|
|
Listy - antykoncepcja

Zobacz "Tematy miesiąca" - Spór o antykoncepcję
Jakie wartości chroni zakaz stosowania antykoncepcji, tak stanowczo głoszony przez
Urząd Nauczycielski Kościoła? Artykuły Artura Sporniaka i o. Karola Meissnera
("TP" nr 22) rozpoczęły dyskusję, poszukującą odpowiedzi na to pytanie.
Rozmowa z o. Ksawerym Knotzem, duszpasterzem i spowiednikiem rodzin ("TP" nr
23), ukazała problem od strony konfesjonału. Dzisiaj oddajemy głos Czytelnikom. Za
tydzień - polemika Krzysztofa Jankowiaka z Arturem Sporniakiem.
Sedno problemu
Artur Sporniak próbuje ukazać różnicę między antykoncepcją sztuczną, a naturalną
(NPR) w oparciu o tzw. mowę ciała. Dochodzi do konkluzji, że przy aktach małżeńskich
odbywających się w ramach NPR, tj. w okresach niepłodnych kobiety, postawa męża jest
obiektywnie prawdziwa i wyraża pełną miłość. Przy aktach dokonywanych przy użyciu
środków antykoncepcyjnych, postawa męża jest nieprawdziwa, bo wynika z braku
akceptacji cykliczności płodności u żony. Konkluzja jest błędna. Artur Sporniak
ukazuje męsko-szowinistyczne podejście do zagadnienia, patrząc jedynie przez pryzmat
mowy ciała męża do żony. Jak wytłumaczyć mowę ciała żony do męża? Czy kobieta
może prawdziwie i obiektywnie akceptować ciągłą płodność mężczyzny, zgadzając
się na akt małżeński jedynie w czasie niepłodnym? Czy można mówić o pełnej
akceptacji płodności męża, jeżeli spotkanie w akcie małżeńskim jest uzależnione
od równania "śluz + temperatura + płodność męża = brak poczęcia"? Moim
zdaniem, nie.
Każda próba wytłumaczenia sprawy antykoncepcji przez sprowadzenie aktu małżeńskiego
do prostej sumy elementów jednoczącego i rodzicielskiego, bez odniesienia do życiowego
kontekstu danego małżeństwa, wcześniej czy później trafi na przeszkodę, której nie
da się racjonalnie wytłumaczyć. O. Karol Meissner pyta, jakie dobro chce człowiek osiągnąć,
uciekając się do sztucznej regulacji poczęć? Czy jest to droga do zbawienia? Pytania
ważne, ale pozostawione bez jasnej odpowiedzi. Z wymowy polemiki możemy domyślić się,
że antykoncepcja nie wiąże się z żadnym dobrem, lecz tylko ze złem, a co za tym
idzie, nie jest drogą do zbawienia i nie zasługuje na nagrodę życia wiecznego. Mocne
pytania i ostre odpowiedzi. Czy prawdziwe? Czy akt małżeński, zawierający antykoncepcję
sztuczną lub naturalną ma coś wspólnego z dobrem, a przez to i z Bogiem - źródłem
wszelkiego dobra?
Tysiące kobiet w Polsce i miliony na świecie po urodzeniu pierwszego, czy kolejnego
dziecka podupadają na zdrowiu fizycznym bądź psychicznym do tego stopnia, że następne
poczęcie, a co za tym idzie ciąża i poród, są dla nich zagrożeniem. Ciążący na
kobiecie obowiązek leczenia zdrowia wiąże się często z koniecznością zażywania środków
farmakologicznych (w tym hormonalnych), których ubocznym skutkiem jest zmiana
funkcjonowania organizmu kobiety, uniemożliwiając NPR.
Zarówno antykoncepcja przy użyciu prezerwatywy, jak naturalna oparta na NPR, w takich właśnie
przypadkach, umożliwia realizowanie funkcji jednoczącej aktu małżeńskiego rozumianej
jako dar z siebie nawzajem, przy możliwie skutecznym zablokowaniu funkcji przekazywania
życia. Czy dobrem w omawianej sytuacji jest troska o zdrowie i życie żony, objawiająca
się w antykoncepcji sztucznej bądź naturalnej, czy też jest to zło podlegające tylko
i wyłącznie potępieniu? Czy raczej dobrem jest kilkuletnia (a może i dożywotnia)
wstrzemięźliwość małżeńska, a co za tym idzie zablokowanie także funkcji jednoczącej
aktu małżeńskiego, wynikającej jednak nie z woli i zgody małżonków, lecz dyktatu
nieregularnej owulacji i nieobliczalnej (w sensie rachunkowym) miesiączki kobiety? Na
pytania te w polemice o. Meissnera nie znajdziemy pozytywnych, a tym bardziej budujących
odpowiedzi.
Najważniejsze pytania związane z antykoncepcją są następujące: gdzie przebiega
granica między wolnością i odpowiedzialnością człowieka wierzącego, a obowiązkiem
posłuszeństwa wobec nauczania Kościoła? Czy i kiedy antykoncepcja jest zbrodnią, jak
określił ją Pius XI w "Casti connubii", oraz czy, kiedy i dlaczego małżonkowie
mają prawo powstrzymywać się od przekazywania życia? Niestety, zarówno Sporniak w skądinąd
ciekawym artykule, jak o. Meissner w emocjonalnej polemice, nie zbliżają się do sedna
zagadnienia.
PIOTR RAFAŁ WASZEK
(Bielsko-Biała)
Czego boję się bardziej
Mamy z mężem dwoje małych dzieci (3,5 roku i 9 miesięcy). Trzecie dziecko jest w
planach, ale nie w tej chwili. Oboje jesteśmy zmęczeni podwójnym rodzicielstwem, choć
oczywiście także szczęśliwi. Karmię piersią. Dwa miesiące po ostatnim porodzie miałam
krwawienie, miesiąc później normalną miesiączkę. Od tego czasu cisza. Od 6 miesięcy
trwa cykl i wciąż nie było owulacji. Różne rodzaje śluzu pojawiają się
nieregularnie i znikają. Według metod NPR, aby mieć pewność, że nie poczniemy
dziecka, powinniśmy z mężem przez te pół roku powstrzymywać się od współżycia.
Nie jesteśmy tak heroiczni. Ale też nie sięgnęliśmy po antykoncepcję.
Kiedy czytam o tym, że antykoncepcja jest strachem przed ciążą i dzieckiem, myślę,
że brak zabezpieczenia jest dla mnie jeszcze większym lękiem. Lękiem, że nie podołam
fizycznie (upał, obrzmiałe nogi, pękaty brzuch, a ja po nieprzespanej nocy, zgięta w pół
uczę młodsze dziecko chodzić, pilnując starszego w osiedlowej piaskownicy),
psychicznie (małym dzieciom trzeba z siebie bardzo dużo dać i wymaga to często
rezygnacji z własnych potrzeb, od aspiracji zawodowych po możliwość spokojnego wypicia
herbaty; przy małych dzieciach trudno choćby porozmawiać z mężem, dopóki one nie
zasną itp.), finansowo (już teraz żyjemy z dnia na dzień; pojawienie się trzeciego
dziecka oznaczałoby jeszcze większą nieobecność męża w domu) i tak dalej.
Ilu małżonków brało udział w kształtowaniu stanowiska Kościoła wobec
antykoncepcji? Ile kobiet? Współcześni ojcowie bardzo angażują się w wychowanie
dzieci, to prawda. Wciąż jednak to kobiety ponoszą większą część kosztów
rodzicielstwa. Począwszy od ciąży, rodzenia i wielomiesięcznego, całodobowego
karmienia piersią, przez gamę żmudnych obowiązków domowych, po rezygnację bądź
ograniczenie życia zawodowego (co niekiedy może być błogosławieństwem, często
prowadzi jednak do obniżenia poczucia własnej wartości i przyczynia się do niższego
statusu kobiet).
To prawda, że firmy farmaceutyczne czerpią wielkie zyski z antykoncepcji. Przemysł
spirytusowy czerpie natomiast krocie z produkcji alkoholu, a mimo to picia wódki Kościół
nie zakazuje, ufając w odpowiedzialne jej używanie przez wiernych.
(nazwisko i adres do wiadomości redakcji)
Z chęcią i miłością
Cieszę się razem z żoną tym, że mamy trójkę kochanych dzieci. Mieszkamy jednak w
mieszkaniu 2-pokojowym. Pewna rodzina na naszym osiedlu ma ośmioro dzieci i mieszka w
mieszkaniu 3-pokojowym. Z chęcią i miłością przyjąłbym następną trójkę własnych
dzieci. Dlaczego jednak nie mogę w tak naturalny sposób, jak dokonuje się poczęcie
dziecka, kupić odpowiednio dużego domu i zapewnić rodzinie bytu, by żona nie musiała
pracować, tylko zajęła się wychowaniem dzieci, a jednocześnie by moja praca, przynosząc
odpowiedni dochód, nie kolidowała z obowiązkami ojca?
KRZYSZTOF JASIEŃSKI
(Gdynia)
Ciężary ponad siły
Mam 47 lat, od 23 lat jestem żonaty. Katolik, ślub kościelny, dzieci chrzczone i
bierzmowane, praktyki religijne regularne. Mamy z Żoną czworo dzieci, w tym dwoje
ostatnich tzw. nieplanowanych, na skutek posługiwania się NPR (Żona skończyła
Diecezjalne Studium Życia Rodzinnego i ma urzędowy papier upoważniający Ją do
nauczania NPR, a nie naucza ich tylko dlatego, że nie pozwala Jej na to uczciwość, gdyż
na własnej skórze przekonała się, jak bardzo wiedza książkowa odbiega od praktyki i
jakie niespodzianki może zgotować organizm kobiety). Przebieg ostatniej ciąży, stan
zdrowia żony i nasz wiek sprawiają, że czujemy się upoważnieni do nie powoływania na
świat więcej dzieci. I stosujemy metody sztuczne, na których, jak dotąd, nie zawiedliśmy
się.
Moja polemika z o. Meissnerem jest życiowej, nie teologicznej, natury. Ojciec obraża
takich ludzi jak ja, imputując nam, że nie kochamy żon i dzieci. Co Ojciec może o tym
wiedzieć? Na tej samej zasadzie mógłbym imputować, że Ojciec został księdzem, bo
nie potrafi nikogo kochać! Takie małżeństwa, jak moje, nazywa Ojciec "żyjącymi
nieuczciwie". No cóż, dziękuję, ale, jeśli rozmawiamy o uczciwości, może warto
byłoby przypomnieć, że blisko połowa ojców soborowych chciała uznać antykoncepcję
za dopuszczalną.
Żadne z użytych przez Ojca argumentów nie przekonują mnie o różnicy między NPR a
antykoncepcją, skoro cel jest ten sam (a stosowane środki nie czynią krzywdy, nie
dotyczy to tzw. pigułek wczesnoporonnych, które odrzucam, jako "zabijające").
Co komunikuję Żonie zakładając prezerwatywę? To, że dbam o Jej zdrowie i komfort
psychiczny, dając poczucie, że ma do czynienia z człowiekiem, który chce dzielić z Nią
życiową odpowiedzialność. To właśnie sama mi powiedziała. Czy jestem gorszy od człowieka,
co bierze sobie kobietę "po Bożemu", a potem "to już jej
zmartwienie"? Mój kolega, katolik-narodowiec, o żadnej antykoncepcji nie chce słyszeć,
bo "te sprawy to sprawy żony". Ona zabezpiecza się jak może, a on idzie śmiało,
co niedziela, do komunii.
Czy oddajemy się sobie naprawdę i całkowicie bezinteresownie? A co robimy "naprawdę
i całkowicie bezinteresownie"? Czy Ojciec, pisząc artykuł, miał na uwadze wyłącznie
nauczanie maluczkich, a zadowolenie z udanego tekstu nie miało już znaczenia? Idąc tym
tropem, musiałbym wyrzec się własnej przyjemności w pożyciu. Pisze Ojciec, że lękamy
się swojej płodności. Ludzką rzeczą jest lękać się, jeśli np. ma się czworo
dzieci, pracę na państwowym, parę krzyżyków i chorób na karku. A co będzie, jak nie
udźwigniemy kolejnego dziecka, jak nie wytrzyma zdrowie albo psychika? Liczyć na
Opatrzność?
Ojciec musi być świętym i nadzwyczaj mądrym człowiekiem oceniając, czy ja rzeczywiście
kocham Żonę i dzieci. Ja, prosty człowiek, nigdy bym się nie poważył na taką ocenę
bliźnich. Tak samo jak odrzucam od siebie, jako nieuprawnioną, myśl, że ktoś, kto
pisze takie artykuły jak Ojciec, nie kocha ludzi i Boga, tylko raczej Kościół (jako
instytucję) i jego doktrynę. A co do historii z dziewczyną, która chciała mieć rodzeństwo
- nasze dzieciaki, udręczone tym, że muszą ze swoimi sprawami stać do nas w kolejce,
nieraz już upewniały się, że więcej rodzeństwa nie będzie.
Czy Ojciec wie, co to znaczy spać w jednym łóżku z atrakcyjną kobietą i być z nią
tylko wtedy, gdy pozwala doktryna, a nie wtedy, gdy obojgu dyktuje serce, a choćby tylko
fizjologia? A co z kobietami chorymi, o nieregularnym cyklu? A żony marynarzy i kierowców-długodystansowców?
Może będę po śmierci za te poglądy i czyny odpowiadał, ale mam dziwne przeczucie, że
nie sam. Obok mnie staną ci, którzy wbrew naszemu Nauczycielowi, nakładają na ludzi ciężary
nie do udźwignięcia.
(nazwisko i adres do wiadomości redakcji)
Niedopuszczalne
Ojciec Meissner nie ma prawa publicznie kwestionować miłości rodzicielskiej osób
uciekających się do antykoncepcji. Jeśli Autor uważa, że tego rodzaju ,,szczerość"
jest dopuszczalna, pozostaje mi tylko życzyć Mu, aby podobnej opinii nigdy nie usłyszał
na własny temat.
WOJCIECH DOMITRZ
(Warszawa)
Milcząca seksualność
Wielu młodych ludzi odpowiedzialnie podchodzących do rodzicielstwa, odsuwa je w
czasie nie z powodu konsumpcjonizmu czy karierowiczostwa, ale na skutek trudności wywołanych
bezrobociem, brakiem mieszkań, powszechnością ryzyka utraty pracy z powodu ciąży i
macierzyństwa. Założenie, że każda para potrafi skutecznie stosować metody
naturalne, jest idealistyczne. Do sytuacji wymienionych przez Artura Sporniaka dopisałabym
jeszcze często występujące zaburzenia regularności cykli, bądź czytelności objawów
spowodowane zaburzeniami hormonalnymi lub nieregularnym trybem życia (praca na zmiany,
przepracowanie, stres). Czy w sytuacji obiektywnych przeszkód, miłość małżeńska ma
się wyrażać abstynencją?
O. Meissner nie odpowiada na to pytanie, podobnie jak nie wskazuje, na jakiej podstawie
przypisuje każdej stosującej antykoncepcję parze obligatoryjną niechęć do dzieci i
podwyższoną gotowość do aborcji. Czyżby zakładał - i uważał, że wszyscy zakładają
- potencjalną nieskuteczność metod naturalnych? De facto autor zostawia nierozstrzygniętą
kwestię, dlaczego "lęk przed płodnością", wyrażający się stosowaniem
prezerwatyw ma być moralnie, a nie tylko technicznie, różny od identycznego lęku
przejawiającego się używaniem termometru i wypływającą z jego wskazań wstrzemięźliwością.
Jeśli ludzie stosujący metody naturalne rzadziej dokonują aborcji, oba te zachowania
mogą wynikać np. z ich przekonań religijnych, a nie dobroczynnego wpływu okresowej
wstrzemięźliwości na sumienie i poglądy etyczne człowieka.
Dlaczego ojciec zakłada bezpośrednie przełożenie między stosowaną metodą regulacji
poczęć a szczęściem i miłością w małżeństwie i rodzinie? Chyba nie tylko moje doświadczenia
nie potwierdzają tego. Wielu moich przyjaciół, głęboko wierzących i intensywnie
praktykujących ma wątpliwości, o których nie rozmawiają z duchownymi, aby nie stracić
ich dobrej opinii. Stosują NPR nie dlatego, że są przekonani o jego moralnej czy
zdrowotnej wyższości, lecz "bo tak każe Kościół". Na dodatek cierpienie
wywołane niemożnością okazywania miłości przez nieraz długie okresy, bywa
traktowane bez zrozumienia i szacunku ze strony duszpasterzy. Ich doświadczenie celibatu,
które podają jako argument, jest inne. Nie praktykują przecież milczenia seksualnego w
obecności ciała żony, leżącej obok w łóżku każdej nocy.
Argument demograficzny jest może słuszny w starzejącej się Europie, ale nie, np. w
krajach Trzeciego Świata, gdzie rodziny są wielodzietne, ale z powodu głodu i chorób
połowa
dzieci nie dożywa do pełnoletniości. Czy lepsza jest ich śmierć z głodu i chorób,
czy stosowanie prezerwatyw? (Pomysł wysyłania termometrów, np. często niepiśmiennym
przedstawicielom rdzennych kultur afrykańskich, wydaje mi się mało realistyczny.)
Argument ten nasuwa też podejrzenie, że jego celem jest ilościowe pomnażanie wyznawców
danej religii. We współczesnym pluralistycznym społeczeństwie religia i światopogląd
są kwestią świadomego wyboru jednostek, niekoniecznie dziedzictwa.
Stwierdzenie o propagandzie antykoncepcyjnej, mającej na celu pomnażanie zysków przemysłu
farmaceutycznego, wydaje mi się równie sensowne, co teza, że propagujący model
wielodzietnej rodziny moraliści są agentami producentów pieluch i odżywek dla niemowląt.
MONIKA POGODA
(Szczecin)
Atak na Kościół?
Dziękuję za podjęcie tematu antykoncepcji i przedstawienie wątpliwości, jakie ma w
tej sferze współczesny człowiek. Mam nadzieję, że dzięki tej dyskusji moi
przyjaciele uwrażliwią sumienia na mowę ciała. Oni boją się dyskusji na te tematy, mówiąc,
że nie mają wątpliwości i wszystko jest jasne. Kiedy pytam, czy czytali encykliki,
adhortacje lub "Miłość i odpowiedzialność" Papieża, czy byli na wykładach
o rodzinie, zalega cisza, a po niej znaczące słowa: "nie dyskutuj, mamy rację".
Znajomi, żyjący na pograniczu Kościoła, pytań nie stawiają. W chwili, gdy znajdują
drogę i odwagę do zadawania tych pytań, słyszą w odpowiedzi: "jesteś
grzesznikiem, nie-katolikiem etc.". A oni chcą przecież być bliżej nauki Kościoła,
której nie znają i nie rozumieją.
Myślę, że ta dyskusja zachęci do odważnych pytań i nie zostanie odebrana jako atak
"TP" na Magisterium Kościoła. Wątpliwości, jak ufam, są po to, aby wzrastać.
JAROSŁAW SZCZEPANEK
(Gliwice)
|
|