dotb.gif

„TP”, Nr 24 (2814), 15 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2814/kultura06.php

Krakowski Festiwal Filmowy: konkurs międzynarodowy


Słuchanie obrazów

Wojciech Kuczok


Myśl nie nowa i nie moja, ale dla krakowskiego festiwalu winna stać się stałym mottem: nie ma w kinie nic gorszego niż za długi film krótki.

Dla festiwalowego widza, zmuszonego do spożywania hurtowych ilości filmów, najważniejsze są błyski, chwile przeżyte w poczuciu, że oto przez moment miało się do czynienia z dziełem, z cudem kina, że na tych kilkanaście sekund, może kilka minut, warto było czekać godzinami. Znosić nużące, sztucznie wydłużane na potrzeby ramówek telewizyjnych reportaże. Przetrwać egzaltowane próby ekranowej eseistyki. O tych błyskach, niekoniecznie zauważonych przez jury, chcę opowiedzieć.


Fabularne błyski

Dawno w Krakowie nie widziałem tylu dobrych fabuł, w tym przynajmniej jedną wybitną - "Całym sercem" francuskiego reżysera Nikolasa Birkenstocka. Rzecz to równie przejmująca, jak sławetna "Męska sprawa" Fabickiego, tyle że w tym przypadku pas zostaje zastąpiony... poezją. Wrażliwy chłopak podejmuje się wykucia na pamięć długiego i trudnego wiersza na szkolną akademię, rodzice chcą tej nauki dopilnować. Wszystko w porządku? Nie, bo dom jest toksyczny. Chłopak dniami i nocami słyszy zza drzwi jadowite małżeńskie pogwarki, wrzaski, trzaski, szloch matki. Kiedy ojciec zasiada z synem do stołu, by pomóc w pamięciowym opanowaniu tekstu pełnego stylistycznych wywijasów i raczej dźwięcznego niż sensownego - szybko traci cierpliwość do synowskich pomyłek. Pomoc przeradza się w przemoc, troskliwe przysłuchiwanie się w brutalne przesłuchanie.

Nie, w tym domu nie używa się pejcza. W tym domu można się zranić powietrzem, w którym wciąż wisi awantura. Dzieciak ucieka w wiersz, żeby nie zawieść siebie, rodziców, nauczyciela - ale też im dłużej go wypowiada, tym bardziej wszystko mu się we łbie kitłasi, najpierw zdania, potem pojedyncze słowa tracą resztki sensu. W finale zwykłą recytację akademicką oglądamy z takim napięciem, jakby młody bohater stąpał po linie bez asekuracji - na tę grę spojrzeń, na te niebezpiecznie długie pauzy między wersami (czy się zatnie na dobre? czy sobie przypomni?) warto było czekać.

Piękny, również ledwie dwudziestominutowy filmik przysłał do Krakowa najwybitniejszy w ostatniej dekadzie ekranizator dramatów szekspirowskich: Kenneth Branagh. Jego "Słuchanie" sięga szczytów romansowej subtelności. Para bohaterów poznaje się w specyficznym "świeckim klasztorze" - odludnym sanatorium dla ludzi znękanych zgiełkiem życia, gdzie muszą ściśle przestrzegać reguły milczenia. Oto więc wzajemna fascynacja nie tylko nie znajduje spełnienia w kontakcie fizycznym, ale z zasady musi być pozbawiona tak erotycznej sfery człowieka, jaką stanowi mowa. Mowa, nie język - bo ten można sobie wymyślić na poczekaniu, ułożyć z gestów, znaków, w ostateczności wspomagając się słowem pisanym. Bohaterowie Branagha w milczeniu wsłuchują się bezpośrednio w swoje dusze, rozpoznają się, podejmują skutecznie rozmowę pozawerbalną. Puenta dodaje całej historii nowego posmaku: na pożegnanie ona daje mu płytę z koncertem Beethovenowskim i numer swojego telefonu, on mnie w dłoniach liścik, w którym się przyznał, że jest głuchy...

Wśród fabularnych krotochwili najczyściej zabrzmiały "O świcie" Martina Jonesa i "Czarujący mężczyzna" Martina Strange-Hansena. Pierwsza brawurowo wygrywa komizm w skrajnie dramatycznej sytuacji - dojrzała kobieta chce opuścić mieszkanie przygodnego kochanka, zanim ten się zbudzi, ale utrudnia jej to niedoszły samobójca z mieszkania powyżej, który po małżeńskiej zwadzie wykonał nieudolny skok z okna i zawisł szelkami na gałęzi. Tak zaczyna się niegłupi dialog o konsekwencjach niewierności... Z kolei film Duńczyka bezpretensjonalnie wydrwiwa ksenofobię, i choć jest poprawny nie tylko politycznie, ma swój nieodparty urok. A wszystko to w utworach o połowę krótszych od laurowego "Mojego miasta" Marka Lechkiego, który na tym festiwalu winien prezentować tylko krótkiego "Astronoma" (gdzie Andrzej Pieczyński miast oglądać gwiazdy spoziera przez lunetę na wdzięki Doroty Pomykały mieszkającej w bloku naprzeciwko). Wojciech Marczewski jako przewodniczący jury wykazał instynkt opiekuńczy dając swemu młodszemu koledze Srebnego Smoka za najdłuższy, a nie najlepszy film fabularny krakowskiego festiwalu.


Plastelinowy świat

W szerokiej stawce krótkich animacji zwycięski "Tramwaj numer 9" Ukraińca Stepana Kowala istotnie imponował nie tylko brawurą plastyczną, ale i wyczuleniem na to, co w języku ulicy ukraińskiej najbardziej żywotne. Tytułowy tramwaj jest swojsko zapchany poza granice wytrzymałości, ale zapełnia go tłumek plastelinowy - dzięki czemu autor obrazuje nam niewyczerpaną listę sposobów uelastyczniania ludzkiej miazgi w środkach komunikacji w godzinach szczytu. Do tego Kowal w najlepsze bawi się podsłuchiwaniem tramwajowej gadaniny, świetnie oddając tę nowowschodnią kłótliwość ludzi zmaltretowanych nędzą codziennego życia. To de facto jedyny na tegorocznym festiwalu film animowany, który posługiwał się dialogiem; pozostali twórcy wybrali konwencję animacji niemej lub też radykalnie ograniczyli zdolności językowe swoich bohaterów.

Uzasadnienie dla tego wyboru znalazłem tylko w świetnym "Kamieniu głupoty" Jesse Rosensweeta, który czerpiąc inspirację z alegorycznego obrazu Boscha, relacjonuje nieznany epizod średniowiecznej... psychiatrii i neurochirurgii. Debile mamroczą, bo w łepetynach gnieżdżą im się otoczaki, "lekarze" bełkocą równie niewyraźnie chyba przez grzeczność wobec pacjentów - dość powiedzieć, że przezabawny proces operacji usunięcia tytułowego kamienia kończy się wykorzystaniem go jako surowca wtórnego - zmielonej karmy dla noworodków...

Milczenie i literackość

Klasycznego dokumentu było w Krakowie tradycyjnie najwięcej - ale też dzieła na miarę "Dnia chleba" Siergieja Dworcewoja (Złoty Smok sprzed trzech lat, w moim odczuciu ostatnie do dziś arcydzieło sekcji międzynarodowej) próżno było wypatrywać. Livia Gyarmathy zręcznie przedstawiła małomiasteczkową społeczność na przykładzie grupki amatorów tańca towarzyskiego. "Na parkiecie" pokazuje, jak wielką rolę może odegrać w dokumencie delikatna inscenizacja, traktowanie swoich bohaterów także jako aktorów. Gyarmathy wychodzi za każdą z postaci z sali tanecznej, idzie do ich domów, pokazuje ich prywatność w serii etiud, których nie powstydziłby się wczesny Forman.

Niezwykłość irańskiej "Klatki wolności" Javada Mozdabadiego polega na jej hipnotycznym rytmie, na tym, że przez kwadrans śledzimy poczynania głównego bohatera nie mając pojęcia, czemu mają one służyć, i dopiero puenta czyni tę historię precyzyjnie pomyślaną, spokoju dać nie chce... Mozdabadi niespiesznie snuje opowieść o misternych przygotowaniach starego Irańczyka do dziwacznego polowania na wróblowate stado polnych ptaków. Pułapka jest w swej przemyślności zdumiewająca, ale jeszcze bardziej zaskakuje ostateczny cel tej łapanki. Bohater zdąża z klatką pełną przestraszonych ptaszyn do miasta, gdzie siada obok straganów i sprzedaje... wolność. Każdy klient może płacąc uprzednio stosowną monetą uwolnić jednego ptaka. Przed zmierzchem mężczyzna sam wypuszcza w świat resztę "nie sprzedanego" towaru. Piękny, poetycki film, w którym nie pada ani jedno słowo...

Jurorzy jednak najwyraźniej preferowali w tym roku literackość rozumianą jako nad(obecność) słowa na ekranie. Nagroda FIPRESCI dla "Fenomenologii spojrzenia" Dmitrija Sidorowa wynika chyba z tęsknoty filmoznawców za czasami, kiedy wielcy twórcy kina godzili sztukę z uprawianiem teorii filmu. Zwykle jednak nie czynili tego symultanicznie; zarówno dla Eisensteina, jak i - z bliższego naszym czasom poletka - dla Pasoliniego film był miejscem wprowadzania w czyn rozważań filmologicznych. Sidorow zaś zaproponował ilustrowany esej o patrzeniu-przez-kamerę. Naturalne rozproszenie widza kinowego na obraz i dźwięk uniemożliwia poświęcenie należytej uwagi tak tekstowi, jak temu, co widzialne. Sidorow sprytnie zakamuflował montażem archiwaliów tekst, który w druku mógłby trącić egzaltowaną grafomanią.

Laureat Grand Prix Andriej Chrzanowski sprawił nie lada gratkę miłośnikom Josifa Brodskiego w swoim kolażu dokumentu, fabuły i różnych technik animacji. "Półtora kota" przemawia na szczęście wyłącznie słowem Poety i - tak w niezapomnianej melodyce jego recytacji, jak i w mistrzowskim piórze eseisty - dowodzi, że słowo uobecnić w filmie można zgoła nienatrętnie.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl