|
Kraków ma właściwy rozmiar
Z Sonią Dembinską i Kevinem Kennerem rozmawia Tomasz Cyz
TOMASZ CYZ: - Mieszkacie od jakiegoś już czasu w Polsce. Dlaczego właśnie Polska?
SONIA DEMBINSKA: - Od zawsze chcieliśmy spędzić jakiś czas poza granicami naszych krajów.
Myśleliśmy, że będzie to dobre dla naszych dzieci, by poznały inną kulturę. Oboje
uważaliśmy, że tym miejscem może być tylko Polska. Dlaczego? Kochamy ten kraj,
chcieliśmy, by także nasze dzieci go poznały i nauczyły się języka. Tryb życia i
pracy Kevina sprawia, że taki plan łatwo zrealizować: przecież nie jest ważne, skąd
pojedzie do Japonii czy Stanów Zjednoczonych, by zagrać kolejny koncert. Dwa lata temu
spędziliśmy w Krakowie wakacje, Kevin oprowadzał mnie po miejscach, które zapamiętał
z młodości...
 |
 Kevin i Sonia Kennerowie z dziećmi na Rynku krakowskim |
|
KEVIN KENNER: - Kiedy miałem siedemnaście lat, studiowałem w Krakowie przez pół roku.
Oczywiście wiele od tego czasu się zmieniło. Byliśmy w Polsce wiele razy, podczas
koncertowych podróży, ale dopiero podczas trzytygodniowych wakacji mieliśmy wreszcie
czas na zwiedzanie, nie tylko Krakowa, także innych miast. Ale to Kraków nas zauroczył,
oboje się w nim zakochaliśmy. Nie chcieliśmy wyjeżdżać. Więc zadaliśmy sobie
pytanie: dlaczego mamy wyjeżdżać, skoro tego nie chcemy? Dlaczego tu nie zostać?
- Co jest takiego w tym mieście, że nie chcecie się z nim rozstać? Pytam o to także
dlatego, że czasem sami mieszkańcy Krakowa nie czują jego uroku, piękna, jego genius
loci?
KK: - Kiedy studiowałem, byłem tu razem z moją mamą. To był koniec roku 1980, niełatwy
czas. Ale pozostały po tym cudowne wspomnienia. Kiedy myślałem o Polsce, myślałem o
Krakowie. To miasto stało mi się bardzo bliskie, pamiętam do dziś lekcje u prof.
Ludwika Stefańskiego, na krótko przed jego śmiercią.
SD: - Dużo podróżowaliśmy i podróżujemy. Podoba nam się Skandynawia, Japonia,
oczywiście Ameryka. Ale Kraków jest najpiękniejszym miastem ze wszystkich, które
widzieliśmy i znamy. Jest w nim jakaś nieskazitelność. I ma właściwy rozmiar:
wszystko jest niemal na wyciągnięcie ręki, miejsca, które lubisz, ludzie, których możesz
spotkać zawsze i przypadkiem.
KK: - To miasto ma także bogatą kulturę. Ciągle coś się dzieje.
- Naprawdę? Mam często wrażenie, że to miasto drzemie...
KK: - A co robisz wieczorami, oczywiście jeśli nie pracujesz? Możesz przecież pójść
na koncert: jazzowy, klasyczny, do teatru, potańczyć, wziąć udział w jakimś
festiwalu... Jest także bogata oferta dla dzieci, co w naszym przypadku nie jest bez
znaczenia. A w dwie godziny możesz dostać się do Zakopanego. Wszystko na wyciągnięcie
ręki. Znam inne polskie miasta, ale to Kraków właśnie ma to coś specjalnego.
Krakowianie mają także specyficzne, intrygujące zamiłowanie do jedzenia, do kuchni.
Jest tak dużo różnych restauracji, wydaje mi się, że więcej nawet niż w Warszawie.
Chodzi mi przede wszystkim o możliwość wyboru. To także wiele mówi o mieszkańcach, o
tym, co cenią. Lubią cieszyć się życiem. Podobnie jak my.
- Kevin, kiedy poczułeś, że chcesz zostać pianistą, że muzyka stanie się treścią
Twojego życia?
KK: - Miałem około siedmiu lat. W szkole odbywały się zajęcia i każdy z nas miał
napisać, kim chce zostać. Wypisałem trzy zawody: na pierwszym miejscu był pianista, na
drugim strażak, na trzecim - pracownik stacji benzynowej. Uwielbiałem bowiem zapach
benzyny. Na razie pozostałem przy pierwszym wyborze.
SD: - Ale pewnie nigdy nie stałoby się to rzeczywistością, gdyby nie mama Kevina. Poświęciła
wszystko, by tylko mógł ćwiczyć, rozwijać się. Kiedy zdała sobie sprawę, że ma
talent, pracowała niezwykle ciężko, by tylko mu pomóc, mimo że sama nie posiadała
muzycznego wykształcenia. Wyszła za mąż w młodym wieku, mieszkała na farmie. Poświęciła
Kevinowi cały swój czas.
KK: - Wierzyła, że może mi się udać. Że może nam się udać. Pozostawiła na pół
roku męża, inne dzieci, by tutaj w Polsce być ze mną. Nie znając języka, nie znając
kraju, opiekowała się mną, robiła wszystko, żebym mógł zajmować się tylko
graniem.
- Miałeś dwóch polskich nauczycieli?
KK: - Tak, prof. Stefańskiego i Krzysztofa Brzuzę. Pochodził z Nowego Sącza, później
przeniósł się do Kalifornii, gdzie się spotkaliśmy. Był uczniem Stefańskiego,
mieszkał u niego przez wiele lat. Dzięki niemu właśnie przyjechałem do Polski, on też
polecił mnie profesorowi.
- Jesteście oboje pianistami. Czym jest dla Was muzyka?
SD: - To najważniejsza rzecz w naszym życiu.
KK: - To powietrze, którym oddychamy, najpełniejszy sposób wyrażania siebie,
zaznaczenia swojego "ja". Tego, jak widzisz rzeczy, jak widzisz świat. Granie
muzyki jest czymś znacznie poważniejszym niż tylko zabawą czy przyjemnością.
- Zastanawialiście się kiedyś, jaką płeć ma muzyka? Gramatycznie w polskim choćby języku
mówi się o niej w rodzaju żeńskim...
KK: - Muzyka ma w sobie oba elementy, męski i żeński. Jeśli jej natura byłaby
bardziej kobieca, jak mężczyzna mógłby przez nią wyrażać samego siebie? Choć
oczywiście zdarzają się utwory, które można nazwać męskimi, inne kobiecymi. Nigdy
się nad tym nie zastanawiałem, ale to bardzo ciekawy problem.
- Co według Was, pianistów i wykonawców, jest najważniejsze w sztuce muzycznej
interpretacji? Co to znaczy: dobra interpretacja?
SD: - Przede wszystkim musi być przekonująca. Czasem możemy nawet nie lubić sposobu, w
jaki pianista (czy inny muzyk) wykonuje dany utwór, ale jeśli jest przekonujący... Byłam
ostatnio na koncercie, podczas którego wykonywano utwór, który bardzo dobrze znam, bo
gra go również Kevin. I pewne rozwiązania okazały się zupełnie inne, ale bałabym się
stwierdzić, że interpretacja Kevina jest dobra, właściwa, a to wykonanie takie nie było.
Niewątpliwie to, co słyszałam, było klarowne, jakby pianista znał na wylot każą nutę,
było bardzo jasne. Zdawał się analizować każdy takt i czuć było, że doskonale wie,
co chce wyrazić. Dlatego to było przekonujące.
Miałam w Londynie nauczyciela fortepianu. Ceniłam u niego to, że był bardzo wymagający.
Podczas lekcji pytał często: dlaczego tę nutę grasz właśnie tak? Początkowo myślałam
sobie, że pewnie gram coś źle... Ale on tylko chciał, żebym była przekonana do tego
właśnie rozwiązania. Żebym zastanawiała się, dlaczego tak, a nie inaczej.
KK: - Ludzie lubią, aby rzeczy były jasne, wyraźne: białe ma być białe, czarne
powinno być czarne. Jest w nas silna pokusa, by istniał tylko jeden sposób tworzenia i
wyrażania. I jeśli jest mój, to jest dobry. Myślę, że byt artysty polega na ciągłej
walce. Ktoś wykonuje dany utwór inaczej niż ty i to skłania cię do zastanowienia się
nad tym, jak sam to robisz. Do przewartościowań. Muzyka zmienia się z roku na rok, z
dnia na dzień. Nie ma jednego tylko sposobu zagrania danego utworu. Zresztą
interpretacja nie ma wiele wspólnego z wyborem. To raczej problem integralności i
szczerości, do której powinniśmy dążyć, by naprawdę zrozumieć, co muzyka chce nam
powiedzieć. Interpretator, wykonawca musi mieć mniej z kompozytora, więcej z tłumacza.
Jest naturalnym medium, przez które muzyka może i chce sama się wyrazić.
- Co jest najważniejsze w przygotowywaniu i wykonywaniu utworu: inspiracja, technika,
emocje?
KK: - To wszystko jest powiązane. Jeśli zostałeś czymś zainspirowany, ale nie masz
wystarczających możliwości technicznych, by to wyrazić, wtedy nie potrafisz tego zrobić.
Jeśli jesteś świetny technicznie, a nie wiesz, co chcesz wyrazić, dzieje się
podobnie. Muzyka staje się jedynie pustym naczyniem. Technika jest po prostu elementem,
poprzez który wyrażamy znaczenie i myśl danej muzyki.
- Mieczysław Tomaszewski, wybitny znawca Chopina, powtarza często sformułowanie:
"musimy wysłyszeć, co utwór ma nam do powiedzenia"... Czy grając dzieło słuchacie
go równocześnie, słuchacie i zastanawiacie się, co ono w tym momencie do Was mówi?
KK: - Bardzo często wykonawca jest - powinien być - równocześnie słuchaczem. Istotą
wykonywania muzyki jest dialog. Muzyka nie jest jedynie obiektem, na którym dokonuje się
pewnych operacji. Wykonawca powinien reagować na muzykę, którą właśnie gra. Muzyka
odpowiada tym samym, podobnie dzieje się z instrumentem - zależy, czy to wielka
koncertowa hala, czy mała sala dla kilkunastu słuchaczy. Cały czas musisz zwracać uwagę
na warunki, otoczenie, wszystko bowiem mówi coś do ciebie, musisz słuchać i odpowiadać.
Pewnie dlatego wolę koncerty niż nagrania, spontaniczność niż technikę - żmudne
powtarzanie po to tylko, by z kawałków skleić najlepszą wersję. Kiedy pierwszy raz
nagrywałem muzykę, zrozumiałem, że nie istnieje jedna jedyna idealna interpretacja.
- Co jest szczególnego, wyjątkowego w fortepianie?
KK: - Kiedy zaczynałem uczyć się muzyki, grałem na wiolonczeli i myślałem, że to
ona właśnie jest najpiękniejszym instrumentem na świecie... Brzmienie fortepianu jest
różnorodne, możesz słyszeć w nim dźwięki orkiestry, głosy innych instrumentów.
- Kilka lat temu przygotowaliście wspólnie multimedialne projekty. Co to było?
SD: - Moja bliska przyjaciółka wykłada literaturę angielską na jednym z uniwersytetów
w Stanach Zjednoczonych i organizuje co jakiś czas interdyscyplinarne konferencje.
Zaprosiła nas do współpracy przy temacie: woda. Chcieliśmy połączyć elementy
wizualne, literaturę, muzykę. Przygotowywaliśmy się do tego długo, dużo czytaliśmy,
odwiedzaliśmy galerie. Okazywało się, że pewne rzeczy łączą niedostrzegalne przy
pierwszym spojrzeniu nici. Że jakiś obraz posiada część wspólną z pewnym utworem
muzycznym, podobnie dzieje się z wierszem. To było niezwykłe doświadczenie, bardzo
otwierające. Nasi słuchacze nie byli muzykami, zajmują się różnymi dziedzinami
nauki: fizyką, chemią... Kiedyś powtórzyliśmy to samo w szkole, do której uczęszczały
wtedy nasze dzieci, oczywiście zmniejszając poziom komplikacji. Akurat odbywał się u
nich "water week", tydzień wody. Po naszej prezentacji dzieci miały same coś
namalować, starsze coś napisać; i wykorzystały doświadczenie z wykładu! Pozostała
nam po tym książka z pracami dzieci: jest po prostu zdumiewająca. Pokazuje, jaki
potencjał tkwi w każdym, naprawdę każdym dziecku...
KK: - Mając do czynienia w tym samym momencie z różnymi rodzajami sztuk, zaczynasz podświadomie
szukać powiązań pomiędzy nimi. Zaczynasz pytać, co mają ze sobą wspólnego...
Tematem kolejnego projektu był Chopin, piętnaście scen z jego życia. Połączyliśmy
utwory Chopina, czasem rzadko grywane, z listami przez niego napisanymi oraz jego
portretami.
- Kevin, czy mógłbyś jeszcze opowiedzieć o dwóch Konkursach Chopinowskich, w których
uczestniczyłeś?
KK: - Kiedy miałem 17 lat i mieszkałem w Krakowie, przygotowywałem się do mojego
pierwszego Konkursu. Wtedy jeszcze nie docierało do mnie, że będę uczestniczył w
jednym z najważniejszych pianistycznych konkursów na świecie. Byłem więc szczęśliwy,
kiedy zająłem dziesiąte miejsce. Wtedy też zdałem sobie tak naprawdę sprawę, że
mogę grać, że jestem w stanie zrobić "karierę" - nie tylko w sensie
popularności. Muszę tylko bardzo ciężko ćwiczyć.
Dziesięć lat później czułem, że mogę wygrać. Byłem wtedy zupełnie inną osobą,
jako pianista i jako człowiek. Nie przyjechałem do Warszawy jedynie po to, by coś przeżyć,
zdobyć kolejne doświadczenie. Przyjechałem, żeby zagrać - pięknie i doskonale. I
zwyciężyć. Czułem niesłychany dreszcz emocji. Śmieszne było na przykład to, że
pamiętałem nawet panie w szatni sprzed dziesięciu laty, i one także mnie rozpoznały.
To było jak powrót do domu. To był także ostatni konkurs, w którym brałem udział.
Parę miesięcy wcześniej dostałem Brązowy Medal na Konkursie im. Czajkowskiego w
Moskwie, także nagrodę na International Terence Judd Award w Londynie. W tym samy roku
pobraliśmy się z Sonią. Mieliśmy krótki miesiąc miodowy, właściwie nie miesiąc,
bo musieliśmy wrócić, żebym mógł przygotować się do Konkursu Chopinowskiego.
- Czy to był najpiękniejszy rok w Waszym życiu?
SD: - Nie, on trwa teraz.
KK: - Każdy rok jest piękniejszy od poprzedniego.
KEVIN KENNER jest amerykańskim pianistą, uczniem Krzysztofa Brzuzy i Ludwika Stefańskiego,
u którego studiował w Krakowie. W 1980 roku zajął dziesiąte miejsce podczas Międzynarodowego
Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Dziesięć lat później powrócił
do Warszawy i kolejny konkurs wygrał (zdobył także wielkie uznanie publiczności, która
wyróżniła go swoją nagrodą). W tym samym roku otrzymał brązowy medal podczas Międzynarodowego
Konkursu Pianistycznego im. Czajkowskiego w Moskwie, Terence Judd Award w Londynie oraz
The Chopin Foundation of the U.S. National Chopin Competition w Miami. Występował w
największych koncertowych salach Europy, Azji i Ameryki. Interesuje się wykonawstwem
historycznym, grał recitale na romantycznych instrumentach z epoki (Graf z 1820 roku,
Broadwood z 1816, Pleyel z 1847); z żoną, angielską pianistką i klawesynistką Sonią
Dembinską, często wykonują utwory na cztery ręce.
|