|
Film polski - nowe pokolenie
Bardzo młode kino
Z Małgorzatą Szumowską rozmawia Jan Strzałka
JAN STRZAŁKA: - Tuż po Twojej maturze spytałem, co zamierzasz robić. Jak to co? -
odpowiedziałaś bez wahania - pójdę do szkoły filmowej, a kiedy ją skończę, będę
reżyserować takie filmy jak "Fortepian" Jane Campion...
MAŁGORZATA SZUMOWSKA: - Kiedy ma się osiemnaście lat, wszystko jest szalenie proste.
"Fortepian" mnie fascynował, to obraz gęsty i tajemniczy, bo Campion ma dar
postrzegania najmniejszych okruchów świata. Kilka lat później wydał mi się zbyt
sentymentalny - byłam wówczas pod wrażeniem "Pulp Fiction" Tarantino. Dziś
powracam do "Fortepianu" i myślę, że to dzieło wspaniale ukazuje kobiecą
wrażliwość artystyczną, choć nie lubię określenia "kino kobiece". A
"Pulp Fiction" ciągle mnie bawi... I co za szczęście: niemieckim producentem
mojego nowego filmu "Ono" będzie Pandora Film, która przed laty odkryła
nowozelandzką reżyserkę. Wcześniej Campion wędrowała ze scenariuszem od jednego
producenta do drugiego. Dopiero Karl Baumgartner z Pandory poznał się na
"Fortepianie". Ale moim największym przeżyciem artystycznym było i jest kino
Andrieja Tarkowskiego, szczególnie "Zwierciadło".
Lekcja Hasa
- W "Laterna magica" Bergman wyznaje, że pragnąłby tworzyć takie filmy jak
"Zwierciadło", bo jedynie Tarkowski zrozumiał przeznaczenie kina, a jest nim
odkrycie i perfekcyjne opanowanie języka snu...
- "Zwierciadło" jest dziełem skończonym, precyzyjnie skonstruowanym. Jest w
nim żelazna logika, jak w równaniu matematycznym czy w arcydziele muzycznym. Sądzę, że
Tarkowski jest bardziej metafizyczny niż Bergman, metafizyka Bergmana naznaczona jest
psychologizmem i emocjami. Oczywiście, nie jestem Bergmanem ani Tarkowskim, dotąd wstydzę
się powiedzieć o sobie: jestem artystką. Dlaczego więc o nich mówię? Kiedy realizowałam
"Szczęśliwego człowieka", swój debiut fabularny, dziwiono się, że nie
zamierzam mówić o osobistych przeżyciach, a nie o doświadczeniach pokolenia. Moim
celem był film, w którym odcięłabym się od tu i teraz. Odbić się od rzeczywistości,
skoczyć w inną przestrzeń...
- Ale "Szczęśliwy człowiek" jest osadzony w polskiej rzeczywistości:
bezrobotny trzydziestolatek po studiach humanistycznych, utrzymywany przez matkę, spotyka
dziewczynę pracującą w przedpotopowej fabryce, dziewczyna samotnie wychowuje dziecko.
Żyją gdzieś na przedmieściach Krakowa, w kamienicy, która się wali, a i tak ostrzy
sobie na nią zęby właściciel biura nieruchomości, który chce ją kupić za bezcen,
by wyeksmitować lokatorów i odsprzedać kamienicę z zyskiem... To mógłby być temat
dla Mike'a Leigh, a nie dla osoby zafascynowanej Bergmanem i Tarkowskim!
- Świadomie nie chciałam wejść w publicystykę społeczną, żerować na emocjach związanych
z nieprzystosowaniem czy krzywdą ludzką. Spotykałam ludzi podobnych do bohatera
"Szczęśliwego człowieka": pogrążonych w apatii i depresji, zagubionych. Znałam
też ludzi całkowicie odmiennych. "Dzień Tomka K", mój pierwszy film
dokumentalny dla TVP, był opowieścią o młodych wilkach kapitalizmu: żądnych sukcesu,
szalonych zabaw, szybkich samochodów. Teraz nie garnę się do takich tematów. Ciekawią
mnie tacy ludzie jak Jasiu ze "Szczęśliwego człowieka". Lubię go, choć nie
roztkliwiam się nad nim, bo sam ponosi winę za swój marazm. Lecz zamknięcie się w
sobie pozwala mu głęboko przeżyć świat, miłość, odnaleźć sens egzystencji, którego
może by nie odkrył, gdyby był "kreatywny"... Może ten outsider przeżył coś,
co nigdy nie będzie dostępne ulubieńcowi fortuny? Nie interesowały mnie emocje,
psychika, tylko stan ducha bohatera i to, co nienazwane, co "pomiędzy", co
czasem objawia się nam na pięć sekund. I w tym mgnieniu ujawnia się niekiedy sens życia.
Nie wspomniałeś, o czym naprawdę opowiadam w "Szczęśliwym człowieku" - o
śmierci. Matka Jasia, gra ją Jadwiga Jankowska-Cieślak, ma raka i postanawia ukryć
prawdę przed synem, ale Jasiu zna diagnozę, i też kryje ją przed matką. Oboje będą
udawać szczęśliwych ludzi. Pracując nad filmem myślałam, co to znaczy stracić
najbliższych, zastanawiałam się nawet, co by się stało, gdybym straciła rodziców.
Był we mnie lęk. Czytałam wtedy "Pierwszego człowieka" Alberta Camusa,
opowieść o związku syna i matki, analfabetki żyjącej w innym świecie niż syn, ale
dla niego świętej. W filmie chciałam zawrzeć uczucie bezradnej miłości, jakiej nie
umiemy okazać bliskim nawet w sytuacji ostatecznej. Odkryłam, że może śmierci nie
należy się bać. "Szczęśliwy człowiek" nie jest krzykiem rozpaczy, ale
filmem o odnalezieniu nadziei...
- Mimo że Jasiu głupio umiera?
- On nie umiera głupio. On umiera z miłości do matki. Przecież nie rozpływa się w
nicości, lecz przechodzi do innej przestrzeni. Jego śmierć nie jest pokazana dosłownie,
a na brzydką uliczkę, gdzie mieszkał, po jego przejściu w inny świat spadają z nieba
kwiaty i czysty śnieg. Matka i dziewczyna spokojnie czekają na powrót Jasia.
"Zawsze się spóźnia" - uspokaja Jankowska. Powiem paradoksalnie, że
scenariusz nie jest tu ważny, nawet dialogi są urywane: szukałam nastroju, wyrazu
twarzy, światła, jakie przypadkiem odbija się we włosach bohaterów. Nie wiem, czy udało
mi się mówić językiem metaforycznym, ale cieszę się, że mój pierwszy film pełnometrażowy
jest, jaki jest. Nie ma w nim metafory na plastikowej tacce jednorazowego użytku. Śmierci
odebrano w kinie powagę i prawdę. Jest elementem szybkiej akcji albo sentymentalnym
chwytem na sprzedaż. Metafora i metafizyka ma swój początek w prawdzie o życiu, a nie
w złudzeniu. Dlatego "Szczęśliwy człowiek" nie jest na sprzedaż.
- Zdobyłaś rozgłos w Polsce i za granicą filmami zrealizowanymi jeszcze w łódzkiej
Szkole Filmowej.
- Szkołę kończyłam w momencie stagnacji w kinie polskim. Oczekiwano, że młodzi
zaproponują awangardowy język i nowe tematy. A ja świadomie nawiązałam do tradycji
szkoły polskiej... Szybko zadebiutowałam w pełnometrażowej fabule nie tyle dzięki wyróżnieniom
w Cannes dla moich studenckich filmów, co raczej dzięki Wojciechowi Hasowi. Has upatrywał
sobie jedną osobę na roku, której pomagał wystartować. Padło na mnie, rozumieliśmy
się doskonale od egzaminu wstępnego. Był moim mistrzem.
Pierwszym mistrzem był jednak ojciec. Zaraził mnie m.in. podziwem dla Tarkowskiego. Różnimy
się jako reżyserzy: ojca nie pociąga fabuła, zajmuje się wyłącznie dokumentem,
pragnie dotrzeć do nieupozowanej prawdy o człowieku. Podziwiam go za osiągnięcia
dziennikarskie, za jego filmy, ale najbardziej za odwagę. Był odważny w latach 1980-81,
kiedy kierował "Gazetą Krakowską", i w stanie wojennym, i dzisiaj. Ostatnio
zrealizował "Oddam życie za pracę" - dokument o ludziach, którzy kiedyś
stali po dwóch stronach barykady: jeden w "Solidarności", drugi w ZOMO. Dziś
obaj są bezrobotni, żyją na marginesie, są sąsiadami, nie żywią do siebie nienawiści.
Ojciec dostrzegł w nich człowieczeństwo.
Kina jednak nie dziedziczy się w genach, trzeba się go uczyć. I tu pojawił się Has.
Has nie cierpiał - jak mówił - płytkiego realizmu. Pobłażliwie oceniał scenariusze,
w których próbowaliśmy opowiadać o naszych doświadczeniach w rodzaju: rzucił mnie chłopak,
nikt mnie nie kocha, itd., itp. Żądał, by się uwolnić od banału, publicystyki, nie
trzymać się realizmu jak matczynej spódnicy, nie bać się metafory. Jeśli ktoś chce
pozostać przy płytkim realizmie - mówił - niech się bierze za seriale. Część
studentów prowadziła z nim cichą walkę: uważali, że film jest przede wszystkim
narracją, a on traktował narrację jako rzecz wtórną. W pierwszej etiudzie studenckiej
całkowicie odbiłam się od rzeczywistości. Totalna jazda: jakieś kozy, które nie
wiadomo skąd się wzięły, stypa, kwiaty w wannie. Hasa zatkało, ale bronił mnie:
"ma dziewczyna wyobraźnię, chaotyczną, ale ma". I chyba go nie zawiodłam, bo
kiedy po latach zaniosłam mu scenariusz "Szczęśliwego człowieka", przyrzekł,
że pomoże. Studio filmowe Indeks, którego szefem był Has, zwróciło się do Telewizji
Publicznej o pieniądze, i te zostały przyznane. Nie mam powodów do narzekania, szczęście
mi sprzyja, a może po prostu spotykam właściwych ludzi na swojej drodze.
Hamburgery na licencji
- Jesteś wyjątkiem, bo młodzi polscy twórcy głównie narzekają...
- Fakt, nie ma pieniędzy, nie ma struktur finansowania. Pieniądze na kino artystyczne
daje jedynie telewizja publiczna, tymczasem w Europie istnieje wiele instytucji wspierających
ambitną kinematografię, jak duński czy szwedzki Instytut Filmowy. Niemcy mają co
najmniej dziesięć źródeł pozyskiwania środków na kino niekomercyjne. W Anglii działa
sponsorowana przez państwo sieć National Film and Theater. Nie brak krytyków dostrzegających
każde wartościowe dzieło, istnieje mnóstwo pism poświęconych ambitnemu kinu.
Tymczasem u nas jest tylko Stefan Laudyn i jego Warszawski Tydzień Filmowy, czy Roman
Gutek. Co prawda planuje się powołanie Instytutu Filmowego, ale kiedy zacznie on działać
i jakimi środkami będzie dysponować?
Drogę za granicę przetarł mi Laudyn, który dostrzegł, że w "Szczęśliwym człowieku"
nawiązuję do szkoły polskiej. Wybrał mój film na zamknięcie Warszawskiego Festiwalu
Filmowego. Film został dobrze przyjęty na Zachodzie. Potem były pokazy w USA, i tam
uwierzyłam, że nie muszę tworzyć w próżni, że widzowie są zmęczeni płytkim
realizmem, którym pogardzał Has. Nota bene Has zdobywa w USA pośmiertną sławę, dość
wspomnieć, że Scorsese i Coppola ocalili zniszczoną kopię "Rękopisu znalezionego
w Saragossie". Na hasło "Polska" wielu młodych reżyserów amerykańskich
reaguje szczerym zainteresowaniem. Znają filmy Wajdy, Kieślowskiego. Uważają, że w
ich własnym kinie panuje sztampa, oczekują od Europy i Polski kina oryginalnego. Nie tak
dawno, w Los Angeles, niewiele ode mnie starszy reżyser długo opowiadał mi o swoim
podziwie dla kina europejskiego, był też ciekaw, co nowego dzieje się u nas. Nie
wiedziałam o tym człowieku nic, ale zaprosił mnie, by pokazać film, który właśnie
montował. Poszłam, a on mi pokazuje film z Jackiem Nicholsonem. To był Alexander Payne,
a jego "About Schmidt" zdobył pięć Złotych Globów i był nominowany do
Oscara. Zachód wierzy, że wniesiemy do kultury oryginalne treści. A my tymczasem
imitujemy zachodnią kulturę masową!
Wierzę, że sytuacja młodych reżyserów polepszy się, kiedy przystąpimy do Unii. Ale
przeraża mnie, że z Zachodu nie czerpiemy tego, co cenne, lecz najczęściej to, co
najgorsze. Telewizje komercyjne kupują licencje na programy. TVP produkuje wprawdzie
filmy poważniejsze, ale wciąż nie ma jasnego systemu i rynku dla tych produkcji. Większość
twórców głupieje, nie wiedząc, czego od nich oczekuje producent: sukcesu finansowego
czy artystycznego. Młody reżyser może zwątpić, czy jest w Polsce potrzebny.
"Szczęśliwego człowieka" pokazywano w kinach polskich przez tydzień, a w
Anglii przez kilka tygodni, dzięki czemu zauważył go założony przez Roberta Redforda
amerykański Sundance Institut, który poszukuje obiecujących debiutantów z całego świata.
Między innymi dzięki Sundance realizuję kolejny film. Producentem filmu "Ono"
ze strony polskiej jest TVP -Agencja Filmowa i jej dyrektor Andrzej Serdiukow.
Z czym wejdziemy do Unii, z licencyjnymi hamburgerami? Kiedy czytałam korespondencję
Simone Weil z Robertem Schumanem, zdumiało mnie, że ludzie, którzy przed kilkudziesięciu
laty, podczas wojny, marzyli o zjednoczeniu kontynentu, mieli pewność, że prawdziwa
integracja musi się dokonać wokół wartości. A kto dziś pamięta, że sztuka winna służyć
ładowi moralnemu? W świecie zdominowanym przez pragmatyzm sztuka może okazać się
niepotrzebna. Pracując nad nowym filmem, nie uniknę pytania, czy ktoś go potrzebuje.
Nie mogę zrobić filmu, którego nikt nie obejrzy, bo wtedy nie będę miała szans na
następny. Reżyser nie może być dziś pięknoduchem. Musi mieć żyłkę menedżera, bo
kino to również pieniądze. Ale wszystko to nie usprawiedliwia narzekania.
Przeciw egomaniactwu
- Podkreślasz, że "Szczęśliwy człowiek" to film o nienazwanym, ale tkanka
realistycznej obserwacji jest w nim znakomita. Świat przedmieść, robotników to przecież
nie Twój świat. Skąd ta wiedza o obcym środowisku?
- Tu owocuje doświadczenie dokumentalistki. W szkole dyskutowaliśmy z Kazimierzem
Karabaszem, klasykiem filmu dokumentalnego, czy mamy prawo opowiadać o sprawach, których
osobiście nie przeżyliśmy. Większość sądziła, że możemy pokazywać jedynie to,
czego sami dotknęliśmy - inaczej sztuce grozi nieautentyczność. Moim zdaniem, byłby
to paradoksalnie rodzaj konformizmu. Jeśli naprawdę ciekawi nas świat, a nie tylko
nasze ego, to obserwując go z pokorą mamy prawo o nim opowiadać. Nim rozpoczęliśmy
zdjęcia do "Szczęśliwego człowieka", razem z moim operatorem i zarazem mężem
Michałem Englertem przez pół roku włóczyliśmy się po przedmieściach, po fabrykach,
szukając twarzy i miejsc. W filmie pojawiają się kobiety z fabryki, które grają
siebie...
- Ale w jednym z Twoich dokumentów pada zdanie: przed kamerą nikt nie jest sobą.
- Ani w dokumencie, ani w filmie fabularnym nie szukaj pełnej prawdy o człowieku. Nigdy
nie uwolnimy się od sztuczności, gry, maski. Ale jeśli przez pięć sekund ujawni się
prawdziwa twarz człowieka, rozwierają się niebiosa. To mi wystarcza. Całej prawdy
pragnie tylko reality show. I co to daje? Triumf pustki.
Wciąż uczę się kina. Ale to sztuka czasami drażniąca naiwnością i sentymentalizmem
- żałuję wtedy, że nie mam talentu literackiego, bo literatura, jeśli chce, wznosi się
ponad ziemię. Stąd moje pragnienie owego "pomiędzy" i niepokój, czy kino nie
ulegnie w końcu dosłowności, bo kiedy nie jest dosłowne - coraz częściej bywa
odrzucane. Uwielbiam Tarkowskiego, bo "Zwierciadło" nie jest już filmem, ale -
bo ja wiem - traktatem, wierszem czy strukturą muzyczną. A może modlitwą? Ale
Tarkowski tworzył w innych czasach. W szkole jedna z wykładowczyń powiadała, że dziś
Tarkowski ani Fellini nie dostaliby kasy na film. Bo kino ma być dla ludzi! Dlatego dzieła
Aleksandra Sokurowa, najzdolniejszego kontynuatora Tarkowskiego, można oglądać jedynie
na festiwalach.
Wszyscy pieją nad "Amelią" - ma to być dowód, że można pogodzić sztukę z
prawami rynku. Lubię "Amelię", lubię nawet kino rozrywkowe - czasami to
wielka przyjemność kupić wiadro pop-cornu i pójść na lekki film - ale sztuka nie
powinna się chełpić, że stać ją na złoty środek. W Łodzi uczono mnie, by łamać
reguły, iść pod prąd. Ale po projekcji mojego filmu "Wniebowstąpienie" w
Cannes nawet moi rówieśnicy nie kryli zdumienia, że mam odwagę mówić własnym językiem,
ignorować prawa, jakimi rządzi się dziś kino. Uświadomiłam sobie, że mam robić
kino dla każdego. Zrodził się we mnie bunt i strach.
Dlaczego Polska?
- Niedawno na tych łamach uczestnicy dyskusji o pokoleniu '89 skarżyli się, że Polska
ich męczy. Czy i Ty czujesz się zmęczona?
- Objechałam z moimi filmami pół świata i zawsze z radością wracam. Bo Polska jest
piękna i ciekawa. Tu nadal warto walczyć, kłócić się o racje. Znajomi polscy artyści,
mieszkający od lat w Londynie - ludzie, którzy odnieśli tam sukces - tęsknili za
naszymi dyskusjami o wartościach, o sztuce. Dzisiaj niepokoją się, bo Polska, jak
twierdzą, upodabnia się do konsumpcyjnych społeczeństw. To prawda, nasz świat staje
się supermarketem, a ja wchodząc do jakiegoś centrum handlowego, czuję się jak w
chorobliwym horrorze Davida Lyncha, choć lubię tam czasem zaglądać. Nawet sztuka
zaczyna być postrzegana tylko jako towar. Ale przecież nie znaczy to, że skazani jesteśmy
na nudę. Mój ojciec powtarza, że za nudę odpowiedzialny jest ten, który się nudzi.
Czy Polska mnie męczy? Nigdy, choć niekiedy czuję niechęć do panoszącego się kultu
pieniądza czy łatwości, z jaką wyrzekamy się sensu poszukiwania.
Moi rówieśnicy - nie chcę mówić: pokolenie, bo sądzę, że nasza wspólnota
pokoleniowa nie istnieje - zamykają się na razie w świecie prywatności. Trzeba coś
znaczyć jako osoby, żeby zacząć znaczyć jako pokolenie. Jeśli najpierw krzyczy się
o pokoleniu - jest to raczej promocja jakiejś grupy. Nie żyję polityką, nie rozmawiam
o niej z rówieśnikami. To nasza wina, ale i wina poziomu polityki. Są jednak chwile,
kiedy określam się politycznie - np. uczestniczę w referendum europejskim, nie wyobrażam
też sobie, aby ktoś z moich znajomych pozostał obojętny wobec tej najważniejszej dziś
dla nas kwestii.
Nie należę do pokolenia '89, w 1989 miałam piętnaście lat, a oni już rozpoczynali
dojrzałe życie. Ale ja też zachowałam wiele wspomnień z PRL. I nie oddałabym tej
pamięci nikomu. Może ona będzie tworzywem moich przyszłych filmów? Dla rodziny był
to smutny czas: ojca i matkę wywalono z roboty, ja się bałam. Chociaż zdarzały się
momenty niezapomniane: wracam do domu z piaskownicy, a u nas siedzi córka Roberta
Kennedy'ego, która dla CNN kręci film o polskiej opozycji. Moje dzieci urodzą się w
wolnej Polsce, nie będą znały smaku tamtych lat. To dobrze, ale czy ich świat będzie
automatycznie piękniejszy i lepszy?
- O czym będzie Twój nowy film?
- "Ono" jest historią dziewczyny, która przypadkiem zachodzi w ciążę, w
pierwszym odruchu chce usunąć dziecko, ale w końcu decyduje się je urodzić. Moja
matka, Dorota Terakowska, napisała książkę pod tym samym tytułem, podpowiedziałam
jej ideę, ale losy książkowej bohaterki potoczyły się inaczej niż filmowej. Nie znam
dokładnie powieści matki, nie chcę jej czytać, kiedy jeszcze pracuję nad filmem. Już
mnie pytają, czy to głos w sprawie aborcji. Nie - odpowiadam - nie jestem publicystką,
ma to być opowieść o tym, jak zmienia się postrzeganie świata przez kobietę, która
nosi w sobie życie.
MAŁGORZATA SZUMOWSKA (ur. 1973) jest córką pisarki Doroty Terakowskiej i dokumentalisty
Macieja Szumowskiego. Reżyserię filmową studiowała w łódzkiej PWSFTViT. Kilkakrotnie
wyróżniona za filmy dokumentalne prezentowane podczas krakowskiego Festiwalu Filmów Krótkometrażowych.
Jej filmy studenckie prezentowano na pokazach towarzyszących festiwalowi w Cannes,
"Cisza" została wpisana na listę 14 najlepszych filmów w historii łódzkiej
filmówki i otrzymała nagrody m. in. na festiwalach w Tel-Awiwie, Bolonii, Angers, w
Meksyku. "Szczęśliwy człowiek" został nominowany do Feliksa, europejskiej
nagrody filmowej za najlepszy debiut, dzięki czemu Szumowska weszła do Europejskiej
Akademii Filmowej, otrzymał też nagrodę specjalną na festiwalu filmów fabularnych w
Salonikach. Prestiżowy magazyn "Variety" uznał ten film za jeden z 10
najlepszych filmów 2001 r.
|