krótko: "A nie mówiliśmy? Proszę, co oznacza członkostwo
w UE".
Stare zobowiązania, nowe obowiązki
Wygrane przez zwolenników członkostwa Polski w UE referendum nie oznacza końca obowiązków.
Nadal, i to intensywniej niż kiedykolwiek, trzeba przygotowywać się do członkostwa. W
pierwszej kolejności do właściwego wykorzystania funduszy, które przyznała nam UE.
Wiadomo, że nie da się ich wykorzystać w 100 proc. - nigdy nikomu się to nie udało.
Wykorzystanie ich w 40 proc. to minimalny poziom, bo poniżej niego bylibyśmy płatnikiem
netto. Całkowicie realne wydaje się jednak wykorzystanie co najmniej 55 proc. środków.
A tylko od nas zależy, czy poziom ten będzie wyższy.
Do nadrobienia mamy też zaległości pozostałe z czasów kandydowania. Jednym z nich
jest konieczność przetłumaczenia unijnych aktów prawnych. To nie tylko kwestia
formalnego zobowiązania wobec Unii. W grę wchodzi również wymiar polityczny, bo skoro
mamy posługiwać się na co dzień wspólnotowymi regulacjami, to jako obywatele UE mamy
prawo czytać je we własnym języku. A opóźnienie jest tu olbrzymie: przetłumaczyliśmy
nieco ponad 20 proc. acquis communautaire, pozostałe 80 proc. to jakieś 60 tys. stron. A
nie jest to łatwe tłumaczenie. Najmniejszy błąd może mieć poważne skutki.
Członkostwo oznacza bezpośredni udział we wszystkich ciałach pilotujących,
doradczych, kontrolujących, w komitetach i grupach roboczych, do których nie mieliśmy
dostępu jako kandydat. Jako członek UE, Polska nie tylko będzie musiała być tam
obecna za pośrednictwem swoich przedstawicieli, ale też powinna mieć coś do
powiedzenia. Czy będziemy umieli się z tej odpowiedzialności wywiązać? Chyba
najlepiej - w porównaniu do innych krajów przystępujących do UE - jesteśmy
przygotowani do udziału w pracach związanych ze strategią lizbońską - kluczową dla
przyszłości Unii, bo zakładającą, że dzięki m.in. rozwojowi nauki i nowych
technologii Unia Europejska stanie się do roku 2010 najdynamiczniej rozwijającą się
gospodarka świata. Już dziś wiadomo, że celu tego raczej nie da się osiągnąć w tym
czasie. Musimy też mieć stanowisko wobec reformy Wspólnej Polityki Rolnej, polityki spójności,
udziału środków własnych w budżecie UE, polityki wobec krajów rozwijających się
itd.
Planowane na koniec czerwca zakończenie prac Konwentu Europejskiego nie oznacza zakończenia
prac nad przyszłym kształtem UE. Czeka nas jeszcze konferencja międzyrządowa, gdzie
Polska będzie musiała zaprezentować swe stanowisko. Czy jesteśmy do tego gotowi? W
Kopenhadze, poza zamknięciem negocjacji z krajami, które wraz z nami wejdą do UE,
wyznaczono też datę kolejnego rozszerzenia: 2007 r. Jak zareagujemy na przystąpienie do
Unii Rumunii i Bułgarii?
Czy jesteśmy gotowi?
To, jak poradzimy sobie z tymi wyzwaniami, zależy od wielu czynników. Po pierwsze, od
sprawności naszych struktur administracyjnych. Po drugie, od zdolności klasy politycznej
do myślenia i działania długoterminowego - w kategoriach projektu na przyszłość, a
nie jedynie reakcji na wydarzenia. Po trzecie, od przygotowania i postawy społeczeństwa
do członkostwa w UE.
Wszyscy wskazują Irlandię jako przykład kraju, który potrafił skorzystać z członkostwa:
wybrał strategię rozwoju, pozwalającą optymalnie wykorzystać europejską pomoc i
koniunkturę. Zapominamy dodać, że ktoś tę strategię musiał opracować, a potem
zrealizować. Zrobiła to irlandzka administracja, wspaniały spadek po Brytyjczykach.
Malutki Luksemburg świetnie sobie radzi w UE. Wszyscy wiedzą, że dzieje się tak, bo
jest bogaty. Ale zapominamy, że sprawność administracji luksemburskiej zależy nie
tylko od pensji urzędników i ogólnego poziomu życia. Sprawność administracji jest ważniejsza
niż obszar kraju i jego demografia. Tymczasem to, co w Polsce dzieje się ze służbą
cywilną, która miała być lekarstwem na kondycję polskiej administracji rządowej, to
sabotaż państwa. Nie chodzi o urzędników wyszkolonych w zakresie integracji
europejskiej - traktowanej jednak jak dziedzina z Księżyca, bez związku z innymi
sferami działalności państwa. Chodzi o urzędnika, który będzie skuteczny bez względu
na to, jaką tematyką przyjdzie mu się zajmować. Chodzi o administrację stabilną,
uniezależnioną od partyjnych i środowiskowych wpływów. Tymczasem w Polsce wiele
uczyniono, by takiej administracji nie było. Na listach stanowisk dyrektorów i
wicedyrektorów w polskich ministerstwach aż się roi od "pełniących obowiązki".
To listy stanowisk, których dystrybucja odbywa się poza konkursami i poza ustawą o służbie
cywilnej. Przed hasłem "polska administracja" również należałoby w tej
sytuacji postawić literki "p.o.". By nie wspominać o katastrofalnym systemie
szkoleń urzędników w zakresie integracji europejskiej. Kolejna przeszkoda to ciągle
niejasny system koordynacji polityki integracyjnej. Gdzie ma znajdować się centrum: w
Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej, w MSZ, w Kancelarii Premiera? UKIE, powołane
w tym celu w 1996 r., od początku czeka na ostateczną definicję. Bez skutku. Z taką
administracja trudno nam będzie w Unii.
Z kolei co do naszej zdolności do samookreślenia w UE i w świecie: sposób, w jaki włączyliśmy
się w konflikt iracki, pokazał, że nie potrafimy patrzeć na siebie jak kraj, którego
przyszłość związana jest z UE. To prawda, że nie mogliśmy poprzeć stanowiska UE w
zakresie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, a w sprawie Iraku w szczególności, bo
takiego stanowiska nie ma. Powtarzanie tego w kółko jest jednak infantylne, bo w UE, która
nie osiągnęła formy ostatecznej, wielu rzeczy jeszcze nie ma. Co nie zmienia faktu, że
proces ich powstawania podporządkowany jest pewnemu systemowi wartości i idei. W
odniesieniu do relacji międzynarodowych, są to m.in. multilateralizm, poszanowanie prawa
międzynarodowego, rozwiązywanie konfliktów w oparciu o środki pokojowe. Musimy sobie
odpowiedzieć: czy z tym systemem się zgadzamy? W irackim konflikcie powiedzieliśmy mu
"nie". Wchodzimy do UE z etykietą kraju, który na każde wezwanie z
Waszyngtonu odpowiada "tak". Mniejsza o jej zasadność - ale najgorsze, że ta
opinia nam nie przeszkadza. Dobre dla Polski członkostwo to takie, w ramach którego będziemy
w stanie przedstawić jasny projekt partnerstwa euroatlantyckiego, miast zadowalać się
przyczepioną przez innych łatą. Intelektualnie możemy się na to zdobyć: dowodem
przedstawiony przez Polskę plan polityki wschodniej Unii. Tylko czy poradzimy sobie z tym
politycznie?
Ostatnia sprawa to społeczeństwo. Słusznie zarzuca się UE deficyt demokratyczny. Ale
niesłusznie zapomina się, że w dużej mierze jest on sumą deficytów demokratycznych w
państwach członkowskich. Czy przystępując do UE wniesiemy w posagu własny? Na
spotkaniach przedreferendalnych, w których brałem udział, coraz częściej spotkałem
ludzi, którzy decydowali się głosować na "tak" nie dlatego, że mieli
nadzieję na poprawę sytuacji, ale że jej nie mieli. Na zasadzie: gorzej już być nie
może, a tamci przynajmniej tych naszych przypilnują. Nie przypadkowo więcej Polaków
wierzy w skuteczność instytucji unijnych niż polskich. Niewiara, że może być lepiej,
oczekiwanie, że może ktoś jednak przyjdzie i zrobi porządek, nieumiejętność formułowania
projektów, niechęć do udziału w demokratycznych procedurach - te postawy istnieją i z
nimi wchodzimy do UE. To nie wróży najlepiej naszemu członkostwu. Niech nas
"tak" w referendum nie zmyli. Tym bardziej, że rządowe akcje informacyjne nie
były ukierunkowane na przygotowanie obywateli do korzystania z atutów UE.
Nieumiejętność formułowania programu politycznego z uwzględnieniem członkostwa w UE,
brak długofalowej wizji, niezrozumienie systemu wartości i idei UE, kiepska
administracja, brak obywatelskiej aktywności - co się stanie, jeżeli te zjawiska przeważą?
Wtedy będziemy członkiem UE, który - jako zawsze spóźniony - będzie starał się opóźnić
jej rozwój. Siłą rzeczy zawrzemy polityczny pakt z tymi, którzy chcą Unii
Europejskiej ograniczonej do minimum, a więc takiej, która nie leży w naszym interesie
- bo my potrzebujemy Unii silnej. Będziemy przystępować do sojuszy ad hoc, żeby
poprawić sobie samopoczucie, i dlatego, że lubimy być głaskani po głowie. Będziemy
czerpali z unijnych funduszy i nawet nienajgorzej będziemy sobie z tym radzili (pominąwszy
od czasu do czasu afery korupcyjne), a nasza sytuacja gospodarcza będzie się stopniowo
poprawiać. Tyle że wciąż będzie nam daleko do Francji czy Niemiec. I niechętnie będziemy
patrzyć na te kraje i unijną awangardę. Powiemy sobie: jakoś to będzie, a bez UE byłoby
jeszcze gorzej.
Ale może ten minimalistyczny scenariusz się nie spełni. Bo niby czemu miałoby być tak
kiepsko?
Cezary Lewanowicz jest absolwentem Sorbony oraz Krajowej Sszkoły Administracji Publicznej
w latach 1999-2000; był doradcą negocjatora Polski w rozmowach z Unią Europejską min.
Jana Kułakowskiego oraz dyrektorem Departamentu Informacji i Kształcenia Europejskiego w
UKIE (2001 r.); obecnie jest koordynatorem Katedry Cywilizacji Europejskiej w Kolegium
Europejskim w Natolinie; stale współpracuje z "TP".
|