|
50 lat temu wschodni Niemcy powstali przeciw komunizmowi:
jeden raz w swej historii aż do 1989 r.
Niemiecki Czerwiec
Joachim Trenkner z Berlina
Było to pierwsze wołanie o wolność w Europie Środkowej po ugruntowaniu się tam
systemu komunistycznego, na trzy lata przed polskim i węgierskim rokiem 1956. Ale poza
Niemcami Czerwiec 1953 roku jest niemal nieobecny w świadomości, także Polaków. Pamięć
o nim wyparło przekonanie, że Niemcy z NRD byli posłuszni władzy. Owszem, byli - ale
nie wszyscy i nie zawsze.
Są takie dni, a czasem godziny czy minuty, gdy decyduje się całe życie człowieka. 50
lat temu doświadczenie to stało się udziałem 17-letniego licealisty z uśpionego
powiatowego miasteczka w Turyngii, na południu Niemieckiej Republiki Demokratycznej.
Tamtego ciepłego wieczora 1953 r. licealista słuchał, jak zawsze, popularnego w NRD
radia RIAS, nadającego z Berlina Zachodniego (skrót: Radio im amerikanischen Sektor,
Radio w sektorze amerykańskim - red.). Wiadomości brzmiały podniecająco i niepokojąco:
w Berlinie doszło do strajków, robotnicy przerwali pracę, żądano lepszej płacy. Chłopiec
nie potrafił ocenić politycznej wagi tych zdarzeń. Ale przeczuwał, że dzieje się coś
ważnego.
Zaciśnięte pięści
Następnego dnia licealista poszedł jak zwykle do szkoły. O berlińskich zdarzeniach
nauczyciele milczeli. Tylko podczas przerw na szkolnym dziedzińcu wrzało od plotek,
uczniowie - ci, którzy mieli do siebie zaufanie - wymieniali się informacjami. Lekcje
skończyły się, ale nie skończyła się atmosfera rosnącego napięcia. Na ulicach było
na pozór spokojnie, ale idąc do domu przez średniowieczną starówkę, 17-latek wręcz
fizycznie odczuwał, że jest to spokój naprężony, jak przed eksplozją.
Minął rynek zwany Górnym - ten z późnogotyckim kościołem Marienkirche, w którym w
1525 r. Thomas Münzer wzywał miejscowe chłopstwo do buntu przeciw książętom, teraz
niemal wyludniony. Kiedy dotarł do drugiego rynku, zwanego Dolnym (z kościołem, w którym
w 1707 r. organistą był mistrz Bach), oczom chłopca ukazał się widok zupełnie inny:
plac wypełniał tłum ludzi, gęstniejący z każdą chwilą. Największy ścisk panował
przed budynkiem sądu, gdzie mieścił się areszt śledczy. W tę stronę ruszył także
licealista. Padły pierwsze okrzyki: "Uwolnić politycznych!".
Zbliżał się wieczór, gdy u wylotu jednej z ulic tłum zafalował, a potem zaczął się
cofać: na rynek wjechały najpierw wielkie, zielone ciężarówki Milicji Ludowej z
uzbrojonymi funkcjonariuszami, a za nimi, klekocąc gąsienicami po bruku, sowiecki czołg
T-34, przysłany dla wsparcia wschodnioniemieckich towarzyszy przez garnizon Armii
Czerwonej. Okrzyki wzmogły się, uniosły się w górę zaciśnięte pięści, poleciały
kamienie. Także 17-letni uczeń stał we wzburzonym, ale cofającym się tłumie, i również
jego dłoń sięgała po kamienie, by w geście wściekłości i bezsilności miotać nimi
w czołg z czerwoną gwiazdą.
Czy dostrzeżono go, sfotografowano? W każdym razie dwa dni później wychowawca klasy
wezwał do siebie 17-latka, by oznajmić mu, że ma natychmiast opuścić szkołę, by
"sprawdzić się w produkcji". Czyli podjąć przymusową pracę w fabryce.
Pojedynczy, niewiele znaczący ludzki epizod, jaki zdarzył się 50 lat temu, w dniu, o którym
dziś mówi się, że był historyczny. Inni, którzy także w nim uczestniczyli, doświadczyli
gorszego losu: w całej NRD setki, jeśli nie tysiące osób stanęły przed sądem.
Wieloletnie wyroki więzienia były regułą. Tysiącom złamano życie. Dziesiątki tysięcy
ruszyły na Zachód, uciekając do wolnego państwa niemieckiego. Sądy specjalne i
egzekucje, także one nie były rzadkością. Śmierć zbierała obfite żniwo również
podczas ulicznych walk: w Berlinie, Magdeburgu czy Halle. Do dziś nie ma pewnych danych
co do liczby zabitych i rannych. Po stronie demonstrantów zginęło co najmniej 267 osób,
po drugiej stronie 116 funkcjonariuszy milicji i partii.
Co się wydarzyło tamtego dnia?
Dzień pierwszy: prolog
Berlin, 16 czerwca, letni, ciepły dzień, z przelotnymi zachmurzeniami. W godzinach
rannych na budowach przy Alei Stalina - reprezentacyjnej ulicy Berlina Wschodniego -
robotnicy dyskutują nad gazetami. Panuje wzburzenie, które szybko przeradza się w czyn:
kilkusetosobowy pochód rusza do centrum, wchodzi na bulwar Unter den Linden, posuwa się
ku Bramie Brandenburskiej.
Robotnicy maszerują luźnymi szeregami, przez całą szerokość ulicy. Na twarzach nie
widać strachu, raczej spokojne zdecydowanie. Na pospiesznie namalowanym transparencie
widnieje lapidarne żądanie: "Obniżyć normy!". Także skandowane rytmicznie
hasła dotyczą tylko tego tematu: robotnicy domagają się cofnięcia decyzji władz o
podwyższeniu norm dla robotników. To ważne, bo niewyrobienie normy oznacza mniejszy
przydział kartkowy, a kartki są prawie na wszystko - jedzenie, ubranie.
Ale protest, który zaczął się od spraw ekonomicznych, bytowych, w ciągu kilku godzin
staje się protestem politycznym: im bliżej budynków rządowych, tym częściej pojawiają
się inne hasła. Jak to, po niemiecku rymowane: "Kollegen, reiht Euch ein, wir
wollen freie Menschen sein" ("Koledzy, chodźcie z nami, chcemy być wolnymi ludźmi").
Funkcjonariusze partii komunistycznej SED, którzy widzą pochód, są bezradni i przerażeni.
Robotnicy przeciw robotniczemu rządowi? Przecież to nie pasuje do obrazu świata, który
wbijano im do głów na przyspieszonych kursach ideologicznych; świata, w którym wróg
jest jasno zdefiniowany: to Zachód, pod wodzą "kapitalistycznych monopoli" i
"imperialistycznych podżegaczy wojennych". Ale robotnicy?
Tymczasem pochód rośnie, liczy już jakieś cztery tysiące ludzi, dochodzi przed Bramę
Brandenburską, skręca pod siedzibę rządu NRD - i napotyka szpaler milicjantów z
Volkspolizei. Rząd "pierwszego państwa robotników i chłopów na ziemi
niemieckiej" spanikował na widok "ludu". Robotnicy chcą rozmawiać z
szefem partii Walterem Ulbrichtem albo z premierem Otto Grotewohlem. Pojawiają się żądania
polityczne: dymisja rządu i wolne wybory.
Czy gdyby ktoś wyszedł do demonstrujących, porozmawiał, czy wówczas wszystko potoczyłoby
się inaczej? Ale nikt nie wychodzi. Po godzinie robotnicy wracają na Aleję Stalina i
rozchodzą się do domów. Obiecują sobie, że jutro zbiorą się ponownie.
Dzień drugi: wybuch
Następnego dnia, w środę, o dziesiątej rano przed budynkiem rządu zbiera się już
osiem tysięcy ludzi. Tłum rośnie. Z dzielnicy Hennigsdorf na północnych obrzeżach dołącza
sześć tysięcy hutników: by skrócić sobie drogę, przemaszerowali kolumną przez
francuski sektor Berlina Zachodniego, eskortowani przez zachodnioberlińską policję (w
Berlinie swobodne poruszanie się między sektorami jest jeszcze możliwe).
Atmosfera jest gorętsza niż poprzedniego dnia. Wściekły tłum skanduje "Wolne
wybory!" i "Przecz z rządem!". Budynek rządowy opustoszał: Ulbricht i
szef Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego od rana przesiadują w dzielnicy
Karlshorst, w strzeżonej (położonej na terenie garnizonu sowieckiego) rezydencji
Wysokiego Komisarza, najwyższego rangą przedstawiciela ZSRR w NRD. Trwają narady.
Komisarz Władimir Siemjonow jest w stałym kontakcie telefonicznym z Moskwą.
Tymczasem strajki i demonstracje trwają już w całej NRD. Strajkuje ponad 450 tys.
robotników i urzędników w prawie sześciuset przedsiębiorstwach. Stało się tak za
sprawą zachodniego radia, zwłaszcza RIAS, dzięki któremu wiadomość o demonstracji z
16 czerwca rozeszła się lotem błyskawicy. W godzinach południowych tego 17 czerwca na
ulice Berlina Wschodniego i 550 miast i miasteczek w całej NRD wychodzi już łącznie
około miliona ludzi. Protesty ogarniają ponad 150 z 217 powiatów miejskich i wiejskich.
I wszędzie ludzie domagają się tego samego: ustąpienia rządu, wolnych wyborów,
zwolnienia więźniów politycznych. Władza wschodnioniemieckich komunistów zaczyna się
chwiać.
Dzień drugi: walka
Około dwunastej w południe zapadają decyzje, precedensowe w historii "bloku
wschodniego": w rezydencji w Karlshorst, po kolejnej rozmowie z Moskwą, komisarz
Siemjonow informuje NRD-owskich towarzyszy, że władze na Kremlu poleciły ogłosić stan
wyjątkowy na terytorium NRD. Sowiecki hegemon postanowił zdławić siłą pierwszy
masowy bunt na kontrolowanym przez siebie obszarze Europy.
Ponieważ władze sowieckie nie wierzą, aby wschodnioniemiecka milicja (w NRD, podobnie
jak w Niemczech Zachodnich, nie ma jeszcze armii; w obu państwach powstaną one dopiero w
następnych latach) poradziła sobie z zaprowadzeniem "spokoju i porządku", dowództwo
sowieckie w Karlshorst rozsyła rozkazy do jednostek. Wozy T-34 oraz T-34/85 (nowsza
wersja czołgu, który zdobywał Berlin), eskortowane przez piechotę opuszczają koszary
i wyjeżdżają na ulice - w Berlinie i w innych miastach.
Kiedy pierwsze czołgi pojawiają się na berlińskim Placu Poczdamskim i próbują zepchnąć
demonstrantów, tłum eksploduje. Zdesperowani demonstranci rzucają w czołgi kamieniami,
tłuką w pancerze żelaznymi sztabami. Wtedy padają strzały - najpierw nad głowami, a
potem w tłum. Ludzie rozbiegają się w panice, szukają schronienia, uciekają przez
granicę sektorów do Berlina Zachodniego. Na bruku Placu Poczdamskiego zostaje 12
zabitych i 400 ciężko rannych.
Ale pomimo czołgów na ulicach i ogłoszenia stanu wyjątkowego, na ulicach Berlina
krwawe starcia trwają jeszcze wiele godzin. Dopiero o dwudziestej pierwszej, po godzinie
policyjnej, ulice pustoszeją. Siemjonow może sięgnąć po słuchawkę i zameldować
towarzyszom na Kremlu, że w NRD wszystko jest pod kontrolą.
Powstanie bez twarzy
Co właściwie stało się 17 czerwca? Czy było to powstanie robotników, czy powstanie
narodowe, rewolucja? Jak przy innych podobnych wydarzeniach, trzeba rozróżnić między
przyczynami głębszymi i przyczyną bezpośrednią, katalizatorem. Tym ostatnim była
decyzja o podniesieniu norm dla robotników. Ale przyczyny, dla których protest
ekonomiczny przerodził się w ogólnokrajowy bunt polityczny były głębsze: punktem wyjścia
była konferencja SED w czerwcu 1952, na której Ulbricht obwieścił "przyspieszoną
budowę socjalizmu" w NRD.
Przekładając rzecz na język ludzki, oznaczało to sowietyzację społeczeństwa:
rygorystyczne upaństwowienie rolnictwa, zwalczanie klasy średniej (pozostałych jeszcze
przedsiębiorców, a także rzemieślników i szerzej mieszczaństwa), zdławienie
wszelkiej opozycji, w tym zwłaszcza popularnego wówczas młodzieżowego ruchu tzw. Młodych
Wspólnot (Junge Gemeinde) przy Kościele ewangelickim. Do tego doszło dramatyczne
pogorszenie warunków życia: w sklepach brakowało wszystkiego, nawet ziemniaków i dżemu
- i nastroje społeczne były coraz gorsze.
Spór o polityczną ocenę wydarzeń rozpoczął się jeszcze wieczorem 17 czerwca. Dla władz
NRD, które tego dnia spojrzały na krótko w przepaść, wszystko było jasne: od początku
propaganda przedstawiała 17 czerwca jako "faszystowską prowokację", sterowany
z Zachodu "dzień X", który miał być wstępem do likwidacji NRD. Taka wersja
miała obowiązywać aż do 1989 r. Choć nie odeszła w niebyt wraz z końcem NRD:
polityczna spadkobierczyni SED, postkomunistyczna Partia Demokratycznego Socjalizmu (PDS),
do dziś nie może pogodzić się z tym, że 50 lat temu miał miejsce autentyczny
protest. Wśród mnóstwa książek o 17 czerwca, ukazujących się właśnie, specyficzną
uwagę zwraca jedna: jej autor, minister kultury w ekipie Ulbrichta, Hans Bentzien, trwa
przy starych kłamstwach i opisuje protestujących jako "kontrrewolucjonistów",
sterowanych przez zachodnie wywiady. Świadomość eksministra nie dopuszcza tego, co
historycy wykazali już dawno: że przez cały czas trwania powstania Zachód, w tym
pozostające pod kontrolą Amerykanów radio RIAS, starały się zachować maksymalną powściągliwość
polityczną (i publicystyczną).
Inaczej, rzecz jasna, wyglądały oceny 17 czerwca w Republice Federalnej: tu politycy i
badacze historii najnowszej (w Niemczech, gdzie historia tak splata się z polityką,
zwani "historykami politycznymi") podkreślali "narodowy aspekt"
powstania, wsłuchując się w te hasła, które postulowały ogólnoniemieckie wybory i
zjednoczenie Niemiec. Dlatego też 17 czerwca rychło ogłoszono w Niemczech Zachodnich
"Dniem Jedności" i świętem państwowym (po 1990 r. zastąpiono je świętem
zjednoczenia, obchodzonym 3 października).
Po upadku NRD niektórzy historycy postawili tezę, że 17 czerwca był próbą rewolucji
z prawdziwego zdarzenia, której celem była całkowita zmiana realiów politycznych. Czy
tak było? Okazuje się, że mimo upływu czasu i dostępu do źródeł historycznych niełatwo
jest określić charakter wydarzeń. Trwały zbyt krótko, by mógł wykreować się jakiś
program, nie mówiąc już o rewolucyjnych strukturach. Cechą 17 czerwca było też to,
że miał on pozostać "powstaniem bez twarzy". Pomijając kilku lokalnych przywódców,
niemiecki Czerwiec 1953 r. nie miał takich osobowości jak Imre Nagy podczas powstania węgierskiego
1956, Aleksander Dubczek w czasie "Praskiej Wiosny" czy Lech Wałęsa.
Deficyt narodowej satysfakcji
Powstanie w NRD było nie tylko tragiczne, ale i paradoksalne w skutkach. Demonstranci nie
zrealizowali żadnego z postulatów. Co więcej, stalinowiec Ulbricht, którego dni na
początku 1953 r. wydawały się policzone - z uwagi na szereg błędów natury
gospodarczej i społecznej, jakie zdążył popełnić - wyszedł z tej konfrontacji
wzmocniony. Partyjni krytycy Ulbrichta ucichli lub zostali uciszeni. Podział Niemiec pogłębił
się. Nauczone doświadczeniem władze zaczęły rozbudowywać do monstrualnych rozmiarów
aparat terroru. I choć kilkanaście lat później Ulbricht odszedł, obalony po wewnątrzpartyjnej
walce przez Ericha Honeckera, stalinizm w NRD skończył się faktycznie w 1989 r.
"Geschlagen ziehen wir nach Hause, die Enkel fechten's besser aus". Pobici, ze
spuszczonymi głowami, wracamy do domu, może naszym wnukom się powiedzie... - to zdanie,
występujące w przekazach historycznych po stłumionych XVI-wiecznych buntach chłopskich
w Niemczech, pojawiało się, malowane w pośpiechu na murach NRD-owskich miasteczek po 17
czerwca. W NRD musiało minąć 36 lat, zanim wnuki stłamszonego "pokolenia
'53" wyszły na ulice, a rewolucja, tym razem pokojowa, obaliła władzę
komunistyczną.
Dziś, podczas dyskusji wokół znaczenia 17 czerwca, odzywają się także dawni
opozycjoniści, twórcy NRD-owskiej "Jesieni Ludów", tacy jak Marianne
Birthler, przed 1989 r. opozycjonistka, dzisiaj stojąca na czele urzędu, zawiadującego
aktami służby bezpieczeństwa NRD ("Stasi") i prowadzącego prace
badawczo-edukacyjne. Teraz Birthler wezwała rodaków, by pozwolili sobie na poczucie
narodowej satysfakcji z tego, co stało się 17 czerwca 1953 r., gdyż było to wołanie o
wolność. Niemcy, powiedziała Birthler w jednym z wywiadów, do dziś "mają kłopoty
z wolnością", skoro większość z nich gotowa jest (co pokazują badania opinii) w
imię większego bezpieczeństwa i sprawiedliwości socjalnej zrezygnować z jakiejś części
wolności obywatelskich; tymczasem 17 czerwca był "narodowym powstaniem, godnym
umieszczenia w jednym szeregu z Rewolucją Francuską".
Porównanie może niezbyt szczęśliwe... Ale w jednym pani Birthler na pewno ma rację:
nieco więcej satysfakcji, nieco więcej przypomnienia także pozytywnych kart z własnej
historii najnowszej, wyszłoby Niemcom na dobre, w ich ciągłym poszukiwaniu tożsamości.
Postsriptum
A co stało się z 17-letnim licealistą? Wydarzenia sprzed 50 lat zmieniły całe jego życie:
były przyspieszoną polityczną edukacją, za sprawą której kilka lat później opuścił
NRD, by ruszyć na Zachód, najpierw do obozu uchodźców w Berlinie Zachodnim, a potem
dalej, aż za ocean... Tym chłopcem był autor tego artykułu.
Przełożył Wojciech Pięciak
Joachim Trenkner (ur. 1935) - po ucieczce z NRD wyjechał do USA, gdzie pracował jako
reporter w tygodniku "Newsweek". Po powrocie do Niemiec Zachodnich był przez
kilkanaście lat korespondentem zachodnioberlińskiej telewizji publicznej SFB w krajach
Europy Środkowej i Wschodniej. W latach 90. redaktor naczelny SFB. Obecnie stały współpracownik
"TP" w Berlinie.
|