|
„TP”, Nr 24 (2814), 15 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2814/kultura03.php
Sztuka po Holokauście: wystawa Mirosława Bałki w krakowskiej Galerii Starmach
Liturgia pamięci
Agnieszka Sabor
Minął czas świadków, których coraz liczniej zastępują wyznawcy. Trudno więc dziś
mówić o "sztuce po Holokauście". Dramatyczna bezpośredniość zastępowana
jest przemyślaną, estetyzującą liturgią. Tak rodzi się parareligijna "sztuka
pamięci zbiorowej", wpisana w doświadczenie jak najbardziej współczesne.
Po wojnie wydawało się, że o straszliwym fenomenie masowej, odczłowieczającej śmierci
można jedynie krzyczeć. Krzykiem - zarówno zrozpaczonego świadectwa, jak i nie szukającej
żadnego wyjaśnienia, szybkiej i niemal bezpośredniej relacji - była choćby seria
linorytów Jonasza Sterna z 1945 roku: ekspresja dzikiego, panicznego strachu wprost z
lwowskiego getta. A także jego późniejszy o prawie dwadzieścia lat, dramatycznie
biologiczny cykl "Wyniszczenie", odwołujący się co prawda do Tablic Mojżeszowych,
ale redukujący je do grobowców zamienionych w piętrzące się na płótnie bezpańskie
kości.
Stern został aresztowany i przewieziony do Bełżca; uciekł z transportu i powrócił do
getta; znów przetransportowano go do obozu, tym razem w Janowcu; tam podczas masowej
egzekucji ominęły go kule. Historii tego powtarzającego się kilkakrotnie przypadku
ocalenia nie dało się ani zracjonalizować, ani usensownić. Można ją było tylko
wyrzucić z siebie niemal dosłownie - rybimi ośćmi. I wydawało się, że destrukty
Sterna, podobnie jak stosy wyszarzałych szmat i porzuconych butów Szajny dowodzą
ostateczności słów Theodora Adorno: "Zdolność do metafizyki została sparaliżowana,
ponieważ to, co się stało, rozbiło podstawę ewentualnego pogodzenia spekulatywnej
metafizycznej myśli z doświadczeniem".
Jeśli nie udawało się o wojnie krzyczeć, należało o niej milczeć. Tę przerażającą
niemożność opowiedzenia własnego, ogołacającego doświadczenia opisywała w 1995
roku Magdalena Abakanowicz: "1944. Było coraz straszniej. Szedł front. Rewolucja.
Jednego dnia ojciec kazał zaprząc konie. Wyjechaliśmy z Warszawy. Oddalając się od
domu, okolicy, czułam, jak pustoszeję. Zupełnie tak, jakby ze mnie wyjęto środek, a
wewnętrzna warstwa, nie oparta na niczym, kurcząc się, traciła wyraz".
Milczące, bo osamotnione, choć całkowicie pozbawione pojedynczości - jak ofiary Zagłady,
tyle że wyniesione poza konkretne miejsce i konkretny czas - są figury tej artystki.
Jedynym śladem ich zagubionej indywidualności są rany i blizny niestarannego materiału.
Skupione milczenie tych postaci może jednak czasem okazać się ratunkiem. Osiemdziesiąt
zgarbionych, bezradnych swoim kalectwem "Pleców" z lat 70. stało się co
prawda w kilkanaście lat później żywiczno-workowym "Tłumem", ale przecież
także brązowym "Katharsis", w którym pustka wypełnia się na powrót materią,
prowizoryczność nabiera stabilności, a korpus, wyzwalając się wreszcie z rozpaczy,
powraca do człowieczeństwa.
Przestrzeń rytualna
W pewnym sensie twórczość Magdaleny Abakanowicz ma swoją kontynuację w myśleniu
Mirosława Bałki - najważniejszego dziś w Polsce przedstawiciela sztuki zaangażowanej
w pamięć zbiorową. To podobieństwo określają przede wszystkim jego rzeźby figuralne
z lat 80., zaprezentowane w 1995 roku w Tate Gallery: "Kominek" - siedzący mężczyzna,
w którego wnętrznościach płonie ogień, a przede wszystkim "Pasterka" -
otulona płaszczem kobieta bez twarzy (Śmierć?), strumieniem światła wskazująca drogę
ku ciemności. Dzieła te mają w sobie majestat nagrobków. I jak każdy nagrobek, pytają
o metafizykę.
Próbą odpowiedzi na te pytania może być wyłącznie rytuał, o czym najlepiej świadczą
nowoczesne świątynie, budujące kult pamięci - "pielgrzymkowe" muzea w Tel
Awiwie, Waszyngtonie czy Berlinie. To, co dla "artystów krzyku" i "artystów
milczenia" wynikało z ich własnego, całkowicie determinującego życiorysy doświadczenia,
dla twórcy urodzonego w 1956 roku jest już lekcją cmentarza, choćby tego w rodzinnym
Otwocku. Uczestnictwem w zbiorowej pamięci, składanej samodzielnie ze szczątków
historii własnej rodziny, ale jednocześnie wpisanej w proces budowania (albo
odbudowywania) jakiegoś nowego Kościoła w świecie, w którym zgładzony został także
Bóg.
Liturgia pamięci, jak każda inna, wymaga aktywnego uczestnictwa. Aby było ono możliwe,
potrzebna jest pewna estetyczna, konceptualna konwencja - słowo i symbol, w których możliwe
okazuje się jakby paralelne przeżycie tego, co nie jest przecież doświadczeniem własnego
życia. Dlatego między ścianami pawilonu polskiego podczas Biennale Sztuki w 1993 roku
rozpiął Bałka zardzewiałą stalową linę - na wysokości 190 cm. Tyle wynosi wzrost
artysty. Podobne liny, tyle że nieco niżej, rozpinano czasem w obozach koncentracyjnych.
Dla dzieci, które mogły pod nimi swobodnie przejść, drut oznaczał wyrok śmierci. Były
zbyt małe, by pracować. Dziś lina zawieszona w galerii nie jest pomnikiem, ale próbą
symbolicznego, oczyszczającego współuczestnictwa w ich lęku.
Rytualna przestrzeń dopełniona jest słowem. Tytuły prac Bałki: "Bitte",
"Die Rampe", "Ordnung", "Ruhe" układają się w kolejne
wezwania litanii. Ta litania nieustannie przypomina o niebezpiecznej dwuznaczności języka
(od dawna pozbawionego niewinności, ale poprzez swą rzeczowość uciekającego dziś w
zapomnienie), jednocześnie przywraca mu jednak jego pierwotne znaczenia. W wywiadzie
udzielonym w kwietniu tego roku artysta wyjaśniał tę zależność: "Na przykład
tytuł "lebensraum" wielu od razu kojarzy z Hitlerem. A to jest dużo szersze
pojęcie, które istniało przed Hitlerem. "Przestrzeń życiowa" jest
przestrzenią życiową. Nie tylko przestrzenią Adolfa Hitlera."
Podróż zimowa<br>
Budząca niepokój dwuznaczność zawarta jest także w tytule ostatniej wystawy Mirosława
Bałki, prezentowanej właśnie w krakowskiej Galerii Starmach. "Winterreise" to
rezultat kilkugodzinnej, zimowej podróży artysty do Birkenau. Wyprawa okazała się dla
niego doświadczeniem współczesności tego miejsca. A ono w coraz większym stopniu
uspokaja się, "muzealnieje" - w pewien sposób "pięknieje". W obozie
zagłady - jak w każdej innej brzezince - rosną dziś drzewa, zimą przyprószone śniegiem.
Jest tak cicho, że biegają wśród nich sarny. Cała ta przestrzeń, zarejestrowana ręczną
kamerą, staje się ruchliwym, rozdygotanym obrazem, w którym ujawnia się cały dysonans
sytuacji. To właśnie dzisiejsza "normalność" opustoszałego obozu zagłady
budzi grozę.
Dlatego towarzyszące gościom wernisażu dźwięki pieśni Schuberta bardziej niż do
paradoksu pamiętników SS-manów, opisujących swoje muzyczne fascynacje, odsyłają do
teraźniejszości. Do Birkenau naprawdę można pojechać w romantyczną zimową podróż.
Nic więc dziwnego, że tytuł wystawy miał pierwotnie brzmieć "Pocztówki".
Kartki pocztowe z kwiatem wyrastającym z drutu kolczastego albo z brzozami, za którymi
kryją się ruiny krematorium, można już kupić, a nawet wysłać znajomym.
I tylko tak - we współczesnym obrazie naznaczonego Zagładą miejsca - możemy dziś doświadczać
grozy doświadczeń poprzedniego pokolenia. Bałka potrafi zbudować z tego dysonansu
budującą wartość: prawdziwym ołtarzem w galeryjnej przestrzeni nie są wcale kadry
filmu na ścianach (przypominające nieco zniszczone czasem, pozbawione słońca witraże),
ale wolno poruszające się, płaskie koła, na których artysta ustawił jak najbardziej
współczesne, puste talerze. To kolejna próba symbolicznego współuczestnictwa.
Lecz w liturgii obrazowania kryje się pewne niebezpieczeństwo (które w najmniejszym
stopniu grozi jednak twórczości Bałki, broniącej się hermetycznością osobistego
przekazu). Pamięć stać się bowiem może - m. in. poprzez sztukę, choć nie tylko, bo
także poprzez edukację, a nawet turystykę - parareligijną, ustrukturyzowaną,
abstrakcyjną instytucją. Jej rytuał może się zaś przerodzić w bezmyślną,
"politycznie poprawną", pełną rutyny repetycję. Kto wie, czy nie obserwujemy
tego zjawiska już dzisiaj?
Mirosław Bałka, "Winterreise", Kraków, Galeria Starmach; wystawa czynna do 19
czerwca.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|