dotb.gif

„TP”, Nr 24 (2814), 15 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2814/kultura07.php

Andriej Chrzanowski - laureat Krakowskiego Festiwalu


Z kociej perspektywy

Bogusław Zmudziński


Krakowskie festiwale rzadko doceniały twórców filmów animowanych. W 40-letniej historii międzynarodowych konkursów po Złotego Smoka sięgnęli nieliczni: Sadao Tsukioka (1970), Fiodor Chitruk (1974), Caroline Leaf (1978), Piotr Dumała (1988) i Jerzy Kucia (1992). W tym roku - choć obecność animacji była skromna i mało reprezentatywna - Grand Prix festiwalu zdobył Andriej Khrzanovsky za film "Półtora kota".

Khrzanovsky, czy może bardziej swojsko - Chrzanowski; gdy przed wieloma laty poznałem go na ukraińskim festiwalu KROK, zaczął rozmowę od przeprosin, że nie mówi po polsku, a przecież powinien, bo jego przodkowie trafili na zesłanie nad Wołgę po powstaniu 1863 r. Niestety szybko ulegli rusyfikacji i już jego dziadek nie mówił po polsku.

Chrzanowski należy do czołowych, obok F. Chitruka, J. Norsztejna i E. Nazarowa, przedstawicieli moskiewskiej animacji. W świecie twórców autorskiej animacji zajmuje miejsce dość nietypowe. Osobiście nie rysuje, nie animuje, bezpośrednio nie przykłada ręki do swoich filmów. Co więcej, nie tworzy własnego animowanego świata; nieustannie inspiruje go twórczość innych artystów, zwłaszcza pisarzy i malarzy, których idee i artystyczne pomysły rozwija. Właściwie zachowuje się jak twórca filmów fabularnych, angażując do realizacji swoich filmów innych artystów.

Zajmowanie pozycji outsidera uważa sam za szczęśliwą okoliczność, gdyż wykorzystując talent innych twórców może równocześnie rozwijać niezbyt popularne w środowisku animacji techniki, np. kolażu, lub mieszać animację z dokumentem, jak to czyni w nagrodzonym w Krakowie filmie "Półtora kota": subiektywnej, prowadzonej jakby w imieniu Josifa Brodskiego opowieści o Petersburgu, życiu w Rosji i emigracji, z punktu widzenia kota, do którego Josif był - zdaniem Anny Achmatowej - "bardzo podobny".

Twórczość Chrzanowskiego, który zadebiutował w 1966 r. antybiurokratyczną parodią "Był sobie raz Koziawin", szybko została rozpoznana jako silnie osadzona w tradycji malarstwa europejskiego, od Leonarda da Vinci po René Magritte'a. Zarzucano mu, że uprawia filmowy surrealizm. Komentarze umilkły dopiero wtedy, gdy w obronę wziął go człowiek-instytucja kina radzieckiego, Siergiej Gierasimow, ogłaszając: "Tak, to jest surrealizm, to po prostu nasz socjalistyczny surrealizm".

W latach następnych we współpracy z J. Norsztejnem zrealizował wieloczęściowy film "Puszkinada", w którym wykorzystał nie tylko dorobek literacki wielkiego poety, ale jego szkice i rysunki, animując je pod kamerą. Tę formułę rozwijał w latach następnych w "Szkole Sztuk Pięknych", w którym malarstwo estońskiego malarza Julo Soostera uzyskało wsparcie tekstów Puszkina, Brodskiego, Achmatowej i Mandelsztama. Ostatnim spełnieniem tej oryginalnej koncepcji filmu animowanego jest właśnie "Półtora kota", w którym Chrzanowski w harmonijną całość połączył fragmenty spuścizny literackiej Brodskiego i ożywione rysunki pisarza.

Niedawno w świecie animacji stało się głośno o współpracy Chrzanowskiego z Tonino Guerrą - wybitnym włoskim scenarzystą, współautorem m.in. filmów Antonioniego, Angelopoulosa, braci Tavianich i Felliniego. Razem podpisali dwa filmy: "Lew o siwej brodzie" i "Długa podróż". Ten ostatni, nagrodzony w 1998 r. w Krakowie, stanowił udaną próbę ożywienia sławnych rysunków Felliniego, będących dziś przedmiotem kultu jego wielbicieli, a przez samego mistrza traktowanych użytkowo.

Kino Chrzanowskiego, uważane za akademickie, niekiedy oskarżane o eklektyzm, nie należy do żadnego z głównych nurtów współczesnej twórczości filmowej. Także w obszarze animacji sytuuje się na marginesie. Stawiająca niemałe wymogi widzowi erudycyjna twórczość przybliża jednak niezwykle trafnie dorobek współczesnej i dawnej kultury wysokiej. Jakże przekonująco brzmią z ekranu słowa Brodskiego: "Pamiętam jeden dzień - ten, w którym musiałem wyjechać po miesięcznym pobycie z Wenecji. Właśnie jadłem lunch w małej trattorii - pieczoną rybę i piłem wino. Patrząc przez zmrużone oczy na słońce nagle poczułem, że jestem zwierzęciem. Kotem, który właśnie zjadł rybę. Gdyby ktoś zwrócił się do mnie, zamiauczałbym. Byłem całkowicie, zwierzęco szczęśliwy".

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl