adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 24 (2814)
15 czerwca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet

Listy - antykoncepcja

Zobacz "Tematy miesiąca" - Spór o antykoncepcję


Jakie wartości chroni zakaz stosowania antykoncepcji, tak stanowczo głoszony przez Urząd Nauczycielski Kościoła? Artykuły Artura Sporniaka i o. Karola Meissnera ("TP" nr 22) rozpoczęły dyskusję, poszukującą odpowiedzi na to pytanie. Rozmowa z o. Ksawerym Knotzem, duszpasterzem i spowiednikiem rodzin ("TP" nr 23), ukazała problem od strony konfesjonału. Dzisiaj oddajemy głos Czytelnikom. Za tydzień - polemika Krzysztofa Jankowiaka z Arturem Sporniakiem.


Sedno problemu

Artur Sporniak próbuje ukazać różnicę między antykoncepcją sztuczną, a naturalną (NPR) w oparciu o tzw. mowę ciała. Dochodzi do konkluzji, że przy aktach małżeńskich odbywających się w ramach NPR, tj. w okresach niepłodnych kobiety, postawa męża jest obiektywnie prawdziwa i wyraża pełną miłość. Przy aktach dokonywanych przy użyciu środków antykoncepcyjnych, postawa męża jest nieprawdziwa, bo wynika z braku akceptacji cykliczności płodności u żony. Konkluzja jest błędna. Artur Sporniak ukazuje męsko-szowinistyczne podejście do zagadnienia, patrząc jedynie przez pryzmat mowy ciała męża do żony. Jak wytłumaczyć mowę ciała żony do męża? Czy kobieta może prawdziwie i obiektywnie akceptować ciągłą płodność mężczyzny, zgadzając się na akt małżeński jedynie w czasie niepłodnym? Czy można mówić o pełnej akceptacji płodności męża, jeżeli spotkanie w akcie małżeńskim jest uzależnione od równania "śluz + temperatura + płodność męża = brak poczęcia"? Moim zdaniem, nie.

Każda próba wytłumaczenia sprawy antykoncepcji przez sprowadzenie aktu małżeńskiego do prostej sumy elementów jednoczącego i rodzicielskiego, bez odniesienia do życiowego kontekstu danego małżeństwa, wcześniej czy później trafi na przeszkodę, której nie da się racjonalnie wytłumaczyć. O. Karol Meissner pyta, jakie dobro chce człowiek osiągnąć, uciekając się do sztucznej regulacji poczęć? Czy jest to droga do zbawienia? Pytania ważne, ale pozostawione bez jasnej odpowiedzi. Z wymowy polemiki możemy domyślić się, że antykoncepcja nie wiąże się z żadnym dobrem, lecz tylko ze złem, a co za tym idzie, nie jest drogą do zbawienia i nie zasługuje na nagrodę życia wiecznego. Mocne pytania i ostre odpowiedzi. Czy prawdziwe? Czy akt małżeński, zawierający antykoncepcję sztuczną lub naturalną ma coś wspólnego z dobrem, a przez to i z Bogiem - źródłem wszelkiego dobra?

Tysiące kobiet w Polsce i miliony na świecie po urodzeniu pierwszego, czy kolejnego dziecka podupadają na zdrowiu fizycznym bądź psychicznym do tego stopnia, że następne poczęcie, a co za tym idzie ciąża i poród, są dla nich zagrożeniem. Ciążący na kobiecie obowiązek leczenia zdrowia wiąże się często z koniecznością zażywania środków farmakologicznych (w tym hormonalnych), których ubocznym skutkiem jest zmiana funkcjonowania organizmu kobiety, uniemożliwiając NPR.

Zarówno antykoncepcja przy użyciu prezerwatywy, jak naturalna oparta na NPR, w takich właśnie przypadkach, umożliwia realizowanie funkcji jednoczącej aktu małżeńskiego rozumianej jako dar z siebie nawzajem, przy możliwie skutecznym zablokowaniu funkcji przekazywania życia. Czy dobrem w omawianej sytuacji jest troska o zdrowie i życie żony, objawiająca się w antykoncepcji sztucznej bądź naturalnej, czy też jest to zło podlegające tylko i wyłącznie potępieniu? Czy raczej dobrem jest kilkuletnia (a może i dożywotnia) wstrzemięźliwość małżeńska, a co za tym idzie zablokowanie także funkcji jednoczącej aktu małżeńskiego, wynikającej jednak nie z woli i zgody małżonków, lecz dyktatu nieregularnej owulacji i nieobliczalnej (w sensie rachunkowym) miesiączki kobiety? Na pytania te w polemice o. Meissnera nie znajdziemy pozytywnych, a tym bardziej budujących odpowiedzi.

Najważniejsze pytania związane z antykoncepcją są następujące: gdzie przebiega granica między wolnością i odpowiedzialnością człowieka wierzącego, a obowiązkiem posłuszeństwa wobec nauczania Kościoła? Czy i kiedy antykoncepcja jest zbrodnią, jak określił ją Pius XI w "Casti connubii", oraz czy, kiedy i dlaczego małżonkowie mają prawo powstrzymywać się od przekazywania życia? Niestety, zarówno Sporniak w skądinąd ciekawym artykule, jak o. Meissner w emocjonalnej polemice, nie zbliżają się do sedna zagadnienia.

PIOTR RAFAŁ WASZEK
(Bielsko-Biała)





Czego boję się bardziej

Mamy z mężem dwoje małych dzieci (3,5 roku i 9 miesięcy). Trzecie dziecko jest w planach, ale nie w tej chwili. Oboje jesteśmy zmęczeni podwójnym rodzicielstwem, choć oczywiście także szczęśliwi. Karmię piersią. Dwa miesiące po ostatnim porodzie miałam krwawienie, miesiąc później normalną miesiączkę. Od tego czasu cisza. Od 6 miesięcy trwa cykl i wciąż nie było owulacji. Różne rodzaje śluzu pojawiają się nieregularnie i znikają. Według metod NPR, aby mieć pewność, że nie poczniemy dziecka, powinniśmy z mężem przez te pół roku powstrzymywać się od współżycia. Nie jesteśmy tak heroiczni. Ale też nie sięgnęliśmy po antykoncepcję.

Kiedy czytam o tym, że antykoncepcja jest strachem przed ciążą i dzieckiem, myślę, że brak zabezpieczenia jest dla mnie jeszcze większym lękiem. Lękiem, że nie podołam fizycznie (upał, obrzmiałe nogi, pękaty brzuch, a ja po nieprzespanej nocy, zgięta w pół uczę młodsze dziecko chodzić, pilnując starszego w osiedlowej piaskownicy), psychicznie (małym dzieciom trzeba z siebie bardzo dużo dać i wymaga to często rezygnacji z własnych potrzeb, od aspiracji zawodowych po możliwość spokojnego wypicia herbaty; przy małych dzieciach trudno choćby porozmawiać z mężem, dopóki one nie zasną itp.), finansowo (już teraz żyjemy z dnia na dzień; pojawienie się trzeciego dziecka oznaczałoby jeszcze większą nieobecność męża w domu) i tak dalej.

Ilu małżonków brało udział w kształtowaniu stanowiska Kościoła wobec antykoncepcji? Ile kobiet? Współcześni ojcowie bardzo angażują się w wychowanie dzieci, to prawda. Wciąż jednak to kobiety ponoszą większą część kosztów rodzicielstwa. Począwszy od ciąży, rodzenia i wielomiesięcznego, całodobowego karmienia piersią, przez gamę żmudnych obowiązków domowych, po rezygnację bądź ograniczenie życia zawodowego (co niekiedy może być błogosławieństwem, często prowadzi jednak do obniżenia poczucia własnej wartości i przyczynia się do niższego statusu kobiet).

To prawda, że firmy farmaceutyczne czerpią wielkie zyski z antykoncepcji. Przemysł spirytusowy czerpie natomiast krocie z produkcji alkoholu, a mimo to picia wódki Kościół nie zakazuje, ufając w odpowiedzialne jej używanie przez wiernych.

(nazwisko i adres do wiadomości redakcji)




Z chęcią i miłością

Cieszę się razem z żoną tym, że mamy trójkę kochanych dzieci. Mieszkamy jednak w mieszkaniu 2-pokojowym. Pewna rodzina na naszym osiedlu ma ośmioro dzieci i mieszka w mieszkaniu 3-pokojowym. Z chęcią i miłością przyjąłbym następną trójkę własnych dzieci. Dlaczego jednak nie mogę w tak naturalny sposób, jak dokonuje się poczęcie dziecka, kupić odpowiednio dużego domu i zapewnić rodzinie bytu, by żona nie musiała pracować, tylko zajęła się wychowaniem dzieci, a jednocześnie by moja praca, przynosząc odpowiedni dochód, nie kolidowała z obowiązkami ojca?

KRZYSZTOF JASIEŃSKI
(Gdynia)





Ciężary ponad siły

Mam 47 lat, od 23 lat jestem żonaty. Katolik, ślub kościelny, dzieci chrzczone i bierzmowane, praktyki religijne regularne. Mamy z Żoną czworo dzieci, w tym dwoje ostatnich tzw. nieplanowanych, na skutek posługiwania się NPR (Żona skończyła Diecezjalne Studium Życia Rodzinnego i ma urzędowy papier upoważniający Ją do nauczania NPR, a nie naucza ich tylko dlatego, że nie pozwala Jej na to uczciwość, gdyż na własnej skórze przekonała się, jak bardzo wiedza książkowa odbiega od praktyki i jakie niespodzianki może zgotować organizm kobiety). Przebieg ostatniej ciąży, stan zdrowia żony i nasz wiek sprawiają, że czujemy się upoważnieni do nie powoływania na świat więcej dzieci. I stosujemy metody sztuczne, na których, jak dotąd, nie zawiedliśmy się.

