|
Nasza szansa
Krzysztof Kozłowski
28 godzin. Tyle w najbliższą sobotę i niedzielę potrwa unijne referendum. W ciągu
tych godzin rozstrzygnie się, czy my, Polacy, wiemy, czego chcemy. Dotąd winą za nasze
niedole obarczaliśmy siły zewnętrzne. Ich to dziełem były kolejne rozbiory i
okupacje, Jałta, "żelazna kurtyna". Ale nawet jeśli faktycznie przez ostatnie
300 lat starania naszych przodków i nas samych, choćby te największe - jak Konstytucja
3 Maja, wysiłek lat 1939-45, 10-milionowy ruch "Solidarności" - i tak skazane
były na niepowodzenie z przyczyn od nas niezależnych, to dziś, po raz pierwszy od
dawna, mamy szansę naszą własną, suwerenną decyzją określić miejsce Polski nie
tylko w Europie, także w świecie. Mamy szansę zburzyć bariery, które hamują nasz
rozwój.
Tak, chcę mieć mój osobisty udział w ostatecznym pogrzebaniu Jałty, w wejściu do
Unii Europejskiej wraz z narodem, z którym przed ponad czteroma wiekami zawieraliśmy Unię
Lubelską - przypomniał o tym Ojciec Święty. Nie, nie chcę składać tej decyzji na
barki tak krytykowanego parlamentu, by móc potem narzekać na tych, którzy postanowili
coś ponad naszymi głowami. Tak, chcę społeczeństwa odpowiedzialnego, na serio. Chcę,
byśmy mogli być dumni z siebie.
To stan ducha wyniesiony z czasów Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej sprawiał, że
wzdragaliśmy się przed takim wysiłkiem, przed wprowadzeniem radykalnych zmian w świecie,
w którym nauczyliśmy się funkcjonować. No i PRL-owski kompleks niższości, wyrażający
się lękiem przed konfrontacją z tym, co nowe i nieznane. Trwając we własnym świecie,
umieraliśmy ze strachu, że wyjęci zeń - okażemy się słabi.
Tak więc dwa dni referendum będą dla nas godziną prawdy. Dla nas samych - nie dla
konającego rządu Leszka Millera, nie dla prounijnych i antyunijnych agitatorów.
Frekwencja i wynik referendum pokażą, jak daleko zaszliśmy w naszej wędrówce z domu
niewoli.
A przeszliśmy szmat drogi. Prawda, bezrobocie jest wysokie i wielu z nas ma poczucie, że
nie należy do grona tych, którzy zyskali na zmianach ostatnich 14 lat. Ale też,
przypomnijmy, trudno winić o to polskie rządy po 1989 roku, bo nawet przy najlepszej
woli niemożliwe jest - co pokazuje przykład takich państw zachodnich, jak Hiszpania czy
Irlandia - nadrobienie w ciągu paru lat cywilizacyjnych zaniedbań. Tym bardziej w kraju,
który - o czym łatwo zapominamy - w latach 1945-89 cofał się, a nie rozwijał.
Jeśli więc z czegoś możemy być dziś dumni - mimo biedy, frustracji i lęków - to
choćby z tego, że, bądź co bądź, przez ostatnie 14 lat dorobiliśmy się państwa,
którego nie sposób pominąć w drodze z Waszyngtonu na rocznicową galę w Petersburgu.
Niektórych to irytuje, inni, także w Polsce, uśmiechają się z politowaniem - że słaby
i biedny kraj nagle znalazł się w centrum uwagi, że podejmuje wysiłek na granicy możliwości
gdzieś w dalekim Iraku. Ale fakty są takie, że w gronie dziesięciu krajów, które -
miejmy nadzieję - 1 maja 2004 r. znajdą się w Unii, jesteśmy państwem najważniejszym
i trafimy do unijnej "czołówki".
Nie możemy udawać, że jesteśmy izolującą się od świata "Szwajcarią Europy Środkowo-Wschodniej".
To w Krakowie - nie nad Newą, nie na szczycie "najbogatszych" w Evian -
prezydent USA wygłosił ważne, pojednawcze przemówienie, skierowane nie tylko do nas,
ale także do nieufnych wobec USA krajów Unii Europejskiej ("Ameryka potrzebuje
Waszej mądrości"). Unii, w której Stany Zjednoczone pragną widzieć także Polskę
- silną i zarazem przyjazną Ameryce. To w Krakowie George W. Bush zrobił wiele, aby
zakończyć swój spór z Janem Pawłem II o dopuszczalność wojny prewencyjnej. Wyszedł
naprzeciw tym, którzy obawiają się, by wojna w Iraku nie zamieniła się w starcie z
islamem i podkreślają, że z terroryzmem walczyć trzeba nie tylko siłą militarną,
ale też przez dawanie ludziom z krajów biednych i niedemokratycznych nadziei na lepsze
życie.
Polska, czy tego chcemy czy nie, staje się podmiotem polityki europejskiej i (w mniejszym
stopniu) światowej, a nasza "pomostowa" rola między Europą i Ameryką oraz
udział w stwarzaniu nadziei dla Irakijczyków przestają być przedmiotem żartów.
Jeśli już dziś umiemy wywalczyć sobie pozycję liczącego się partnera, to czy nie
potrafimy dokonać tego w ramach Unii Europejskiej, mając przecież w jej strukturach
znaczną siłę głosów?
|