|
„TP”, Nr 24 (2814), 15 czerwa 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2814/feldobosz.php
Nasze europejskie sprawy
Andrzej Dobosz
Rezultat referendum europejskiego pozwala wiele spraw zacząć, żadnej z dotychczasowych
jednak nie kończy. Nie dowiemy się, kto był prawdziwym wspólnikiem pana Rywina. Nie
bez znaczenia przecież pozostaje pomijana dotąd całkowitym milczeniem kwestia, że jego
propozycja dotyczyła sumy wyliczonej w dolarach. Przesłuchiwani przyjaciele, znajomi,
rozmówcy Rywina ze sfer rządowych dystansowali się jak umieli od jego osoby, ale nikomu
z nich nawet nie przyszło do głowy wyrazić zdziwienie, że liczy on w dolarach, a nie w
euro. Podobnie była sformułowana skromniejsza, wymagająca jeszcze udowodnienia,
nieodparta propozycja pana Deszczyńskiego.
Rządzą nami ludzie niestarzy, lecz uformowani w przeszłości, nawykli swe rachunki
prowadzić nie w żadnych tam rublach transferowych, lecz właśnie w dolarach. Konieczność
każdorazowego przeliczania na euro może nas wszystkich drogo kosztować.
Jakiś czas temu odwiedził Paryż minister kultury p. Waldemar Dąbrowski, który przy
tej okazji spotkał się z miejscowymi Polakami mającymi związki z kulturą. Uczestniczyłem
w tym spotkaniu nie żywiąc żadnych uprzedzeń wobec osoby, co więcej, mając w pamięci
uwagę zanotowaną w ,,Dzienniku" Jerzego Stajudy pod datą 18 II 1989 o ówczesnym
dyrektorze Teatru Studio w Warszawie (,,D. Bardzo inteligentny, nie bez zalet,
zorientowany w Ameryce"). Gdy oblężenie ministra zaczęło słabnąć, zbliżyłem
się, by zadać jedno tylko pytanie. Nie chadzam z ukrytym magnetofonem, ale rozmowa, która
się odbyła, brzmiała dokładnie tak:
Ja: - Co będzie z VAT-em na książki, gdy wejdziemy do Unii?
Minister Dąbrowski żywo: - No, dokładnie tak jak tutaj: siedem procent.
Ja: - A nie! We Francji jest to jedynie pięć i pół procenta.
Tu nastąpiły lekkie skinienia głów.
Być może pertraktacje, by przedłużyć książkom okres ochronny, byłyby trudne,
beznadziejne. D. objął zresztą tekę, gdy już było po wszystkim. Jednak to, że dla
jednego z nienajgorszych ministrów w tym rządzie dalsze podrożenie książek jest czymś
normalnym, a różnica 1,5 procenta jest absolutnym drobiazgiem, wydaje się godne
odnotowania.
Zobaczyłem ostatnio nowe francuskie wydanie książki Sterlinga ,,Martwa natura".
Pierwsze wydanie francuskie pochodzi z roku 1952. Po polsku rzecz się ukazała dopiero w
roku 1998 w naprawdę znakomitym przekładzie Wiktora Dłuskiego i Joanny Pollakówny. W
cyfrach bezwzględnych oba wydania są w zbliżonej cenie, tyle że mój przyjaciel, rówieśnik,
urodzony i podobnie jak ja wykształcony w Warszawie, będący jednak francuskim emerytem,
musiałby wydać na Sterlinga jedną osiemdziesiątą swojej miesięcznej emerytury. Ja,
emeryt polski - jedną dwunastą.
Istnieją zresztą w Polsce już dwie ceny niemal połowy tych samych dobrych tytułów
(Sterlinga, którego oczywiście mam, to nie dotyczy). Nowo wydane tytuły są bardzo
kosztowne, po czym często już po roku można je znaleźć w specjalnych, coraz lepiej
urządzonych lokalach z tanią i naprawdę dobrą książką. Są równocześnie po
dawnych cenach w renomowanych księgarniach, płacących hurtownikom pierwotne jeszcze
ceny. Radość inteligentów mogących się obkupić ma jednak swoją ciemną stronę.
Tanie, dobre książki można znaleźć w Warszawie, w Krakowie, może jeszcze w jakimś
dużym mieście. W ten sposób pogłębia się dystans między szansami ludzi z dużych
miast i z prowincji.
I jeszcze jedno. Wydawca, który musi sprzedać część nakładu dużo poniżej zbyt
wysoko skalkulowanej przez siebie ceny, przez lata nie zechce wznowić takiego tytułu.
Tymczasem codziennie rodzi się człowiek. Rodzi się, dorasta i czasem chciałby
przeczytać także i to, co czytali poprzednicy. We Francji jest jakieś piętnaście tysięcy
ważnych, stale dostępnych tytułów. Jest wśród nich cały Kartezjusz, Montaigne w różnych
wydaniach, i w Plejadzie, i w kieszonkowych. Właśnie ,,Próby" są dziełem, którego
nie wystarczy przeczytać w bibliotece, lecz trzeba z nim obcować, mając je pod ręką
na wiele życiowych wypadków. A Montaigne'a nie mamy już na rynku od ponad 20 lat.
Wydanie go na nowo jest jednym z paru setek najpilniejszych rzeczy do zrobienia, jeśli,
na miejscu w Europie, chcemy mieć nowe pokolenie Europejczyków, obok europejskich
ekspertów znających Europę, bo działali w niej jako funkcjonariusze tajnych służb
PRL.
PS. W zeszłym tygodniu przekręciłem tytuł omawianego podręcznika, który brzmi: ,,Między
tekstami, Język polski. Podręcznik dla liceum i technikum. Zakres podstawowy i
rozszerzony. Część 1: Początki. Średniowiecze (echa współczesne)".
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|