|
„TP”, Nr 23 (2813), 8 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2813/wiara01.php
Jakie wartości chroni zakaz stosowania antykoncepcji, tak stanowczo i wielokrotnie głoszony
przez Urząd Nauczycielski Kościoła? Publikowane tydzień temu artykuły Artura
Sporniaka ("Seks, miłość i antykoncepcja") oraz o. Karola Meissnera OSB
("Niewłaściwe pytanie") rozpoczęły dyskusję, poszukującą odpowiedzi na to
pytanie. Ale antykoncepcja to nie tylko problem teoretyczny. Kościół, stawiając
wiernym wysokie wymagania, świadom jest jednocześnie ludzkiej słabości. Rozmowa z o.
Ksawerym Konotzem, duszpasterzem i spowiednikiem małżeństw, ukazuje problem
antykoncepcji od strony konfesjonału.
Antykoncepcja w konfesjonale
Z o. Ksawerym Knotzem, wykładowcą teologii pastoralnej i duszpasterzem rodzin, rozmawia Artur Sporniak
ARTUR SPORNIAK: - Nauka Kościoła w dziedzinie moralności małżeńskiej wielu katolikom
wydaje się zbyt trudna. Czy rzeczywiście jest ponad siły?
O. KSAWERY KNOTZ: - Na pewno jej zachowanie jest możliwe wtedy, gdy katolicy będą żyli
łaską Bożą. Jan Paweł II w adhortacji "Familiaris consortio" wymienia
warunki, które trzeba spełnić, aby przyjąć i przeżywać wartość takiego stylu życia
małżeńskiego. Wskazuje m.in. na dziecięce zaufanie Bogu, pokorę, częste korzystanie
z sakramentów Eucharystii i pojednania, regularną modlitwę. Oznacza to, że w człowieku
musi dokonać się jakieś przewartościowanie, przemiana, która umożliwia zachowanie
nauki Kościoła. Oznacza to także, że wielu katolików nie jest jeszcze dojrzałych w
wierze i w konsekwencji nie widzi dobra, jakie płynie z życia zgodnego z zasadami
moralnymi, nie dostrzega piękna takiego życia. Nie rozumiejąc sensu wymagań, odczuwa
je jako przeszkodę na drodze do szczęścia.
Kłopoty z rozgrzeszeniem
- Zapewne spotkanie z kimś takim w konfesjonale jest dla kapłana trudne...
- To zależy. Jesteśmy ludźmi. Do wielu spraw nie dorastamy, tym bardziej w tak
delikatnej i subtelnej dziedzinie jak sfera seksualna. Można by nawet powiedzieć, że w
pewnym sensie mamy "prawo" nie dorastać. Przecież nikt od razu nie staje się
dojrzały. Jeżeli człowiek dostrzega swoją słabość, jest świadomy własnej grzeszności
czy nawet niemożności zmiany swojego życia, to nie ma nic lepszego, jak wyznawać w
konfesjonale swoje grzechy i spotykać się z przebaczającą miłością Boga.
Trudne jest spotkanie, kiedy człowiek nie ma poczucia grzechu, neguje sens życia
zgodnego z wymaganiami moralnymi. Ale wtedy też trzeba dobrze słuchać penitenta.
Czasami jest tak, że człowiek musi się trochę pobuntować, ale w gruncie rzeczy jest w
nim tęsknota za innym życiem. Taki bunt jest po prostu drogą dojrzewania, dochodzenia
do osobistego przyjęcia wartości, których człowiek się boi. Najtrudniejsza jest
natomiast sytuacja, kiedy z drugiej strony kratek oprócz negacji w ogóle nie widać
gotowości do rozmowy.
- I co wtedy powinien uczynić spowiednik?
- Zawsze trzeba próbować rozmawiać. Może się jednak okazać, że taka osoba nie jest
jeszcze gotowa do spowiedzi.
- Czyli czeka ją odmowa rozgrzeszenia?
- Tu nawet nie chodzi o odmowę rozgrzeszenia, bo przecież ten człowiek nie widzi
potrzeby bycia rozgrzeszonym. Można więc zmienić rangę spotkania i nie potraktować go
jako spowiedź, ale jako rozmowę. Może być ona zakończona nawet modlitwą w intencji
tego człowieka. Zwykle ludzie rozumieją taką zmianę i nie odchodzą ze świadomością,
że zostali odrzuceni. Wiele więc zależy od sposobu, w jaki spowiednik zareaguje.
Spowiednik, który chce pomóc małżonkom, powinien zdawać sobie jasno sprawę, że stoi
przed tajemnicą życia drugiego człowieka. Nie zna historii jego życia, jego myśli,
uczuć, sposobu rozumienia świata, Boga. Nie wie, co tak naprawdę kryje się za buntem,
wątpliwościami. Zresztą to, że mamy różne wątpliwości, jest zupełnie normalne.
- Czy jednak grzeszy ten, kto nie rozumie, dlaczego jego postępowanie jest grzeszne?
- Bardzo często, gdy uda się porozmawiać z małżonkami stosującymi antykoncepcję,
okazuje się, że swojego życia seksualnego nie przeżywają tak beztrosko, bezproblemowo
i szczęśliwie, jak by się wydawało. Jest w nich wiele cierpienia, poczucia
niekochania, braku zaufania. Gdzieś na dnie duszy tli się świadomość zła. Spowiednik
ma okazję pokazać małżonkom, że chrześcijanie są powołani do tego, aby odkryć
obecność samego Boga w więzi, którą przeżywają w czasie zbliżenia seksualnego.
Istnieje świat głębszych przeżyć, wykraczających poza sferę zmysłowych i
psychicznych odczuć. To tajemnica nieprzenikniona dla ludzi oddalonych od Boga. Tylko małżonkowie,
którzy dzięki wierze dostrzegają obecność Boga w akcie małżeńskim, znają radość
duchową towarzyszącą przyjemności seksualnej i bliskości psychicznej. To w imię
odkrycia takiej miłości, do której trzeba dopiero dorosnąć, warto podjąć trud
zachowania moralności katolickiej.
Rewolucja w życiu
- Świadomości nie da się zmienić z dnia na dzień. Jeżeli ktoś od dłuższego czasu
stosuje antykoncepcję, trudno mu będzie w ciągu paru minut podczas spowiedzi zdecydować
się na zerwanie z takim sposobem życia. "Vademecum dla spowiedników"
(opracowane przez Papieską Radę ds. Rodziny w 1997 r.) z jednej strony stwierdza, że
"przypadek powtórzenia grzechów antykoncepcji nie jest powodem samym w sobie
wystarczającym do odmówienia rozgrzeszenia", z drugiej mówi, iż "należy go
jednak odmówić, jeśli brakuje dostatecznej skruchy albo postanowienia poprawy wykluczającego
ponowny upadek". Jak to rozumieć?
- Spowiedź nie zakłada deklaracji, że już się nigdy nie zgrzeszy. Takie przeświadczenie,
tym bardziej w sprawach seksualnych, graniczyłoby z pychą. Świadczyłaby też o braku
realizmu.
- Co znaczy wobec tego "postanowienie poprawy wykluczające ponowny upadek"?
- Człowiek, który ma takie postanowienie, nie chce więcej popełnić grzechu
antykoncepcji, co jak wspomniałem nie oznacza, że go już więcej nie popełni. Należy
liczyć się z możliwością powrotów do grzechu. Z góry wiadomo, że małżonkowie
borykający się z antykoncepcją, a zatem i z dużym lękiem przed poczęciem dziecka i
być może z bolesnymi problemami w relacji małżeńskiej, będą mieć trudności z
porzuceniem takiego stylu życia. Ważne, aby mieli wolę zaprzestania takiego grzechu.
- Stosowanie antykoncepcji hormonalnej to pewien proces. Nawet gdyby chcieć z niej
zrezygnować, trzeba wziąć serię pigułek do końca. Tego nie da się przerwać zaraz
po spowiedzi. Potrzebny jest też długi czas na naukę naturalnego planowania rodziny.
- Rozpoczęciem takiego procesu przemiany będzie już postanowienie pójścia do poradni
naturalnego planowania rodziny. Gdy spowiednik ma stały kontakt z danym małżeństwem,
być może będzie musiał kilka razy mobilizować małżonków do takiego kroku. Tak już
jest, że często coś szczerze postanawiamy, a potem w życiu gdzieś się to rozmywa.
Taki proces to walka między "nowym" stylem życia, które staje się powoli
coraz bardziej sensowne, a "starym", które w świadomości małżonków jest
znanym i zarazem łatwym, choć pozornym, rozwiązaniem najważniejszych problemów.
Ciekawe, że Jan Paweł II we wspomnianej adhortacji mówi, iż warunkiem koniecznym
zaakceptowania normy moralnej w dziedzinie współżycia małżeńskiego jest poznanie
metod naturalnych. Czyli dopóki małżonkowie nie poznają tych metod, to zawsze będą
mieć dużo zastrzeżeń odnośnie do sensu rezygnacji z antykoncepcji. Wielką przeszkodą
dla współczesnych katolików w zaakceptowaniu nauki Kościoła jest słaba znajomość
funkcjonowania organizmu kobiety. U wielu osób, także wykształconych, wiedza na ten
temat odpowiada osiągnięciom nauki z początków XX wieku, a nie widać wielkiego
zainteresowania małżonków dokładnym poznaniem metod naturalnych. Dlatego przewiduję,
że środki antykoncepcyjne będą coraz bardziej popularne także wśród katolików.
Niepokonalna ignorancja
- W Vademecum znaleźć można też takie zdanie: "Jest zasadą, że nie jest
konieczne, by spowiednik pytał o grzechy popełnione z powodu niepokonalnej ignorancji
dotyczącej grzesznej natury tych czynów, lub popełnione z powodu niezawinionego błędu
zaistniałego w osądzie sumienia". Czy to znaczy, że nie powinien pytać o życie
seksualne?
- Po pierwsze spowiednik zawsze powinien wierzyć w dobrą wolę penitenta. Jeżeli
penitent nie spowiada się z grzechów seksualnych, to się zakłada, że ich nie popełnił.
Nie musi więc zadawać pytań na ten temat. Przyznaję, że czasem istnieje pokusa, by młodą
dziewczynę, która przyznaje, że chodzi z chłopakiem, zapytać: "I nie
grzeszycie?". Z drugiej strony, gdy w dzisiejszych czasach współżycie seksualne na
długo przed ślubem staje się coraz bardziej popularne, a w sferze seksualnej jest coraz
więcej nieporządku, to brak wyznania grzechów seksualnych rodzi czasami wątpliwość,
czy penitent szczerze się spowiada lub czy w ogóle ma świadomość istnienia tego
rodzaju grzechów. Seksualność jest jednak potężną energią, która nie chce być
ograniczana w swojej ekspresji.
Wracając do antykoncepcji: gdyby małżonkowie byli szczerze przeświadczeni, że
stosowanie środków antykoncepcyjnych nie jest niczym złym, nie mieliby wątpliwości co
do swojej decyzji czy nigdy by nie słyszeli nauczania Kościoła na ten temat, to spowiedź,
w której nie wyznają takiego grzechu, byłaby szczera i tym samym dobra. Gdy okaże się,
że spowiednik ma do czynienia z takim przypadkiem, to jego rolą nie jest wmawianie tej
osobie grzechu, którego ona nie uznaje, ale ukazanie, gdzie leży problem, poprowadzenie
spokojnej rozmowy mającej na celu wzbudzenie wrażliwości sumienia. W dzisiejszych
czasach sfera seksualna funkcjonuje w mentalności zarówno poza łaską, jak i poza
grzechem - tak, jakby Bóg nie był obecny w tej ważnej dziedzinie i nie miał nic do
powiedzenia na jej temat człowiekowi. Jeżeli uznajemy, że życie seksualne w małżeństwie
jest wielkim dobrem, które należy chronić przed zniszczeniem i degradacją, to nie można
traktować czyjegoś życia seksualnego jako sprawy mało ważnej. Nie chodzi więc o to,
żeby nie pytać. Czasami nawet trzeba i warto zapytać. Uczciwość spowiednika wymaga,
by dotknął tych dziedzin, które dla penitenta są trudne, które powodują cierpienie,
często silne poczucie winy. Człowiek od nich odruchowo ucieka, boi się tej sfery. Także
dla spowiednika "niesłyszenie" tych grzechów, a więc unikanie rozmowy na ten
temat może być bardzo wygodne. Wielu kapłanów nie czuje się za dobrze w tym temacie.
Nie tylko więc penitenci boją się mówić o tej sferze życia.
- Vademecum zaleca: "ilekroć spowiednik uważa za konieczne zadanie uzasadnionych
pytań, niech czyni to dyskretnie i z szacunkiem".
- Gdy kapłan (który przecież nie wie, jak wygląda stan sumienia penitenta) decyduje się
zapytać, to trzeba, aby był bardzo delikatny, ponieważ penitent może odejść z
poczuciem, że się mu nie wierzy, że ksiądz interesuje się tylko seksem, albo że - co
najbardziej bolesne - wmawia mu grzechy, których nie popełnił. Wtedy odchodzi od
spowiedzi nie z poczuciem rozgrzeszenia, ale z poczuciem obwinienia. Z reguły podczas
spowiedzi kapłan jest delikatniejszy niż z natury.
- Oby!
- Umiejętność spowiadania to też pewien charyzmat. Potrzebna jest miłość do człowieka
i wyczucie miłości Boga. Byłoby idealnie, gdyby wszyscy księża spełniali te warunki.
Wiemy, że tak nie jest.
- Jak rozumieć przypomnianą przez Vademecum zasadę: "Lepiej jest pozostawić
penitentów w dobrej wierze, w przypadku błędu pochodzącego z ignorancji subiektywnie
niepokonalnej, gdy przewiduje się, że penitent, choć usposobiony pozytywnie do życia
według wiary, nie zmieniłby swego postępowania, co więcej, wszedłby na drogę grzechu
formalnego". Czy to znaczy, że lepiej nie mówić penitentowi, iż grzeszy, jeśli
on i tak tego nie zrozumie?
- Na przykład ludzie z niektórymi zaburzeniami psychicznymi, szczególnie tymi, które
rodzą gwałtowne afekty, nie są w stanie podjąć odpowiedzialności za swoje czyny -
czasami nie umieją rozeznać grzechu, innym trudno jest wytłumaczyć problem, a i tak
gdyby się to udało, nie są w stanie zapanować nad swoimi popędami. Równocześnie
czują się wierzący, chcą żyć wiarą, tak jak ją rozumieją, modlą się, szukają
Pana Boga. Lepiej, dopóki coś w ich życiu się nie zmieni, nie budzić ich sumienia, a
tym samym obciążać poczuciem winy, świadomością oddalenia od Boga, która i tak nie
spowodowałaby żadnej zmiany w ich życiu.
- A na czym polega grzech formalny?
- W życiu robimy wiele zła bez intencji jego czynienia, bez świadomości, że sobie
szkodzimy. Miliony małżeństw katolickich mają jakiś nieład w życiu seksualnym i
wcale nie zdają sobie z tego sprawy. Kapłan, który się o tym dowiaduje w czasie
rozmowy, może wiedzieć, że taki nieład moralny nie pogłębia miłości małżonków,
ale jego sąd wcale nie oznacza, że ci konkretni małżnkowie mają ten grzech na swoim
sumieniu. Tak jak w szczególnych przypadkach nie ma sensu komuś uświadamiać grzechu,
tak w innych dąży się do tego, aby człowiek uznał swój grzech. Droga do jego uznania
pokrywa się z drogą nawrócenia. U większości ludzi trwa ona wiele lat. Gdy człowiek
się nawraca, jego sumienie robi się coraz delikatniejsze. Łatwiej wyczuwa, co w małżeństwie
buduje miłość, a co ją osłabia. Gdy więc małżonkowie w wyniku tego procesu
dostrzegą zło w swoim intymnym życiu i podejmą osobistą decyzję jego nie czynienia,
od tej pory będą już w pełni świadomie grzeszyć - wejdą na drogę grzechu
formalnego.
- Kościół głosi wymagające prawdy, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę z kondycji
człowieka. Stąd mowa w Vademecum o duszpasterskim "prawie stopniowości", którego
nie wolno jednak mylić ze "stopniowością prawa" moralnego. Czyli mam prawo być
słaby i niedomagać, ale nie mam prawa nie zgadzać się z nauką Kościoła?
- Nie do końca. Chodzi o to, by nie naginać prawa moralnego do swojego życia. Takie
naginanie uspokoiłoby, być może, sumienie, ale na dłuższą metę szczęścia by nie
dało. Człowiek żyłby w jakimś samooszukiwaniu się. Prawdziwą radość daje życie w
prawdzie, do jakiego wychowuje nas Chrystus. Natomiast każdy człowiek rozumny ma prawo
pytać: dlaczego Kościół głosi to, co głosi? Dlaczego mam postępować w taki, a nie
inny sposób? Gdy będzie dojrzewał w wierze, jego rozum oświecony wiarą będzie coraz
bliższy właściwemu zrozumieniu nauki Kościoła. Zadawane pytania będą służyły
szczeremu poszukiwaniu prawdy, a nie szukaniu błędów i wypaczeń. Trzeba przyznać, że
oficjalne dokumenty Kościoła są trudne do zrozumienia dla przeciętnego katolika. Cały
trud duszpasterski polega na tym, aby to mniej lub bardziej hermetyczne nauczanie przełożyć
na konkrety życia zwykłych ludzi. Pokazać, że wymagania służą po to, aby małżonkowie
mogli doświadczyć w swoim życiu czegoś bardzo pięknego, np. przeżywać akt seksualny
jako spotkanie pełne wzajemnej miłości i Bożej obecności. Przyznaję, że w tej ważnej
duszpasterskiej pracy Kościół ma duże zaniedbania.
Pytanie o dzieci
- Czy spowiednik powinien wypytywać małżonków o liczbę dzieci? Vademecum zaleca
sprawdzenie "jakości motywów" ograniczenia potomstwa, ale u penitentów już
na pewnym poziomie duchowym.
- Tylko sami małżonkowie są w stanie rozeznać, ile dzieci mogą mieć i w jakim
czasie. Tylko oni znają wszystkie uwarunkowania każdej decyzji o poczęciu kolejnego
dziecka. Wchodzą tu w grę uwarunkowania duchowe, psychiczne, zdrowotne, ekonomiczne itp.
Jest nadużyciem, jeżeli ktokolwiek z zewnątrz próbuje określać właściwą dla
danego małżeństwa liczbę dzieci. Dotyczy to zarówno księdza, jak i ginekologa, teściowej
czy sąsiadki. Takie ingerencje rzeczywiście mogą ranić. Sprawdzanie motywów
ograniczania potomstwa to temat bardziej dla kierownika duchowego niż dla przypadkowego
spowiednika. Kiedy kapłan dłuższy czas towarzyszy małżonkom, ten temat z pewnością
pojawi się w naturalny sposób. Warto, żeby małżonek zdawał sobie sprawę, dlaczego
nie chce już mieć więcej dzieci. U podłoża ograniczania potomstwa leży zazwyczaj lęk
przed czymś. Trzeba będzie pomóc rozeznać, co jest jego przyczyną i czy jest on
rzeczywiście uzasadniony. Do prawdziwych wniosków może dojść jedynie sam małżonek.
- Vademecum wspomina o jeszcze jednej nietypowej sytuacji - o tzw. współdziałaniu w
grzechu współmałżonka, które "może być godziwe".
- Chodzi o małżeństwa, w których nie ma porozumienia co do zasad etycznych. Np. żona
nie akceptuje antykoncepcji, a mąż chce koniecznie współżyć z prezerwatywą.
Warunkiem umożliwiającym stosowanie metod naturalnych jest współdziałanie małżonków.
Gdy takiego porozumienia dłuższy czas nie ma, rodzą się konflikty, które mogą
zagrozić trwałości związku. Dlatego żona może się zgodzić na współżycie z
prezerwatywą, jeśli spełni trzy warunki: "działanie małżonka współdziałającego
nie jest już samo w sobie niegodziwe" - czyli żona nie inspiruje takiego współżycia,
oraz sama nie używa środków antykoncepcyjnych; "istnieją proporcjonalnie poważne
motywy dla podjęcia współdziałania w grzechu współmałżonka", np. konflikt
realnie zagraża rozpadowi małżeństwa, oraz gdy "próbuje się pomóc współmałżonkowi,
aby zaprzestał takiego postępowania". Przy tym trzecim warunku Vademecum zwraca
uwagę, że ta pomoc powinna być udzielana cierpliwie, przez modlitwę, z miłością,
przez dialog i niekoniecznie w momencie współżycia ani przy każdej sposobności. Te
ostatnie uwagi warte są komentarza. Chodzi o to, żeby taki problem małżeński nie psuł
atmosfery współżycia seksualnego, które choć niedoskonałe z racji występujących
niezgodności ma nadal ogromną wartość dla jedności małżeństwa.

Seks i życie religijne
Czy współżycie seksualne małżonków może zostać wprzęgnięte w ich rozwój
duchowy? Odpowiedź pozytywna nie jest wcale oczywista: przyzwyczailiśmy się sprowadzać
związek seksu z życiem religijnym tylko do wymagań moralnych stawianych przez Kościół
małżonkom. Że na taką redukcję wcale nie jesteśmy skazani, pokazuje o. Ksawery Knotz
w książce "Akt małżeński". Współżycie seksualne jest wyjątkową, wręcz
niezastępowalną "szansą spotkania z Bogiem i współmałżonkiem", jak głosi
podtytuł książki.
Autor odważnie to uzasadnia. Najpierw przypomina, że sfera seksualna jest stworzona i
chciana przez Boga, a przez to sama w sobie jest dobra. Oczywiście podlega ona - jak cała
rzeczywistość ludzka - skutkom grzechu pierworodnego, ale grzech ten nie wypaczył jej
istoty. Spowodował jedynie, że seksualność nie jest dana człowiekowi jako coś
gotowego, przeciwnie - stanowi zadanie, wymagające wysiłku i pracy. Praca ta polega na
stopniowej integracji poruszeń ciała, doświadczeń psychicznych i pragnień duchowych.
Taki trud przynosi owoce: wzmacnia jedność małżonków, pozwala coraz lepiej dostrzegać
religijny sens ich powołania, przynosi głęboką radość i satysfakcję. Idąc za przykładem
niektórych teologów o. Knotz dostrzega we współżyciu seksualnym sprawowanie liturgii
sakramentu małżeństwa. Taka perspektywa pozwala mu dokonać teologicznej interpretacji
aktu małżeńskiego, łącznie z jego kulminacyjnym momentem - orgazmem. Nie chodzi
jednak o zawłaszczenie kolejnego obszaru rzeczywistości ludzkiej, dotychczas nieśmiało
omijanego przez teologię. Chodzi o próbę wypracowania takiego języka, który pozwoliłby
małżonkom harmonijnie połączyć życie religijne z pożyciem małżeńskim.
Istnieje przecież niebezpieczeństwo przeakcentowania (na zasadzie wahadła) sakralnego
wymiaru życia płciowego. Obie, psychologicznie bardzo delikatne rzeczywistości -
religia i seks - często są źródłem silnych emocji i podświadomych lęków. Aż
strach pomyśleć, co będzie jeśli nerwice seksualne zostaną wzmocnione przez źle przeżywaną
religijność. Trzeba mieć to na uwadze podczas lektury książki. Seks w małżeństwie
nie jest czymś odświętnym, wyjątkowym, jest rzeczywistością - chciałoby się
powiedzieć - codzienną. I właśnie dlatego stanowi wyjątkową szansę spotkania z
Bogiem i współmałżonkiem.
ASk
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|