dotb.gif

„TP”, Nr 24 (2814), 15 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2814/kraj05.php

Islam i jego reformatorzy


Trzej muszkieterowie

Stanisław Guliński


Islam najczęściej kojarzymy z terroryzmem i wojną. Po każdym wstrząsie na Bliskim Wschodzie telewidzom serwowane są zdjęcia wykrzykujących tłumów czy brodatych osobników w turbanach odczytujących manifesty przeciw Izraelowi, Ameryce i Europie. Kobiety muzułmańskie niemal zawsze przedstawiane są jako ofiary dyskryminacji. Używane w mediach słownictwo ma nas przekonać, że świat islamu to dzikie plemiona, feudalne społeczeństwa żywcem wyjęte z mroków średniowiecza i ciemny fanatyzm.


O tym, że to nieuprawnione stereotypy, przekonują nas orientaliści, którzy proszeni o komentarz, odruchowo przyjmują postawę adwokata z urzędu. Bronią islamu nawet, gdy sami muzułmanie sobie tego nie życzą. Ale wystarczy przyłożyć ucho, a okaże się, że w samym islamie trwają ważne spory. Co prawda, jak ironicznie zauważył mieszkający w USA palestyński intelektualista, Edward Said, większość polemistów żyje i pracuje na zachodnich uniwersytetach. Nie zmienia to jednak faktu, że - szczególnie po rzuceniu fatwy na Salmana Rushdiego - tacy myśliciele, jak Abdullahi Ahmed an-Na'im z Sudanu i Syryjczycy, Aziz Al-Azmeh i Bassam Tibi właściwie odczytują i krytykują zauważalne napięcie między sacrum i profanum na muzułmańskiej scenie społecznej i politycznej. Ich poglądy dla wielu są heretyckie. Jakie są ich główne zarzuty pod adresem własnej religii i współwyznawców?


Niewygodny balast

Abdullahi Ahmed an-Na'im uzyskał tytuł doktora prawa na uniwersytecie w Edynburgu, dziś wykłada w Międzynarodowym Centrum Woodrowa Wilsona w Waszyngtonie i na Emory University w Atlancie. Jest uczniem innego wybitnego reformatora sudańskiego, Mahmuda Muhammada Tahy, który w 1985 r. został stracony w swojej ojczyźnie za reformatorskie poglądy.

W swym głównym dziele, "Toward an Islamic Reformation" (Syracuse Univ., 1996), an-Na'im proponuje odważną reinterpretację czy wręcz uchylenie obowiązującego prawa muzułmańskiego - szari'atu. Stosowanie szari'atu w czasie kolonialnego panowania w krajach islamskich sprowadzało się do prawa rodzinnego. Także państwa muzułmańskie, zwłaszcza po II wojnie światowej, odzyskując niezależność kierowały się raczej ku wzorcom laickim lub socjalistycznym. Wielu politykom islamskim szari'at wydawał się niewygodnym i zawstydzającym balastem na drodze do nowoczesności.

Z drugiej strony otwarte zerwanie z szari'atem było i jest trudne do pomyślenia. Muzułmanie - szeregowi wyznawcy, jak i ludzie władzy - mogą prywatnie nie zgadzać się z poszczególnymi artykułami prawa muzułmańskiego, ale publicznie nikt nie odważy się tego powiedzieć; prawo ma boskie pochodzenie. Dodatkowo, upokarzająca porażka w konfrontacji z Izraelem oraz rewolucja irańska w 1979 r. sprawiły, że Arabowie coraz częściej prezentują postawy fundamentalistyczne. Tym samym prawo, które kraje arabskie chętnie wpisują do swoich konstytucji, przestaje być martwą literą. Także tam, gdzie ewidentnie kłóci się ono np. z prawem międzynarodowym, ogólnie uznanymi prawami człowieka czy prawami mniejszości. Rewolucja w Iranie stała się wielkim triumfem muzułmańskiej "asertywności": muzułmanie przestali "się wstydzić". Z defensywy wobec Zachodu, podyktowanej zacofaniem i brakiem przeprowadzania modernizacji, przeszli do chlubienia się tym.


Mrówcza praca uczonych

Mimo takich tendencji an-Na'im pokazuje możliwość reinterpretacji bądź reformy szari'atu: szczególnie tam, gdzie wchodzi on w kolizję z prawem międzynarodowym - respektowanym także przez większość państw muzułmańskich. Chodzi o takie dziedziny, jak prawo konstytucyjne, karne czy prawa człowieka.

Główne kwestie sporne dotyczą legitymacji władzy, obywatelstwa cudzoziemców długo przebywających w krajach muzułmańskich, równości płci i grup wyznaniowych. Władca (sultan) jest według Ibn Taymiyyi (1263-1328) "cieniem Boga na ziemi". Rodzi się pytanie: czy, i w jakich warunkach można mu się sprzeciwić lub go usunąć? Problem ten dotyczy także rządzących niektórymi krajami muzułmańskimi dyktatorów.

Źródłem prawa muzułmańskiego jest Koran oraz hadisy - relacje z życia proroka Muhammada. Koran można podzielić na sury (rozdziały) objawione Muhammadowi jeszcze w Mekce, gdzie rozpoczął swoją misję proroczą oraz sury medyneńskie, zesłane mu już po wygnaniu z rodzinnego miasta. Sury mekkańskie - płomienne i liryczne, wzywają pogan do opamiętania, nawrócenia, zarzucenia politeizmu i grzesznych postępków. Zachowują postawę dialogu wobec chrześcijan i Żydów. Natomiast sury z Medyny, skupione na wskazaniach jak zorganizować młodą gminę muzułmańską, nadają chrześcijanom i Żydom podporządkowany status dhimmich. Sankcjonują świętą wojnę (acz tylko w określonych warunkach), wprowadzają przesłanki do podziału świata na "dom pokoju" (ziemie muzułmanów) i "dom wojny" (ziemie niewiernych), między którymi pokój może mieć charakter jedynie przejściowy.

Tak naprawdę szari'at jest owocem mrówczej pracy uczonych islamskich. Choć bazuje na świętym dla muzułmanów tekście, jest efektem trwających kilka stuleci interpretacji - samo słowo szari'at pojawia się w Koranie rzadko i nie ma decydującego znaczenia. Uczeni, natrafiając na sprzeczne z sobą wersety mekkańskie i medyneńskie, wprowadzili zasadę nashu, która stanowi, że późniejszy fragment objawienia usuwa starszy. W ten sposób to nie bardziej tolerancyjne wobec innowierców wersety mekkańskie, ale te objawione w Medynie stały się podstawą dla stworzenia szari'atu.

An-Na'im wzywa do odwrócenia procesu nashu w imię pokojowego współżycia muzułmanów i innowierców. To odwrócenie miałoby dotyczyć relacji indywidualnych, stosunku państwa muzułmańskiego wobec mniejszości religijnych, jak i relacji świata muzułmańskiego z innymi państwami. Sęk w tym, że dyskryminujące innych przepisy szari'atu są mocno zakorzenione w świadomości wielu muzułmanów, a otaczająca go aura prawa Bożego paraliżuje jego reformę.


Brak środka

Zmian domaga się także polityczna myśl islamu. Mówi o tym Aziz Al-Azmeh, kiedyś profesor w Oksfordzie i Exeter, a dziś wykładowca m.in. American Institute w Bejrucie i Central European University w Budapeszcie. W opublikowanej 10 lat temu, dla wielu klasycznej już książce "Islams and Modernities" (Verso Books) wykazuje, jak dalece myślenie polityczne islamistycznej opozycji w krajach muzułmańskich jest zanurzone w fikcyjnych wyobrażeniach "powrotu do korzeni", jak instrumentalnie traktują one pojęcie demokracji - lecz także do jakiego stopnia Zachód nieświadomie "kupuje" te klisze, tak iż w popularnym odbiorze muzułmanin coraz częściej zlewa się z terrorystą i fundamentalistą.

Decydujący wpływ na popularność islamu politycznego miały wydarzenia na Bliskim Wschodzie z ostatniego ćwierćwiecza. Antykolonialne resentymenty i przykre przebudzenie z panarabskiego snu Nasera spowodowały wzmożone zainteresowanie ideami fundamentalistów. Tak zrodził się sprzeciw wobec bezbożnego socjalizmu, liberalnej (czytaj: niemoralnej) demokracji zachodniej i własnych, zeświecczonych rządów. W zamian zaproponowano takfir wa l-hidżra (odrzucenie i emigrację wewnętrzną) oraz powrót do rzekomo istniejącej kiedyś idealnej gminy pierwszych muzułmanów.

Trzeba pamiętać, że na Bliskim Wschodzie hasło demokracji i praw człowieka szerzyli niedawni kolonizatorzy i okupanci. Trudno oczekiwać, by idee reprezentujące dokonania świata, z którym islam pozostawał przez wieki w konflikcie, cieszyły się tam powszechnym szacunkiem. Także arabscy politycy, którzy szczerze lub z koniunkturalizmu próbują promować zachodnie "wynalazki", muszą liczyć się z oskarżeniami o zdradę tradycji.

Sami "islamiści" (przy całej umowności tego pojęcia) często przywołują demokrację, ale tylko z pobudek populistycznych. Sukces rewolucji irańskiej, unieważnione wybory w 1991 r. w Algierii czy masowa rewolta z początku lat 90. w Egipcie sprawiły, że integryści "uwierzyli w siebie". Dotąd pogardzana jako zachodnie "hokus-pokus" dla manipulowania rzeszami muzułmanów, demokracja została przez nich ponownie odkryta, gdy zrozumieli, że na fali frustracji mogą zwyciężyć w wolnych wyborach. Ponieważ z kolei frustracja jest stanem permanentnym w arabskiej polityce, populistyczne zawłaszczenie demokracji trwa w najlepsze. Zdaniem Al-Azmeha arabska polityka cierpi na dotkliwy brak środka: z jednej strony obłudnie szermujący sztandarem demokracji "islamiści", z drugiej rządy, które, by odsunąć groźbę islamskich przewrotów, coraz bardziej dryfują w stronę dyktatury i to często z błogosławieństwem (i bronią) Zachodu. Te dwie przeciwstawne siły (oraz niski poziom edukacji) starły w proch aktywną jeszcze kilkanaście lat temu opozycję liberalną i świecko-demokratyczną.

Al-Azmeh nie zapomina jednak wypomnieć Europejczykom postrzegania świata islamu w wyimaginowany sposób. Z jednej strony ciąży tu wielowiekowa tradycja chrześcijańskiej polemiki z islamem, która, podobnie jak wobec Żydów, nie zawsze przebierała w środkach. Ponadto, brak nam pogłębionej wiedzy o islamie i krajach arabskich oraz znajomości języków, umożliwiającej dostęp do źródeł i informatorów. Szczególnie dziś, kiedy islam cieszy się zainteresowaniem mediów, nagminnym zjawiskiem są - także na Zachodzie - komentarze "specjalistów", którzy nie potrafią samodzielnie odczytać jednej strony Koranu.


Bez szczególnych praw

Trzecim autorem, który krytycznie podchodzi do swojej tradycji kulturowej, jest Bassam Tibi, znany w Polsce jako autor "Fundamentalizmu religijnego", profesor nauk politycznych na Uniwersytecie w Getyndze i doradca rządu niemieckiego w sprawach islamu.

W "Im Schatten Allahs. Der Islam und die Menschenrechte" (Pieper, 1996) Tibi, sprowokowany sprawą Salmana Rushdiego i dyskusją na Światowej Konferencji Praw Człowieka w Wiedniu w czerwcu 1993 r., zajął się specyficznym pojęciem praw człowieka w krajach muzułmańskich. Wielu muzułmańskich uczestników owej konferencji sprzeciwiło się koncepcji uniwersalnych praw człowieka jako jednostki, twierdząc, że muzułmanie dysponują specyficznymi islamskimi prawami człowieka, gwarantowanymi przez szari'at. Tibi dowodzi, że te drugie to nie prawa człowieka w naszym, zachodnim rozumieniu, ale raczej fara'id: obowiązki muzułmanina wobec gminy, a przede wszystkim Boga. Autor, muzułmanin, który z własnej woli wybrał życie w Europie, uważa, iż inni muzułmanie, którzy dokonali podobnego wyboru, nie mogą domagać się zachowania suwerenności szari'atu w krajach, gdzie stanowią mniejszość. Ostrzega, tak imigrantów, jak i rządy europejskie, przed pokusą przyznawania szczególnych praw muzułmanom. Nalega, by zgodnie z dotychczasową tradycją, prawa imigrantów wynikały z ich wolności indywidualnej.

Według Tibiego obecna sytuacja globalnej wędrówki ludów stwarza niezwykłą, bezprecedensową sytuację: ludzie różnych kultur i cywilizacji o różnym stopniu rozwoju zaczynają żyć obok siebie. W sytuacji, gdy wiele grup imigrantów napływających z krajów trzeciego świata nie jest zwyczajnie gotowa do dialogu z poszanowaniem racji drugiej strony, propagowanie społeczeństwa wielokulturowego może być po prostu niebezpieczne.

Podsumowując, Tibi widzi dwie możliwe drogi rozwoju zachodnio-europejskich muzułmanów: islam europejski lub islam getta. W pierwszym przypadku muzułmanie z diaspory powinni się nauczyć poszanowania europejskiej cywilizacji. W drugim skazują się na zamknięcie w sferze własnych fobii, w ciągłej konfrontacji z niezrozumiałym otoczeniem. Obie drogi już realizują się na naszych oczach.


STANISŁAW GULIŃSKI jest absolwentem Instytutu Filologii Orientalnej UJ, tłumaczem języków tureckiego i arabskiego.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl