dotb.gif

„TP”, Nr 23 (2813), 8 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2813/prasazagraniczna.php


Prasa zagraniczna

Nadzieja na rozejm. I pokój?


Pod naciskiem amerykańskim rządy izraelski Ariela Szarona i palestyński Mahmuda Abbasa zaakceptowały "mapę drogową": plan pokojowy dla Bliskiego Wschodu, opracowany przez USA, ONZ, UE i Rosję, wedle którego około 2005 r. powinno powstać państwo palestyńskie. Czy się uda? To zależy od Izraelczyków i Palestyńczyków. Czy Abbasowi uda się skłonić Dżihad i Hamas do zawieszenia broni nie tylko chwilowego, co obie organizacje zadeklarowały, ale trwałego? Czy Szaron będzie mieć dość woli, by zatrzymać żydowskie osadnictwo na ziemiach, które pozostają pod izraelską okupacją i ewakuować większość osiedli żydowskich? Kilka dni temu on sam - broniąc decyzji o zaakceptowaniu planu pokojowego przed krytyką ze strony osadników i izraelskiej skrajnej prawicy - złamał własne tabu: pierwszy raz w życiu na ustach Szarona, tego "jastrzębia" (czy, jak chcą Palestyńczycy, "buldożera") izraelskiej polityki zagościło słowo "okupacja". Szaron powiedział, że okupacja ziem palestyńskich i ich 3,5 mln mieszkańców nie może trwać wiecznie... Ale, mimo to, mimo rozpoczętych negocjacji - po prawie 3 latach niemal niewypowiedzianej wojny izraelsko-palestynskiej (od września 2000 r.) - nie należy spodziewać się spektakularnych sukcesów. Będzie to cicha dyplomacja, żmudna i nieefektowna.

Czy używając takiego języka Szaron - ten "ojciec chrzestny" żydowskiego osadnictwa na ziemiach palestyńskich - chciał uświadomić rodakom, że Izrael nie ma innego wyjścia? W każdym razie dla izraelskiej prawicy był to szok. Izraelski dziennik MAARIV cytuje jednego z przywódców osadników, który mówi, że "deklaracja jest bolesna i daleko idąca, bo Szaron przejmuje ideologię i terminologię tych, którzy próbują wyrzucić nas z ziemi Izraela", a przejmując "arabskie pojęcia", najwyraźniej "Izrael bankrutuje". Inny cytowany osadnik mówi, że jeśli Szaron 30 latach stwierdza nagle, że "okupacja" jest "niszczycielska" i dla Żydów, i dla Arabów, to znaczy, że premier "całkiem oszalał".

Wiele zależy od umiejętnej polityki USA na Bliskim Wschodzie, dotąd postrzeganej przez Arabów jako proizraelska, i od zaangażowania Busha, który dotąd zdawał się zostawiać wolną rękę Szaronowi. "Jeśli Bush zdecyduje się zaangażować osobiście w konflikt bliskowschodni, wejdzie na teren nieprzewidywalny, czego doświadczyli jego poprzednicy na stanowisku prezydenta USA. Z drugiej strony, wojna w Iraku miała przecież w opinii jej zwolenników przyczynić się także do rozplątania węzła izraelsko-palestyńskiego - podkreśla komentator szwajcarskiego dziennika NEUE ZÜRCHER ZEITUNG. - Bush zaszkodziłby własnej wiarygodności, gdyby jednostronnie oddał pole tym aktorom bliskowschodniej sceny, którzy próbują podważyć plan pokojowy już w jego początkowej fazie".

Czy Bushowi uda się to, co nie udało się dotąd nikomu? Komentator paryskiego dziennika LE FIGARO jest sceptyczny: "Po swym zwycięstwie w Iraku Bush doszedł do wniosku, że ze złem należy zmierzyć się u jego źródeł, jeśli rak, który zatruwa Bliski Wschód, ma zostać usunięty". A to oznacza zmierzenie się z konfliktem między Izraelczykami a Palestyńczykami, w którym "od 50 lat było już tyle rozejmów, i żaden nie doprowadził do faktycznego pojednania", że i tym razem "nie pozostaje nic innego, jak zachować ostrożność" w ocenach.

Otwarta jest także inna kwestia: czy Bushowi i jego administracji starczy woli i cierpliwości? Londyński dziennik THE INDEPENDENT z uznaniem zauważa, że to głównie dzięki ostatnim naciskom Amerykanów rząd Szarona zdecydował się podjąć rozmowy z Palestyńczykami i zaakceptować (mimo różnych zastrzeżeń) plan pokojowy: "Dziś wydaje się, że Bush jest zaangażowany osobiście i silnie, czego przed wojną w Iraku nie uznawali za możliwe nawet krytycy jego polityki bliskowschodniej. Ale tak aktywne zaangażowanie prawdopodobnie nie będzie trwać długo. Już jesienią w USA zaczną się pierwsze przymiarki do kampanii wyborczej przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi w Stanach (w których Bush będzie walczyć o drugą kadencję - red.), i jakkolwiek mocna nie wydawałaby się teraz jego pozycja, Bush na pewno stale ma w pamięci doświadczenie swego ojca, który w 1992 r. przegrał wybory zaledwie w półtora roku po swym zwycięstwie w tamtej wojnie w Zatoce".

WP, MZ

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl