dotb.gif

„TP”, Nr 24 (2814), 15 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2814/felhennel.php




To za trudne!

Józefa Hennelowa


Krótki szkic autora arcyważnej książki zeszłorocznej ,,Wojna światów?", Piotra Kłodkowskiego, w czerwcowym numerze ,,Znaku" jest tekstem chyba najbardziej poruszającym (rywalizować z nim może tylko ankieta dla teologów, a w niej głosy świeckich). Kłodkowskiego czyta się łatwo i szybko, bo wyrazisty i aż do bólu konkretny. Ale potem zostawia niepokój, z którym poradzić sobie nie sposób. Na dodatek zajmuje się tematem niby czysto egzotycznym: wspomina swoją niedawną podróż do Birmy i pobyt w mieście Yangon, słynącym z cudownego zespołu świątynnego, znanego na całym świecie. Jego uroda dominuje we wrażeniach autora. A właściwie - współzawodniczy z wrażeniem równoległym, które Kłodkowski opisał z całą szczerością. Jest to pobyt w hoteliku-przedsiębiorstwie rodzinnym, cichym i przyjaznym. Do stołu podaje jeden z członków rodziny - też jest przyjazny i ciągle się uśmiecha. Tylko że twarz jego zeszpecona jest do tego stopnia, że goście z najwyższym wysiłkiem przełamują chęć ucieczki od stołu i bunt. ,,Dlaczego zmuszać innych do niepotrzebnego heroizmu estetycznego?" Ale powoli przychodzą pytania zupełnie inne. Czy wspaniałość istniejącego tuż obok piękna architektonicznego i religijnego nie współgra tutaj właśnie z szacunkiem dla człowieka, takiego jaki jest? I czy owa promocja człowieczeństwa, dla ludzi Europy, przyzwyczajonych do kanonów estetyki wszechobecnej i zgadzających się co najwyżej na współczucie w bezpiecznej odległości, promocja wręcz nie do pojęcia, nie jest czymś godnym głębokiego zastanowienia? Gdy Kłodkowski i jego towarzysze podróży po objeździe Birmy znowu wracają do Yangon, nie mają, jak pisze, ,,żadnych wątpliwości, gdzie się zatrzymać. Wybraliśmy ten sam hotelik. Okazało się, że ów kelner stał się w naszych oczach normalną ludzką istotą (...) Przynajmniej na krótki czas". Puenta aż niewiarygodna, choć przecie trzeba jej wierzyć.

Nawet w obecnym natłoku spraw polskich, najbliższych i najtrudniejszych (w chwili gdy to piszę, trwa jeszcze czas przedreferendalny...), czterostronicowy szkic czerwcowego numeru ,,Znaku" nie daje się zapomnieć. To przecież jest jakieś jutro, które w ten czy inny sposób na pewno będzie i naszym, moim udziałem. Obcość ludzka, kulturowa, obyczajowa, religijna, prędzej czy później stanie się sąsiedztwem. Teraz wciąż myślimy tylko o wyższości cywilizacyjnej krajów bogatych, do których mamy dołączyć. A te kraje przecież na wszystkich granicach już teraz oblegane są przez ciągnących do nich ,,obcych", a splot interesów globalnych skrzyżuje się i u nas w międzykontynentalne obiegi coraz gęstsze. Stykanie się z zasadami egzystencji ludzkiej innymi niż te, do których się przywykło, będzie próbą, od której się nie wymówimy. Przygoda opowiedziana przez Kłodkowskiego jest symboliczna. Ale w jakiejkolwiek formie stanie przede mną, przed nami, nie będzie łatwiejsza. Mam ochotę powiedzieć po prostu: to za trudne. I uciec. Ale czy będzie niebawem dokąd uciekać?


PS. Pan profesor Tadeusz Zieliński (patrz listy w tymże numerze ,,TP") jeszcze raz polemizuje ze mną na temat emerytów. Były minister pracy, były rzecznik praw obywatelskich jest zaprzysięgłym obrońcą zasad, które uważa na nienaruszalne. Kryzysy tych zasad w państwach nieporównanie bogatszych niż nasze (Francja) dostatecznie jasno alarmują, że chyba czas na zmiany, bo możliwości się wyczerpały. Ale to osobny temat, i nie na felieton. Ja pisałam tym razem o czym innym jednak: o konieczności nie poddawania się hasłom populistów (w zawołaniu o ,,nędzy" emerytów i rencistów politycy lokują zarówno zaopatrzenie najbiedniejszych, jak i najbardziej uprzywilejowanych) i o wciąż zapominanej prawdzie, że to dbałość o rodzinę z dziećmi jest najpewniejszą inwestycją w przyszłość. Bodaj żeby o tym pamiętać, jeśli zmienić jeszcze nic nie możemy.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl