|
Prasa zagraniczna
Nadzieja na rozejm. I pokój?
Pod naciskiem amerykańskim rządy izraelski Ariela Szarona i palestyński Mahmuda Abbasa
zaakceptowały "mapę drogową": plan pokojowy dla Bliskiego Wschodu, opracowany
przez USA, ONZ, UE i Rosję, wedle którego około 2005 r. powinno powstać państwo
palestyńskie. Czy się uda? To zależy od Izraelczyków i Palestyńczyków. Czy Abbasowi
uda się skłonić Dżihad i Hamas do zawieszenia broni nie tylko chwilowego, co obie
organizacje zadeklarowały, ale trwałego? Czy Szaron będzie mieć dość woli, by
zatrzymać żydowskie osadnictwo na ziemiach, które pozostają pod izraelską okupacją i
ewakuować większość osiedli żydowskich? Kilka dni temu on sam - broniąc decyzji o
zaakceptowaniu planu pokojowego przed krytyką ze strony osadników i izraelskiej skrajnej
prawicy - złamał własne tabu: pierwszy raz w życiu na ustach Szarona, tego
"jastrzębia" (czy, jak chcą Palestyńczycy, "buldożera")
izraelskiej polityki zagościło słowo "okupacja". Szaron powiedział, że
okupacja ziem palestyńskich i ich 3,5 mln mieszkańców nie może trwać wiecznie... Ale,
mimo to, mimo rozpoczętych negocjacji - po prawie 3 latach niemal niewypowiedzianej wojny
izraelsko-palestynskiej (od września 2000 r.) - nie należy spodziewać się
spektakularnych sukcesów. Będzie to cicha dyplomacja, żmudna i nieefektowna.
Czy używając takiego języka Szaron - ten "ojciec chrzestny" żydowskiego
osadnictwa na ziemiach palestyńskich - chciał uświadomić rodakom, że Izrael nie ma
innego wyjścia? W każdym razie dla izraelskiej prawicy był to szok. Izraelski dziennik
MAARIV cytuje jednego z przywódców osadników, który mówi, że "deklaracja jest
bolesna i daleko idąca, bo Szaron przejmuje ideologię i terminologię tych, którzy próbują
wyrzucić nas z ziemi Izraela", a przejmując "arabskie pojęcia", najwyraźniej
"Izrael bankrutuje". Inny cytowany osadnik mówi, że jeśli Szaron 30 latach
stwierdza nagle, że "okupacja" jest "niszczycielska" i dla Żydów, i
dla Arabów, to znaczy, że premier "całkiem oszalał".
Wiele zależy od umiejętnej polityki USA na Bliskim Wschodzie, dotąd postrzeganej przez
Arabów jako proizraelska, i od zaangażowania Busha, który dotąd zdawał się zostawiać
wolną rękę Szaronowi. "Jeśli Bush zdecyduje się zaangażować osobiście w
konflikt bliskowschodni, wejdzie na teren nieprzewidywalny, czego doświadczyli jego
poprzednicy na stanowisku prezydenta USA. Z drugiej strony, wojna w Iraku miała przecież
w opinii jej zwolenników przyczynić się także do rozplątania węzła
izraelsko-palestyńskiego - podkreśla komentator szwajcarskiego dziennika NEUE ZÜRCHER
ZEITUNG. - Bush zaszkodziłby własnej wiarygodności, gdyby jednostronnie oddał pole tym
aktorom bliskowschodniej sceny, którzy próbują podważyć plan pokojowy już w jego
początkowej fazie".
Czy Bushowi uda się to, co nie udało się dotąd nikomu? Komentator paryskiego dziennika
LE FIGARO jest sceptyczny: "Po swym zwycięstwie w Iraku Bush doszedł do wniosku, że
ze złem należy zmierzyć się u jego źródeł, jeśli rak, który zatruwa Bliski Wschód,
ma zostać usunięty". A to oznacza zmierzenie się z konfliktem między
Izraelczykami a Palestyńczykami, w którym "od 50 lat było już tyle rozejmów, i
żaden nie doprowadził do faktycznego pojednania", że i tym razem "nie
pozostaje nic innego, jak zachować ostrożność" w ocenach.
Otwarta jest także inna kwestia: czy Bushowi i jego administracji starczy woli i
cierpliwości? Londyński dziennik THE INDEPENDENT z uznaniem zauważa, że to głównie
dzięki ostatnim naciskom Amerykanów rząd Szarona zdecydował się podjąć rozmowy z
Palestyńczykami i zaakceptować (mimo różnych zastrzeżeń) plan pokojowy: "Dziś
wydaje się, że Bush jest zaangażowany osobiście i silnie, czego przed wojną w Iraku
nie uznawali za możliwe nawet krytycy jego polityki bliskowschodniej. Ale tak aktywne
zaangażowanie prawdopodobnie nie będzie trwać długo. Już jesienią w USA zaczną się
pierwsze przymiarki do kampanii wyborczej przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi w
Stanach (w których Bush będzie walczyć o drugą kadencję - red.), i jakkolwiek mocna
nie wydawałaby się teraz jego pozycja, Bush na pewno stale ma w pamięci doświadczenie
swego ojca, który w 1992 r. przegrał wybory zaledwie w półtora roku po swym zwycięstwie
w tamtej wojnie w Zatoce".
WP, MZ
|