Moja polemika z o. Meissnerem jest życiowej, nie teologicznej, natury. Ojciec obraża takich ludzi jak ja, imputując nam, że nie kochamy żon i dzieci. Co Ojciec może o tym wiedzieć? Na tej samej zasadzie mógłbym imputować, że Ojciec został księdzem, bo nie potrafi nikogo kochać! Takie małżeństwa, jak moje, nazywa Ojciec "żyjącymi nieuczciwie". No cóż, dziękuję, ale, jeśli rozmawiamy o uczciwości, może warto byłoby przypomnieć, że blisko połowa ojców soborowych chciała uznać antykoncepcję za dopuszczalną.

Żadne z użytych przez Ojca argumentów nie przekonują mnie o różnicy między NPR a antykoncepcją, skoro cel jest ten sam (a stosowane środki nie czynią krzywdy, nie dotyczy to tzw. pigułek wczesnoporonnych, które odrzucam, jako "zabijające"). Co komunikuję Żonie zakładając prezerwatywę? To, że dbam o Jej zdrowie i komfort psychiczny, dając poczucie, że ma do czynienia z człowiekiem, który chce dzielić z Nią życiową odpowiedzialność. To właśnie sama mi powiedziała. Czy jestem gorszy od człowieka, co bierze sobie kobietę "po Bożemu", a potem "to już jej zmartwienie"? Mój kolega, katolik-narodowiec, o żadnej antykoncepcji nie chce słyszeć, bo "te sprawy to sprawy żony". Ona zabezpiecza się jak może, a on idzie śmiało, co niedziela, do komunii.

Czy oddajemy się sobie naprawdę i całkowicie bezinteresownie? A co robimy "naprawdę i całkowicie bezinteresownie"? Czy Ojciec, pisząc artykuł, miał na uwadze wyłącznie nauczanie maluczkich, a zadowolenie z udanego tekstu nie miało już znaczenia? Idąc tym tropem, musiałbym wyrzec się własnej przyjemności w pożyciu. Pisze Ojciec, że lękamy się swojej płodności. Ludzką rzeczą jest lękać się, jeśli np. ma się czworo dzieci, pracę na państwowym, parę krzyżyków i chorób na karku. A co będzie, jak nie udźwigniemy kolejnego dziecka, jak nie wytrzyma zdrowie albo psychika? Liczyć na Opatrzność?

Ojciec musi być świętym i nadzwyczaj mądrym człowiekiem oceniając, czy ja rzeczywiście kocham Żonę i dzieci. Ja, prosty człowiek, nigdy bym się nie poważył na taką ocenę bliźnich. Tak samo jak odrzucam od siebie, jako nieuprawnioną, myśl, że ktoś, kto pisze takie artykuły jak Ojciec, nie kocha ludzi i Boga, tylko raczej Kościół (jako instytucję) i jego doktrynę. A co do historii z dziewczyną, która chciała mieć rodzeństwo - nasze dzieciaki, udręczone tym, że muszą ze swoimi sprawami stać do nas w kolejce, nieraz już upewniały się, że więcej rodzeństwa nie będzie.

Czy Ojciec wie, co to znaczy spać w jednym łóżku z atrakcyjną kobietą i być z nią tylko wtedy, gdy pozwala doktryna, a nie wtedy, gdy obojgu dyktuje serce, a choćby tylko fizjologia? A co z kobietami chorymi, o nieregularnym cyklu? A żony marynarzy i kierowców-długodystansowców? Może będę po śmierci za te poglądy i czyny odpowiadał, ale mam dziwne przeczucie, że nie sam. Obok mnie staną ci, którzy wbrew naszemu Nauczycielowi, nakładają na ludzi ciężary nie do udźwignięcia.

(nazwisko i adres do wiadomości redakcji)




Niedopuszczalne

Ojciec Meissner nie ma prawa publicznie kwestionować miłości rodzicielskiej osób uciekających się do antykoncepcji. Jeśli Autor uważa, że tego rodzaju ,,szczerość" jest dopuszczalna, pozostaje mi tylko życzyć Mu, aby podobnej opinii nigdy nie usłyszał na własny temat.

WOJCIECH DOMITRZ
(Warszawa)





Milcząca seksualność

Wielu młodych ludzi odpowiedzialnie podchodzących do rodzicielstwa, odsuwa je w

czasie nie z powodu konsumpcjonizmu czy karierowiczostwa, ale na skutek trudności wywołanych bezrobociem, brakiem mieszkań, powszechnością ryzyka utraty pracy z powodu ciąży i macierzyństwa. Założenie, że każda para potrafi skutecznie stosować metody naturalne, jest idealistyczne. Do sytuacji wymienionych przez Artura Sporniaka dopisałabym jeszcze często występujące zaburzenia regularności cykli, bądź czytelności objawów spowodowane zaburzeniami hormonalnymi lub nieregularnym trybem życia (praca na zmiany, przepracowanie, stres). Czy w sytuacji obiektywnych przeszkód, miłość małżeńska ma się wyrażać abstynencją?

O. Meissner nie odpowiada na to pytanie, podobnie jak nie wskazuje, na jakiej podstawie przypisuje każdej stosującej antykoncepcję parze obligatoryjną niechęć do dzieci i podwyższoną gotowość do aborcji. Czyżby zakładał - i uważał, że wszyscy zakładają - potencjalną nieskuteczność metod naturalnych? De facto autor zostawia nierozstrzygniętą kwestię, dlaczego "lęk przed płodnością", wyrażający się stosowaniem prezerwatyw ma być moralnie, a nie tylko technicznie, różny od identycznego lęku przejawiającego się używaniem termometru i wypływającą z jego wskazań wstrzemięźliwością. Jeśli ludzie stosujący metody naturalne rzadziej dokonują aborcji, oba te zachowania mogą wynikać np. z ich przekonań religijnych, a nie dobroczynnego wpływu okresowej wstrzemięźliwości na sumienie i poglądy etyczne człowieka.

Dlaczego ojciec zakłada bezpośrednie przełożenie między stosowaną metodą regulacji poczęć a szczęściem i miłością w małżeństwie i rodzinie? Chyba nie tylko moje doświadczenia nie potwierdzają tego. Wielu moich przyjaciół, głęboko wierzących i intensywnie praktykujących ma wątpliwości, o których nie rozmawiają z duchownymi, aby nie stracić ich dobrej opinii. Stosują NPR nie dlatego, że są przekonani o jego moralnej czy zdrowotnej wyższości, lecz "bo tak każe Kościół". Na dodatek cierpienie wywołane niemożnością okazywania miłości przez nieraz długie okresy, bywa traktowane bez zrozumienia i szacunku ze strony duszpasterzy. Ich doświadczenie celibatu, które podają jako argument, jest inne. Nie praktykują przecież milczenia seksualnego w obecności ciała żony, leżącej obok w łóżku każdej nocy.

Argument demograficzny jest może słuszny w starzejącej się Europie, ale nie, np. w krajach Trzeciego Świata, gdzie rodziny są wielodzietne, ale z powodu głodu i chorób połowa

dzieci nie dożywa do pełnoletniości. Czy lepsza jest ich śmierć z głodu i chorób, czy stosowanie prezerwatyw? (Pomysł wysyłania termometrów, np. często niepiśmiennym przedstawicielom rdzennych kultur afrykańskich, wydaje mi się mało realistyczny.) Argument ten nasuwa też podejrzenie, że jego celem jest ilościowe pomnażanie wyznawców danej religii. We współczesnym pluralistycznym społeczeństwie religia i światopogląd są kwestią świadomego wyboru jednostek, niekoniecznie dziedzictwa.

Stwierdzenie o propagandzie antykoncepcyjnej, mającej na celu pomnażanie zysków przemysłu farmaceutycznego, wydaje mi się równie sensowne, co teza, że propagujący model wielodzietnej rodziny moraliści są agentami producentów pieluch i odżywek dla niemowląt.

MONIKA POGODA
(Szczecin)





Atak na Kościół?

Dziękuję za podjęcie tematu antykoncepcji i przedstawienie wątpliwości, jakie ma w tej sferze współczesny człowiek. Mam nadzieję, że dzięki tej dyskusji moi przyjaciele uwrażliwią sumienia na mowę ciała. Oni boją się dyskusji na te tematy, mówiąc, że nie mają wątpliwości i wszystko jest jasne. Kiedy pytam, czy czytali encykliki, adhortacje lub "Miłość i odpowiedzialność" Papieża, czy byli na wykładach o rodzinie, zalega cisza, a po niej znaczące słowa: "nie dyskutuj, mamy rację". Znajomi, żyjący na pograniczu Kościoła, pytań nie stawiają. W chwili, gdy znajdują drogę i odwagę do zadawania tych pytań, słyszą w odpowiedzi: "jesteś grzesznikiem, nie-katolikiem etc.". A oni chcą przecież być bliżej nauki Kościoła, której nie znają i nie rozumieją.

Myślę, że ta dyskusja zachęci do odważnych pytań i nie zostanie odebrana jako atak "TP" na Magisterium Kościoła. Wątpliwości, jak ufam, są po to, aby wzrastać.

JAROSŁAW SZCZEPANEK
(Gliwice)

 


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny