dotb.gif

„TP”, Nr 23 (2813), 8 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2813/wiara03.php

"Błogosławione marnowanie": rozmowy o Mszy świętej


Ani moja, ani nawet Kościoła

Ks. Andrzej Draguła


Jak bumerang powraca w tej książce postulat podjęcia w Kościele trudu solidnego wprowadzenia ludzi w tajemnicę Mszy świętej. To, co dotąd było tajemną wiedzą wąskiego grona liturgistów (bo przecież nawet nie wszystkich księży) stało się własnością wszystkich. A przynajmniej tych, którzy zaglądnęli do Błogosławionego marnowania" - rozmów z o. Tomaszem Kwietniem.


Nie można mówić o liturgii bez kościelnego kontekstu, w którym jest sprawowana. Dla o. Kwietnia tym kontekstem jest posoborowa reforma liturgii, jej sens i realizacja, wypaczenia i stosunek do kościelnej tradycji, postulowana "reforma reformy" i granice modernizacji. Takie właśnie postawienie sprawy nadaje rozmowie szczególny nerw. Właściwie wszystko, o czym mówi o. Kwiecień, postrzegane jest w tej perspektywie - na ile to, co dzieje się podczas Mszy, jest wierne Tradycji rozumianej jako pamięć Kościoła, jako "żywy wpływ Ducha Świętego, który działa i daje wzrost Kościołowi", a nie jako tradycjonalizm.


Pies spuszczony z łańcucha

Konieczne jest przede wszystkim rozróżnienie na reformę i jej realizację. "To są dwie różne rzeczy - mówi o. Kwiecień - O ile reformy Vaticanum II niewątpliwie były pomyślane w sposób wyważony, o tyle sposób realizacji czy przyjęcia reformy był... jaki był. A jaki był? To, co się po Soborze stało, zadziałało na zasadzie psa spuszczonego z łańcucha. Ludziom przed Soborem było ciasno w tym gorsecie, więc jak puściło, to już puściło..." - obrazowo i dosadnie tłumaczy dominikanin. Reforma była konieczna, ale wymknęła się spod kontroli i nieraz poszła w niewłaściwym kierunku. Według o. Tomasza reforma po Soborze Watykańskim II była o wiele drastyczniejszym zerwaniem z tradycją niż reforma trydencka. Obie były natomiast reformami odgórnymi, "w obu przypadkach liturgiści napisali książkę". I napisali ją chyba tylko dla siebie - zdaje się dodawać dominikanin.

"Nie tęsknię do powrotu rytu trydenckiego" - mówi o. Kwiecień. Do samego rytu trydenckiego może i nie, ale do niektórych bardziej tradycyjnych form liturgicznych - z pewnością tak. Przykładem jest wykorzystywanie w liturgii chorału czy postulowanego miejsca Kanonu rzymskiego, które wielokrotnie powraca w odpowiedziach dominikanina. "Żal mi Kanonu rzymskiego" - wyznaje wprost. O ile w kwestii dowartościowania Kanonu rzymskiego (rzeczywiście rzadko sprawowanego w naszych kościołach) parokrotnie przytaczane są argumenty teologiczne, o tyle nie ma w książce przekonywujących dowodów, że chorał bardziej "nadaje się" do wyrażania liturgii niż inne formy muzyczne.


Grzechy liturgów

A jak w tej perspektywie wygląda polska rzeczywistość liturgiczna? Według o. Kwietnia "Polska była krajem, w którym reformę liturgiczną przyjęto najlepiej i gdzie została ona najlepiej wprowadzona". Nie znaczy to jednak, że jest idealnie: "Mamy najczęściej do czynienia nie z liturgią, która jest heretycka, heterodoksyjna, tylko z liturgią, która jest byle jak odprawiana, bez pietyzmu, bez miłości. Podstawowym problemem codziennym Kościoła polskiego jest bylejakość" - stwierdza o. Kwiecień. Katalog grzechów polskich liturgów i różnego rodzaju - jak mówi dominikanin - "liturgicznych aberracji" - jest długi. Wystarczy wspomnieć tylko kilka, począwszy od problemów natury, by tak rzec - materialnej. Dostaje nam się już za wieczną lampkę: "Jeśli ktoś stawia żarówę przed tabernakulum, w ogóle niczego nie rozumie w liturgii" - mówi o. Kwiecień, przyznając jednocześnie, że sam jeszcze nie rozwiązał tego problemu we własnym kościele klasztornym.

Wiele błędów wynika z niezrozumienia tego, co dzieje się w liturgii. Przykładem jest powszechny w polskich kościołach brak miejsca przewodniczenia. A "jest to miejsce teologiczne, rytualne, a nie po prostu zwyczajne krzesło dla księdza" - przypomina dominikanin. Najwięcej jednak problemów pojawia się wtedy, gdy zaczyna dominować myślenie, jak liturgię uczynić przyjemniejszą i ciekawszą. O. Kwiecień nazywa takie praktyki "księżowską kokieterią": "To takie myślenie, że coś musi być zmienione i zaimprowizowane, bo jak będzie zgodne z rytuałem, to na pewno sztywno i źle" - tłumaczy, przytaczając jednocześnie kuriozalne przykłady kapłańskich improwizacji, by przywołać formuły "zastępcze" dla wezwania "Oto Baranek Boży": "Oto Baranek, który wjechał na osiołku do Jerozolimy" czy "Oto największa miłość Jana Pawła II". Wyrazem kokieterii są też "rzewne szansonetki przepojone pragnieniem, aby było miło i sympatycznie".


Nie Kościół stworzył liturgię

Stanowisko o. Tomasza w sprawie kształtu liturgii można nazwać surowym. Trzeba jednak powiedzieć, że daleko mu do idealistycznego puryzmu czy legalistycznego, kurczowego trzymania się rubryk. Przyznaje, że takie właśnie nastawienie "zabiło" liturgię przedsoborową. Sam jako celebrans nie zawsze tym rubrykom bywa wierny, wprowadza bowiem w liturgię gesty, których próżno szukać we Wstępie do Mszału, jak czynienie znaku krzyża trzema złączonymi palcami czy pokłon celebransa w trakcie słów: "Niech Pan przyjmie ofiarę z rąk twoich", które interpretuje jako modlitwę zgromadzonego ludu nad kapłanem.

Wspomniana surowość nie wynika bowiem z wierności wobec rytuału, ale - wierności wobec liturgii. I tu dochodzimy do sedna: "Liturgia jest tym, co Bóg czyni dla człowieka, a nie tym, co człowiek czyni dla Boga, nie tym, co robi w Kościele - mówi o. Kwiecień. - To nie Kościół stworzył liturgię, ale liturgia stworzyła Kościół. (...) Kościół tworzy różne formy celebracji liturgii. Sama liturgia to dzieło Boże". Dominikanin nie zgadza się też ze stwierdzeniem, że liturgia jest dziełem ludu, a jej podmiotem jest zgromadzenie: "Liturgia jest dziełem Bożym dla ludu, którego i ja, celebrans, jestem częścią. Prawdziwym podmiotem celebracji jest Chrystus". Łatwo zatem wyciągnąć wniosek, że liturgia nie jest także dziełem Kościoła, albo przynajmniej nie tylko dziełem Kościoła. Tak ostre teologicznie spojrzenie pozwala i nakazuje kapłanowi zachować właściwą relację do tego, co robi. Co więcej, przyjęcie takiego spojrzenia z wiarą skutecznie leczy kapłana z jakichkolwiek zachcianek, eksperymentów i pokus poprawiania liturgii, która nie jest ani jego, ani nawet Kościoła - tylko Boga.

I choć nasze uszy nie są przyzwyczajone do takich sformułowań, o. Kwiecień nie boi się w końcu stwierdzić: "Nie powinniśmy się bać, że Duch Święty zostawi Kościół w tak ważnej sprawie, jaką jest liturgia. Duch Święty nie zostawia liturgii na pastwę ludzi Kościoła".


A my nic nie pojmujemy

W komentarzu o. Kwietnia słowo po słowie, gest po geście, ryt po rycie otrzymuje teologiczną wartość i znaczenie. Skarbiec liturgii bywa zaskakujący, ale nic w niej nie dzieje się przypadkowo. Sens ma procesjonalne wejście przez środek świątyni, a - powiedzmy - "bezsens" ma recytowanie Alleluja. Mało kto wie, że kadzidło używane podczas liturgii pogrzebu ma zasłonić... fetor śmierci, a ucałowanie ołtarza przez biskupa wyraża Chrystusa całującego Kościół - Oblubienicę.

O tym wszystkim mówi o. Kwiecień językiem barwnym, momentami zaskakującym. Nie boi się kolokwializmów i ryzykownych porównań. Dość przytoczyć opis przekazywania znaku pokoju: "Z jednej strony mamy tak zwanego kiwaczka, kiedy ludzie trykają się, albo ukłon do torebki, albo bieganie niespokojnym wzrokiem do ołtarza bocznego lub na filar, byle nie spotkać się wzrokiem z drugim człowiekiem, z drugiej strony - ogólną, radosną obłapiankę".

Z lektury wywiadu-rzeki można wyciągnąć wiele interesujących wniosków. Jeden z nich zdaje się jednak szczególnie bolesny. Po przeczytaniu książki siłą rzeczy nasuwa się przekonanie o przepaści między liturgiczną świadomością wiernych i celebransa. Czasami wydaje się, że jest to przepaść niemożliwa do pokonania. Zresztą najpierw trzeba by pokonać przepaść między liturgiczną świadomością o. Tomasza a świadomością tzw. przeciętnego księdza. I nie idzie tu o historyczną wiedzę o kształtowaniu się liturgii, ale właśnie o świadomość. Wiem, co mówię - mnie samemu ta książka uświadomiła bardzo wiele. Przykładem jest kwestia orientowania świątyni i jej wewnętrznego porządku liturgiczno-architektonicznego, która dla większości wiernych (i niejednego księdza) jest zupełnie nieczytelna, a która przez dominikanina jest omawiana jako sprawa wręcz fundamentalna. Na marginesie trzeba by jednak zapytać, czy wytrzymuje ona współczesną eklezjologię, która nie odwołuje się już chyba do modelu Kościoła, który jest jak navis (statek) pośród grzesznego żywiołu świata. Także wizja podziału świątyni na nawę, prezbiterium i sanktuarium oraz jej odwzorowanie w świecie wydaje się teologicznie przebrzmiałe. To jednak temat do osobnej dyskusji.

*

Jak tę przepaść pokonać? Nie wiem. Nie zgadzam się z propozycją liturgicznych katechez w miejsce homilii, choć homilia ma prawo (i obowiązek) czerpać z liturgii. Coś trzeba jednak zrobić. "Celebracja staje się nudna, bo ludzie jej nie rozumieją" - twierdzi o. Kwiecień. I ma rację, trudno bowiem żywo uczestniczyć w czymś, czego się nie pojmuje. Ale ten medal ma jeszcze drugą stronę, o wiele gorszą. Celebracja jest nudna nie tylko dlatego, że nie rozumie jej lud, ale dlatego, że nie rozumie jej ksiądz. A wtedy z "Błogosławionego marnowania" może nam pozostać samo tylko marnowanie.


Ks. ANDRZEJ DRAGUŁA (ur. 1966) jest kapłanem diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, rzecznikiem prasowym kurii, współorganizatorem "Przystanku Jezus". Dr teologii, wykłada homiletykę w zielonogórskim seminarium.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl