dotb.gif

„TP”, Nr 23 (2813), 8 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2813/prasakrajowa.php



Prasa krajowa

Strach a konformizm w PRL


Strach i konformizm były stałymi elementami życia w PRL. Ewoluował on jednak: tak jeśli chodzi o natężenie, jak o źródła. W okresie stalinizmu dominował strach przed bezpośrednimi represjami. Po 1956 r. strach zmienił swój charakter - a efektem był m.in. narastający konformizm społeczeństwa - dowodzą w dyskusji w BIULETYNIE Instytutu Pamięci Narodowej (25) dr Antoni Dudek z Biura Edukacji Publicznej IPN oraz dr Marcin Zaremba z Instytutu Historycznego UW.

Antoni Dudek: Po 1956 r. poziom lęku obniżył się, co ułatwiło przystosowanie się do rzeczywistości. Kluczem do zrozumienia tego, jak społeczeństwo w latach 50. i 60. coraz bardziej wchodziło w PRL-owską rzeczywistość, jest zmniejszenie się spirali strachu. Ludzie zaczęli się mniej bać, a jednocześnie zrozumieli, że żadnej radykalnej zmiany nie będzie, upadek komunizmu nie nastąpi. Zwłaszcza, że poczuli, iż w tym systemie da się żyć, więc siłą rzeczy zaczęli go akceptować. Na imieninach, przy wódce, dalej mówiono, że komuna jest do d..., że diabli by wzięli tych komunistów. Niemniej system dawał coraz większe możliwości awansu, nie trzeba już było robić rzeczy tak obrzydliwych, jak przed 1956 r., by dostać wyższe stanowisko. Wystarczyło zapisać się do partii, ona nie była taka jak dawniej, nie odbywały się już nieustanne zebrania, na których demaskowano wrogów i wykańczano ludzi. Poza tym partia się umasowiała: przyjmowano tych, którzy wcześniej nie mogli do niej należeć.

Marcin Zaremba: Cezurą konformizacji jest dla Polski rok 1956. Do lat 1953 i 1954 ludzie liczyli się z wybuchem III wojny światowej i czekali końca komunizmu. Po 1956 r. pojawia się brak alternatywy i konstatacja, że jakoś trzeba się adaptować, bo nie ma nadziei na zmianę sytuacji ustrojowej. Tym bardziej, że wraz z ewolucją systemu w kierunku modelu państwa opiekuńczego coraz lepiej się żyje. Cechą życia społecznego i codziennego staje się dualizm, polegający na oddzieleniu świata prywatnego, rodzinnego od zewnętrznego - partii, rzeczywistości oficjalnej. Codzienność prawie każdego Polaka zaczęła koncentrować się na życiu rodzinnym. W latach 60. rozpoczęła się nobilitacja prywatności. Wzrosło znaczenie świąt i rodzinnych rytuałów - jak pierwsza komunia, imieniny, prywatki. Życie codzienne Polaków po pracy nie było życiem ulicznym, jak na Zachodzie, gdzie ludzie spotykali się w pubach czy kawiarniach. Polską specyfiką był dom i mieszkanie, gdzie można było być naturalnym i spontanicznym, bo macki władzy tu nie sięgały.

Znamienne przy tym, że cały czas Polacy bali się... wojny. W okresie stalinowskim - po przemówieniu Winstona Churchilla w Fulton w 1946 r. - niemal co miesiąc dochodziło do paniki i wykupywania wszystkiego. W latach 60. wystarczyło kilka wezwań do komisji poborowej i w całym powiecie znikał cukier. W czasie kryzysu berlińskiego w 1961 r. i podczas kryzysu kubańskiego panika wojenna objęła cały kraj.

A.D.: Był jeszcze jeden oczywisty strach - na wsi, przed kolektywizacją. Gdy w 1956 r. Gomułka odpuścił tę sprawę, ludzie odetchnęli, że to koniec z kolektywizacją. Ale na wsi - nawet w latach 70. i 80. - panowało przeświadczenie, że władze prędzej czy później do niej powrócą.

M.Z.: Co ważne: mówiąc o strachu w PRL, myślimy zwykle o strachu przed władzą. Tyle że nigdy nie znikł on całkowicie. Chociażby wspomnienia ze stanu wojennego dowodzą, że ludzie wciąż władzy się bali. Były nadto inne rodzaje strachu: związanego z podwyżkami i innymi trudnościami życia codziennego; lęki, czy pensja starczy do pierwszego albo - jak w latach 80. - czy będzie można wykupić kartki, albo czy dostaniemy się do pociągu, jadąc z dziećmi na wczasy. Dlatego ludzie domagali się kartek na żywność, bo nie trzeba stać godzinami i będzie można coś dostać. Symbolem strachu był cukier: ilu ludzi miało jego zapasy! Fenomen pierwszej połowy lat 70. polegał na tym, że nagle zmalał problem aprowizacji. Oczywiście na prowincji, w niektórych miastach i miasteczkach ciągle były niedobory, bo produkty przemysłowe i spożywcze posyłano w pierwszej kolejności do dużych skupisk klasy robotniczej. Jednak po 1971 r. nastąpiła wyraźna poprawa zaopatrzenia. Ma to odzwierciedlenie w badaniach OBOP: optymizm wyraźnie wzrastał, spadek nastąpił dopiero po 1976 r. Są też badania (z 1977 r.), co ludzie mogą kupić w najbliższym sklepie: 85 proc. - chleb, 55 proc. - olej roślinny, 45 proc. - masło, 38 proc. - jaja, mniej niż 1 proc. - mięso wołowe bez kości i szynkę. Są również badania dotyczące czasu, jaki ludzie spędzali w kolejkach. "Czasochłonność dziennego zakupu artykułów częstego użytku przez rodzinę" wynosiła w 1966 r. 63 min, 1970 r. - 94 min, 1971 r. - 73 min, a w 1976 r. - już 98 min.

KB

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl