|
Andrzej Łukowski
Irański papierek lakmusowy
Po szczycie G-8 w Evian pojawiły się "przecieki" o zgodzie Rosji na zamrożenie
współpracy z Iranem w dziedzinie atomistyki. Współpraca ta od wielu lat jest powodem
sporu między Waszyngtonem a Moskwą. Amerykanie twierdzą, że Iran szykuje z rosyjską
pomocą bombę jądrową, Rosjanie, że "współpraca polega wyłącznie na pokojowym
wykorzystaniu atomu". Gdyby zatem rzeczywiście Moskwa zdecydowała się na wycofanie
z kooperacji z "atomowym" Teheranem, oznaczałoby to prawdziwy przełom w
stosunkach rosyjsko-amerykańskich.
Na razie brak jednak oficjalnych komunikatów, a w spekulacjach rosyjskich mediów łatwo
się pogubić. Zwolennicy kontynuowania współpracy krzyczą, że Rosja "wypełniając
żądanie prezydenta Busha" zdradziłaby Iran. Przeciwnicy wskazują na korzyści
wynikające z nowej sytuacji: stosując się do wymagań Waszyngtonu i przystępując do
planu zwalczania "osi zła", Moskwa mogłaby odbudować nadwątlony w czasie
operacji w Iraku wizerunek wiarygodnego partnera USA. Zamrożenie współpracy z Iranem byłoby
sygnałem przyjęcia przez Rosję "rzeczywistej, a nie tylko deklarowanej" roli
państwa wspierającego Stany Zjednoczone. Ze strony Kremla wokół sprawy panuje martwa
cisza. Być może resort finansów ma teraz podliczyć ewentualne straty: chodzi nie tylko
o zerwanie umów "atomowych", ale także kontraktów wojskowych (Iran jest
odbiorcą m.in. rosyjskich zestawów antyrakietowych S-300 i samolotów Su-27). Potem
trzeba będzie oszacować koszty polityczne, przygotować kampanię propagandową
(przekonać antyamerykańsko nastawionych Rosjan, że "oddanie" Iranu Stanom leży
w interesie Moskwy) i skuteczną taktykę dyplomatyczną. Dziś jeszcze za wcześnie, by
snuć prognozy: równie realny jak sygnalizowane zbliżenie z Zachodem jest zwrot w
kierunku przeciwnym - ku staremu myśleniu o strefach wpływów.
Prezydent Putin zdaje się rozumieć, że korekta polityki wobec Iranu i zablokowanie irańskiego
programu nuklearnego może dobrze przysłużyć się poprawie pozycji Rosji na arenie międzynarodowej.
Ale czy w roku wyborczym zdecyduje się na tak śmiały krok?
Krzysztof Burnetko
Prokurator od Rywina, inni od spółki
W aferze Rywina prokuratura zdecydowała się oskarżyć tylko tytułowego bohatera, i to
jedynie o płatną protekcję wobec wydawcy "Gazety Wyborczej" - czyli czyn, który
zagrożony jest karą do trzech lat więzienia. I tyle. Trudno przypuszczać, by Lew Rywin
podczas procesu zdecydował się zdradzić cokolwiek na temat swoich motywów, czy spółki
mocodawców.
W tej sytuacji jedyną nadzieją na powiększenie wiedzy opinii publicznej pozostała
sejmowa Komisja Śledcza - a konkretnie hipotezy przygotowywane przez jej członków
(naturalnie nie wszystkich). Tak samo zresztą jak nie działania prokuratury, ale przesłuchania
przed Komisją - oraz oczywiście artykuł "Gazety Wyborczej", ujawniający aferę
oraz powstałe potem teksty dziennikarzy śledczych z innych tytułów - wnosiły do
sprawy nowe elementy. Cokolwiek więc by o Komisji mówić (a zarzutów można wytoczyć
wiele), to dzięki jej działalności przynajmniej częściowo prześwietlone zostały
mechanizmy polityczno-biznesowej gry, jaka toczyła się wokół jednej z dziedzin
kluczowych dla życia publicznego: rynku mediów w Polsce. Ale w takim razie, po co nam
prokuratura?
|
|
Andrzej Kaczmarczyk
Rada samochwała
Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji wybrała nowe rady nadzorcze TVP i Polskiego Radia. Do
władz TVP nie wszedł kandydat Włodzimierza Czarzastego. Weszli natomiast kandydaci
Juliusza Brauna i Jarosława Sellina. Wcześniej, w wyborach do rad nadzorczych 17
regionalnych spółek radiofonii publicznej, ci dwaj członkowie KRRiTV nie zdołali
przeforsować ani jednego kandydata. Ewidentnie była to kara za ujawnienie przed sejmową
komisją śledczą kulisów upartyjnienia mediów (a udziały SLD w radach rozgłośni
regionalnych zwiększyły się z 40 do 60 proc.).
Rezultat wyborów do rady nadzorczej TVP był zmianą, którą Danuta Waniek (przew.
KRRiTV) nazwała "nowym początkiem", a Jarosław Sellin "przełomem".
Na razie jednak są to samo-pochwały na wyrost. Pierwszą próbą nowej rady nadzorczej
TVP będzie decyzja dotycząca przyszłości "niezatapialnego" prezesa Roberta
Kwiatkowskiego.
Publiczne media potrzebują jednak dużo głębszych reform. Nowy zarząd TVP powinien
zostać wyłoniony w drodze konkursu, a taki tryb wyłaniania zarządów wszystkich mediów
publicznych - stać się zasadą. Warto też wstrzymać prace nad nowelizacją ustawy o
telewizji i radiofonii - i przygotować nowy jej projekt. Obecny bowiem nadmiernie
wzmacnia rolę KRRiTV - co szczególnie istotne bez jej zgody w komercyjnych stacjach nie
można by dokonać większych niż 5 proc. zmian właścicielskich. Projekt umacnia nadto
dominującą rolę TVP na rynku medialnym i rynku reklam, co jest szkodliwe nie tylko dla
innych telewizji, ale także dla prasy. W ten sposób w praktyce godzi w wolność słowa.
Należy też zmienić uregulowanie, na mocy którego media publiczne są spółkami prawa
handlowego i jako takie mają przynosić zysk - a równocześnie oczywiście zagwarantować
ściągalność abonamentu (dziś wynosi ona ledwie 50 proc.).
Dopiero po tych zmianach prawnych oraz przemianie telewizji z biesiadnej na bezpartyjną i
misyjną będziemy mogli mówić o "przełomie i nowym początku".
|