adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 23 (2813)
8 czerwca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

50 lat temu wschodni Niemcy powstali przeciw komunizmowi:
jeden raz w swej historii aż do 1989 r.


Niemiecki Czerwiec

Joachim Trenkner z Berlina


Było to pierwsze wołanie o wolność w Europie Środkowej po ugruntowaniu się tam systemu komunistycznego, na trzy lata przed polskim i węgierskim rokiem 1956. Ale poza Niemcami Czerwiec 1953 roku jest niemal nieobecny w świadomości, także Polaków. Pamięć o nim wyparło przekonanie, że Niemcy z NRD byli posłuszni władzy. Owszem, byli - ale nie wszyscy i nie zawsze.


Są takie dni, a czasem godziny czy minuty, gdy decyduje się całe życie człowieka. 50 lat temu doświadczenie to stało się udziałem 17-letniego licealisty z uśpionego powiatowego miasteczka w Turyngii, na południu Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Tamtego ciepłego wieczora 1953 r. licealista słuchał, jak zawsze, popularnego w NRD radia RIAS, nadającego z Berlina Zachodniego (skrót: Radio im amerikanischen Sektor, Radio w sektorze amerykańskim - red.). Wiadomości brzmiały podniecająco i niepokojąco: w Berlinie doszło do strajków, robotnicy przerwali pracę, żądano lepszej płacy. Chłopiec nie potrafił ocenić politycznej wagi tych zdarzeń. Ale przeczuwał, że dzieje się coś ważnego.


Zaciśnięte pięści

Następnego dnia licealista poszedł jak zwykle do szkoły. O berlińskich zdarzeniach nauczyciele milczeli. Tylko podczas przerw na szkolnym dziedzińcu wrzało od plotek, uczniowie - ci, którzy mieli do siebie zaufanie - wymieniali się informacjami. Lekcje skończyły się, ale nie skończyła się atmosfera rosnącego napięcia. Na ulicach było na pozór spokojnie, ale idąc do domu przez średniowieczną starówkę, 17-latek wręcz fizycznie odczuwał, że jest to spokój naprężony, jak przed eksplozją.

Minął rynek zwany Górnym - ten z późnogotyckim kościołem Marienkirche, w którym w 1525 r. Thomas Münzer wzywał miejscowe chłopstwo do buntu przeciw książętom, teraz niemal wyludniony. Kiedy dotarł do drugiego rynku, zwanego Dolnym (z kościołem, w którym w 1707 r. organistą był mistrz Bach), oczom chłopca ukazał się widok zupełnie inny: plac wypełniał tłum ludzi, gęstniejący z każdą chwilą. Największy ścisk panował przed budynkiem sądu, gdzie mieścił się areszt śledczy. W tę stronę ruszył także licealista. Padły pierwsze okrzyki: "Uwolnić politycznych!".

Zbliżał się wieczór, gdy u wylotu jednej z ulic tłum zafalował, a potem zaczął się cofać: na rynek wjechały najpierw wielkie, zielone ciężarówki Milicji Ludowej z uzbrojonymi funkcjonariuszami, a za nimi, klekocąc gąsienicami po bruku, sowiecki czołg T-34, przysłany dla wsparcia wschodnioniemieckich towarzyszy przez garnizon Armii Czerwonej. Okrzyki wzmogły się, uniosły się w górę zaciśnięte pięści, poleciały kamienie. Także 17-letni uczeń stał we wzburzonym, ale cofającym się tłumie, i również jego dłoń sięgała po kamienie, by w geście wściekłości i bezsilności miotać nimi w czołg z czerwoną gwiazdą.

Czy dostrzeżono go, sfotografowano? W każdym razie dwa dni później wychowawca klasy wezwał do siebie 17-latka, by oznajmić mu, że ma natychmiast opuścić szkołę, by "sprawdzić się w produkcji". Czyli podjąć przymusową pracę w fabryce.

Pojedynczy, niewiele znaczący ludzki epizod, jaki zdarzył się 50 lat temu, w dniu, o którym dziś mówi się, że był historyczny. Inni, którzy także w nim uczestniczyli, doświadczyli gorszego losu: w całej NRD setki, jeśli nie tysiące osób stanęły przed sądem. Wieloletnie wyroki więzienia były regułą. Tysiącom złamano życie. Dziesiątki tysięcy ruszyły na Zachód, uciekając do wolnego państwa niemieckiego. Sądy specjalne i egzekucje, także one nie były rzadkością. Śmierć zbierała obfite żniwo również podczas ulicznych walk: w Berlinie, Magdeburgu czy Halle. Do dziś nie ma pewnych danych co do liczby zabitych i rannych. Po stronie demonstrantów zginęło co najmniej 267 osób, po drugiej stronie 116 funkcjonariuszy milicji i partii.
Co się wydarzyło tamtego dnia?


Dzień pierwszy: prolog

Berlin, 16 czerwca, letni, ciepły dzień, z przelotnymi zachmurzeniami. W godzinach rannych na budowach przy Alei Stalina - reprezentacyjnej ulicy Berlina Wschodniego - robotnicy dyskutują nad gazetami. Panuje wzburzenie, które szybko przeradza się w czyn: kilkusetosobowy pochód rusza do centrum, wchodzi na bulwar Unter den Linden, posuwa się ku Bramie Brandenburskiej.

Robotnicy maszerują luźnymi szeregami, przez całą szerokość ulicy. Na twarzach nie widać strachu, raczej spokojne zdecydowanie. Na pospiesznie namalowanym transparencie widnieje lapidarne żądanie: "Obniżyć normy!". Także skandowane rytmicznie hasła dotyczą tylko tego tematu: robotnicy domagają się cofnięcia decyzji władz o podwyższeniu norm dla robotników. To ważne, bo niewyrobienie normy oznacza mniejszy przydział kartkowy, a kartki są prawie na wszystko - jedzenie, ubranie.

Ale protest, który zaczął się od spraw ekonomicznych, bytowych, w ciągu kilku godzin staje się protestem politycznym: im bliżej budynków rządowych, tym częściej pojawiają się inne hasła. Jak to, po niemiecku rymowane: "Kollegen, reiht Euch ein, wir wollen freie Menschen sein" ("Koledzy, chodźcie z nami, chcemy być wolnymi ludźmi"). Funkcjonariusze partii komunistycznej SED, którzy widzą pochód, są bezradni i przerażeni. Robotnicy przeciw robotniczemu rządowi? Przecież to nie pasuje do obrazu świata, który wbijano im do głów na przyspieszonych kursach ideologicznych; świata, w którym wróg jest jasno zdefiniowany: to Zachód, pod wodzą "kapitalistycznych monopoli" i "imperialistycznych podżegaczy wojennych". Ale robotnicy?

Tymczasem pochód rośnie, liczy już jakieś cztery tysiące ludzi, dochodzi przed Bramę Brandenburską, skręca pod siedzibę rządu NRD - i napotyka szpaler milicjantów z Volkspolizei. Rząd "pierwszego państwa robotników i chłopów na ziemi niemieckiej" spanikował na widok "ludu". Robotnicy chcą rozmawiać z szefem partii Walterem Ulbrichtem albo z premierem Otto Grotewohlem. Pojawiają się żądania polityczne: dymisja rządu i wolne wybory.

Czy gdyby ktoś wyszedł do demonstrujących, porozmawiał, czy wówczas wszystko potoczyłoby się inaczej? Ale nikt nie wychodzi. Po godzinie robotnicy wracają na Aleję Stalina i rozchodzą się do domów. Obiecują sobie, że jutro zbiorą się ponownie.


Dzień drugi: wybuch

Następnego dnia, w środę, o dziesiątej rano przed budynkiem rządu zbiera się już osiem tysięcy ludzi. Tłum rośnie. Z dzielnicy Hennigsdorf na północnych obrzeżach dołącza sześć tysięcy hutników: by skrócić sobie drogę, przemaszerowali kolumną przez francuski sektor Berlina Zachodniego, eskortowani przez zachodnioberlińską policję (w Berlinie swobodne poruszanie się między sektorami jest jeszcze możliwe).

Atmosfera jest gorętsza niż poprzedniego dnia. Wściekły tłum skanduje "Wolne wybory!" i "Przecz z rządem!". Budynek rządowy opustoszał: Ulbricht i szef Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego od rana przesiadują w dzielnicy Karlshorst, w strzeżonej (położonej na terenie garnizonu sowieckiego) rezydencji Wysokiego Komisarza, najwyższego rangą przedstawiciela ZSRR w NRD. Trwają narady. Komisarz Władimir Siemjonow jest w stałym kontakcie telefonicznym z Moskwą.

Tymczasem strajki i demonstracje trwają już w całej NRD. Strajkuje ponad 450 tys. robotników i urzędników w prawie sześciuset przedsiębiorstwach. Stało się tak za sprawą zachodniego radia, zwłaszcza RIAS, dzięki któremu wiadomość o demonstracji z 16 czerwca rozeszła się lotem błyskawicy. W godzinach południowych tego 17 czerwca na ulice Berlina Wschodniego i 550 miast i miasteczek w całej NRD wychodzi już łącznie około miliona ludzi. Protesty ogarniają ponad 150 z 217 powiatów miejskich i wiejskich. I wszędzie ludzie domagają się tego samego: ustąpienia rządu, wolnych wyborów, zwolnienia więźniów politycznych. Władza wschodnioniemieckich komunistów zaczyna się chwiać.


Dzień drugi: walka

Około dwunastej w południe zapadają decyzje, precedensowe w historii "bloku wschodniego": w rezydencji w Karlshorst, po kolejnej rozmowie z Moskwą, komisarz Siemjonow informuje NRD-owskich towarzyszy, że władze na Kremlu poleciły ogłosić stan wyjątkowy na terytorium NRD. Sowiecki hegemon postanowił zdławić siłą pierwszy masowy bunt na kontrolowanym przez siebie obszarze Europy.

Ponieważ władze sowieckie nie wierzą, aby wschodnioniemiecka milicja (w NRD, podobnie jak w Niemczech Zachodnich, nie ma jeszcze armii; w obu państwach powstaną one dopiero w następnych latach) poradziła sobie z zaprowadzeniem "spokoju i porządku", dowództwo sowieckie w Karlshorst rozsyła rozkazy do jednostek. Wozy T-34 oraz T-34/85 (nowsza wersja czołgu, który zdobywał Berlin), eskortowane przez piechotę opuszczają koszary i wyjeżdżają na ulice - w Berlinie i w innych miastach.

Kiedy pierwsze czołgi pojawiają się na berlińskim Placu Poczdamskim i próbują zepchnąć demonstrantów, tłum eksploduje. Zdesperowani demonstranci rzucają w czołgi kamieniami, tłuką w pancerze żelaznymi sztabami. Wtedy padają strzały - najpierw nad głowami, a potem w tłum. Ludzie rozbiegają się w panice, szukają schronienia, uciekają przez granicę sektorów do Berlina Zachodniego. Na bruku Placu Poczdamskiego zostaje 12 zabitych i 400 ciężko rannych.

Ale pomimo czołgów na ulicach i ogłoszenia stanu wyjątkowego, na ulicach Berlina krwawe starcia trwają jeszcze wiele godzin. Dopiero o dwudziestej pierwszej, po godzinie policyjnej, ulice pustoszeją. Siemjonow może sięgnąć po słuchawkę i zameldować towarzyszom na Kremlu, że w NRD wszystko jest pod kontrolą.


Powstanie bez twarzy

Co właściwie stało się 17 czerwca? Czy było to powstanie robotników, czy powstanie narodowe, rewolucja? Jak przy innych podobnych wydarzeniach, trzeba rozróżnić między przyczynami głębszymi i przyczyną bezpośrednią, katalizatorem. Tym ostatnim była decyzja o podniesieniu norm dla robotników. Ale przyczyny, dla których protest ekonomiczny przerodził się w ogólnokrajowy bunt polityczny były głębsze: punktem wyjścia była konferencja SED w czerwcu 1952, na której Ulbricht obwieścił "przyspieszoną budowę socjalizmu" w NRD.

Przekładając rzecz na język ludzki, oznaczało to sowietyzację społeczeństwa: rygorystyczne upaństwowienie rolnictwa, zwalczanie klasy średniej (pozostałych jeszcze przedsiębiorców, a także rzemieślników i szerzej mieszczaństwa), zdławienie wszelkiej opozycji, w tym zwłaszcza popularnego wówczas młodzieżowego ruchu tzw. Młodych Wspólnot (Junge Gemeinde) przy Kościele ewangelickim. Do tego doszło dramatyczne pogorszenie warunków życia: w sklepach brakowało wszystkiego, nawet ziemniaków i dżemu - i nastroje społeczne były coraz gorsze.

Spór o polityczną ocenę wydarzeń rozpoczął się jeszcze wieczorem 17 czerwca. Dla władz NRD, które tego dnia spojrzały na krótko w przepaść, wszystko było jasne: od początku propaganda przedstawiała 17 czerwca jako "faszystowską prowokację", sterowany z Zachodu "dzień X", który miał być wstępem do likwidacji NRD. Taka wersja miała obowiązywać aż do 1989 r. Choć nie odeszła w niebyt wraz z końcem NRD: polityczna spadkobierczyni SED, postkomunistyczna Partia Demokratycznego Socjalizmu (PDS), do dziś nie może pogodzić się z tym, że 50 lat temu miał miejsce autentyczny protest. Wśród mnóstwa książek o 17 czerwca, ukazujących się właśnie, specyficzną uwagę zwraca jedna: jej autor, minister kultury w ekipie Ulbrichta, Hans Bentzien, trwa przy starych kłamstwach i opisuje protestujących jako "kontrrewolucjonistów", sterowanych przez zachodnie wywiady. Świadomość eksministra nie dopuszcza tego, co historycy wykazali już dawno: że przez cały czas trwania powstania Zachód, w tym pozostające pod kontrolą Amerykanów radio RIAS, starały się zachować maksymalną powściągliwość polityczną (i publicystyczną).

Inaczej, rzecz jasna, wyglądały oceny 17 czerwca w Republice Federalnej: tu politycy i badacze historii najnowszej (w Niemczech, gdzie historia tak splata się z polityką, zwani "historykami politycznymi") podkreślali "narodowy aspekt" powstania, wsłuchując się w te hasła, które postulowały ogólnoniemieckie wybory i zjednoczenie Niemiec. Dlatego też 17 czerwca rychło ogłoszono w Niemczech Zachodnich "Dniem Jedności" i świętem państwowym (po 1990 r. zastąpiono je świętem zjednoczenia, obchodzonym 3 października).

Po upadku NRD niektórzy historycy postawili tezę, że 17 czerwca był próbą rewolucji z prawdziwego zdarzenia, której celem była całkowita zmiana realiów politycznych. Czy tak było? Okazuje się, że mimo upływu czasu i dostępu do źródeł historycznych niełatwo jest określić charakter wydarzeń. Trwały zbyt krótko, by mógł wykreować się jakiś program, nie mówiąc już o rewolucyjnych strukturach. Cechą 17 czerwca było też to, że miał on pozostać "powstaniem bez twarzy". Pomijając kilku lokalnych przywódców, niemiecki Czerwiec 1953 r. nie miał takich osobowości jak Imre Nagy podczas powstania węgierskiego 1956, Aleksander Dubczek w czasie "Praskiej Wiosny" czy Lech Wałęsa.


Deficyt narodowej satysfakcji

Powstanie w NRD było nie tylko tragiczne, ale i paradoksalne w skutkach. Demonstranci nie zrealizowali żadnego z postulatów. Co więcej, stalinowiec Ulbricht, którego dni na początku 1953 r. wydawały się policzone - z uwagi na szereg błędów natury gospodarczej i społecznej, jakie zdążył popełnić - wyszedł z tej konfrontacji wzmocniony. Partyjni krytycy Ulbrichta ucichli lub zostali uciszeni. Podział Niemiec pogłębił się. Nauczone doświadczeniem władze zaczęły rozbudowywać do monstrualnych rozmiarów aparat terroru. I choć kilkanaście lat później Ulbricht odszedł, obalony po wewnątrzpartyjnej walce przez Ericha Honeckera, stalinizm w NRD skończył się faktycznie w 1989 r.

"Geschlagen ziehen wir nach Hause, die Enkel fechten's besser aus". Pobici, ze spuszczonymi głowami, wracamy do domu, może naszym wnukom się powiedzie... - to zdanie, występujące w przekazach historycznych po stłumionych XVI-wiecznych buntach chłopskich w Niemczech, pojawiało się, malowane w pośpiechu na murach NRD-owskich miasteczek po 17 czerwca. W NRD musiało minąć 36 lat, zanim wnuki stłamszonego "pokolenia '53" wyszły na ulice, a rewolucja, tym razem pokojowa, obaliła władzę komunistyczną.

Dziś, podczas dyskusji wokół znaczenia 17 czerwca, odzywają się także dawni opozycjoniści, twórcy NRD-owskiej "Jesieni Ludów", tacy jak Marianne Birthler, przed 1989 r. opozycjonistka, dzisiaj stojąca na czele urzędu, zawiadującego aktami służby bezpieczeństwa NRD ("Stasi") i prowadzącego prace badawczo-edukacyjne. Teraz Birthler wezwała rodaków, by pozwolili sobie na poczucie narodowej satysfakcji z tego, co stało się 17 czerwca 1953 r., gdyż było to wołanie o wolność. Niemcy, powiedziała Birthler w jednym z wywiadów, do dziś "mają kłopoty z wolnością", skoro większość z nich gotowa jest (co pokazują badania opinii) w imię większego bezpieczeństwa i sprawiedliwości socjalnej zrezygnować z jakiejś części wolności obywatelskich; tymczasem 17 czerwca był "narodowym powstaniem, godnym umieszczenia w jednym szeregu z Rewolucją Francuską".

Porównanie może niezbyt szczęśliwe... Ale w jednym pani Birthler na pewno ma rację: nieco więcej satysfakcji, nieco więcej przypomnienia także pozytywnych kart z własnej historii najnowszej, wyszłoby Niemcom na dobre, w ich ciągłym poszukiwaniu tożsamości.


Postsriptum

A co stało się z 17-letnim licealistą? Wydarzenia sprzed 50 lat zmieniły całe jego życie: były przyspieszoną polityczną edukacją, za sprawą której kilka lat później opuścił NRD, by ruszyć na Zachód, najpierw do obozu uchodźców w Berlinie Zachodnim, a potem dalej, aż za ocean... Tym chłopcem był autor tego artykułu.
Przełożył Wojciech Pięciak


Joachim Trenkner (ur. 1935) - po ucieczce z NRD wyjechał do USA, gdzie pracował jako reporter w tygodniku "Newsweek". Po powrocie do Niemiec Zachodnich był przez kilkanaście lat korespondentem zachodnioberlińskiej telewizji publicznej SFB w krajach Europy Środkowej i Wschodniej. W latach 90. redaktor naczelny SFB. Obecnie stały współpracownik "TP" w Berlinie.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny