|
|
Listy

Zobacz też listy w sprawie antykoncepcji
Bezpartyjny, bezrobotny
Z zaciekawieniem przeczytałem tekst Wojciecha Borkowskiego "Na prowincji bez
zmian" ("TP" nr 19/2003). Miałem wrażenie, że pisany jest o moim
powiecie. Mógłbym być jedną z osób tworzących lokalną "grupę trzymającą władzę".
Jestem przewodniczącym rady gminy w małej miejscowości i jedynym redaktorem
kilkunastostronicowego lokalnego dwumiesięcznika, ukazującego się pod patronatem
miejscowego stowarzyszenia, któremu prezesuję. Dwie strony gazetki zawsze przeznaczam na
sprawy gminy, pozostałych jednak nie cenzuruję. Jestem bezpartyjny i poza lokalnymi układami.
Posiadanie lokalnej gazetki pozwala mi cieszyć się jaką taką niezależnością. Ze stołka
przewodniczącego rady raczej mnie nie zrzucą, bo, jak powiedział mi znajomy
dziennikarz, taką osobę jak ja, mającą cechy wariata - świadczy o tym choćby to, że
piszę ten szczery list do "TP" - lepiej mieć za sobą niż w opozycji.
Za tę niby niezależność płacę jednak dużą cenę - jestem osobą bezrobotną. Może
tak by nie było, gdybym nie trzymał się na uboczu lokalnych "krawaciarzy".
Oferty przystąpienia do różnych partii i grupek mam, nie powiem. Kokietowany jestem w różny
sposób: a to przedstawiono mnie do odznaczenia samorządowego, a to zewsząd słyszę, że
jestem "bardzo wartościowym człowiekiem", a to sugerują mi, że mój kolega
jest od niedawna w partii "X" i już pracuje w urzędzie "Y" na nieźle
płatnym stanowisku. Najmocniej naciska na mnie "najbardziej przewidywalna partia w
naszym parlamencie, która poprze właściwie każdą ustawę; kwestią sporną jest
tylko, ile dostanie za to stołków", jak opisał ją w komentarzu Andrzej Brzeziecki
("PSL podnosi stawkę", "TP" nr 12/2003).
Z ofert nie korzystam. Póki co jestem idealistą i sam szukam alternatywy dla obecnej
sytuacji. Dieta przewodniczącego rady (równa połowie średniej krajowej) i sporo
wolnego czasu pozwalają mi żyć. Wystarczają też na mozolne samokształcenie. Może
kiedyś uda mi się zmienić status? Za trzy i pół roku kończy się kadencja samorządu,
muszę postarać się o przynajmniej zalążek życiowej stabilizacji. Może w końcu złamię
się i stanę się kolejnym członkiem "grupy trzymającej władzę". "A
gdzie etyka w działaniu publicznym?" - zapytają Czytelnicy "TP".
Odpowiadam: dwa tygodnie temu nadmieniłem znajomym działaczom prawicy, w tym byłemu posłowi,
że postanowiłem zostać nauczycielem, a oni na to: "Ty nauczycielem?! Phi... Daj
spokój! Przecież z tego nie ma żadnych pieniędzy". Jasne, najlepiej być członkiem
zarządu, ewentualnie rady nadzorczej spółki komunalnej, jakiegoś funduszu albo
agencji. Przecież kompetencje zupełnie się tam nie liczą, a pełna miska i mamona -
gwarantowane.
WIKTOR STEPANOWICZ
(z małej miejscowości na Mazowszu)
Głębokie nieporozumienie
Józefa Hennelowa w felietonie "Jeszcze raz to samo" ("TP" nr 20/2003)
po raz kolejny oburza się na lepsze traktowanie emerytów niż innych grup społecznych,
znajdujących się w gorszej sytuacji materialnej (bezrobotnych, rodzin wielodzietnych
itd.). Zdaniem Autorki świadczenia te nie powinny być waloryzowane.
Argumentacja cenionej powszechnie felietonistki opiera się na głębokim nieporozumieniu.
Emerytury nie są świadczeniami, których wysokość ustala państwo według swego
uznania, lecz są należnością z tytułu wieloletniej wysługi lat i wniesienia do
Funduszu Ubezpieczeń Społecznych składek od pobieranych wynagrodzeń. Są to świadczenia
zapracowane przez emeryta. Zmniejszenie ich z powodu trudnej sytuacji bytowej innych grup,
byłoby równoznaczne z niewypełnieniem przez państwo (ZUS) zaciągniętego zobowiązania
wobec tej grupy obywateli. Obowiązek okresowego waloryzowania emerytur i rent wynika z
ustawy o emeryturach i rentach z funduszu ubezpieczeń społecznych. Nie jest więc prawdą,
że minister finansów mógł, a nawet powinien, jak twierdzi Autorka, nie uwzględnić
tej waloryzacji w reformie finansów publicznych, bo emerytom i rencistom wiedzie się dziś
(zdaniem Autorki) nie najgorzej.
TADEUSZ ZIELIŃSKI
(Kraków)
Do sprawy wraca też Józefa Hennelowa w swoim felietonie na str. 24.
Majstersztyk
W przerwie podróży do Torunia, na dworcu centralnym w Warszawie, zajrzałem do bogato
zaopatrzonej księgarni. Moją uwagę zwróciła niewielka, ładnie wydana książeczka
ks. Józefa Tischnera "Pomoc w Rachunku Sumienia" (Znak, 2003). Jest wspaniała:
napisana w pięknym stylu, o głębokiej treści. Jak zresztą zawsze u ks. Tischnera.
Warto tę znakomitą publikację przeczytać - majstersztyk wielkiego mistrza słowa,
jakim był ks. Tischner. To w dobrym znaczeniu short pocket book i ,,bryk", zawierający
syntezę podstaw moralnego i etycznego życia człowieka we współczesnym świecie.
CZESŁAW PACZUŁA
(Katowice)
|
|