adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 23 (2813)
8 czerwca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet

Listy


Pieścidełko

Po lekturze tekstu Jerzego Korczaka o Karolu Estreicherze i jego dziennikach ("TP" nr 18//2003) chciałam przypomnieć o roli, jaką Estreicher odegrał w historii sandomierskiego Muzeum Diecezjalnego.

Do urządzenia muzealnej ekspozycji w późnogotyckim Domu Długosza został zaproszony w końcu lat 30. właśnie Karol Estreicher. Jak czytamy w archiwaliach: "Zarówno dr Estreicherowi, uczonemu historykowi sztuki, jak ks. prałatowi Górskiemu [kustoszowi] szło o najwyższy poziom naukowy Muzeum (...). Naradzali się nad jego charakterem: muzeum czy wnętrze muzealne? Wybrali drogę pośrednią". 26 października 1937 r. odbyło się uroczyste otwarcie Muzeum. W księdze pamiątkowej Estreicher napisał: "Napracowałem się przy tym sporo, obmyślając wszystko szczegółowo. Dziś nareszcie dzieło zostało skończone. Finis opus coronat".

Kształt ekspozycji, która przetrwała do dziś w prawie niezmienionym układzie, jest pełnym zwycięstwem romantyzmu. Powszechnie dostrzegana odmienność Muzeum Diecezjalnego wyraża się w kompozycji urządzenia poszczególnych sal zgodnie z zasadą horror vacui. Osiągnięto efekt przepełnienia wnętrz dużą liczbą eksponatów ułożonych w sposób dekoracyjny, niekiedy z zastosowaniem stylizacji, która nawiązywać ma do ich pierwotnej roli. To wszystko sprawia, że Muzeum pełne jest złożoności form, elementów tajemniczości, a dzieła o dużej wartości artystycznej przemieszane są z mniej znamienitymi. Napisał przed laty Jan Błoński: "Przepadam za tym muzeum; mógłbym gapić się godzinami. Ile razy przyjeżdżam, wyganiać mnie muszą rodzina czy przyjaciele. Czy nie rozumieją, że została tu wystawiona - a raczej wystawiła się sama - prawdziwa Polska? (...) Efekt, którego w pocie czoła szukali twórcy "Polaków portretu własnego", wytworzył się tu niejako samoistnie, przez nawarstwienie się znalezisk, kolekcji, depozytów" ("Kilka myśli co nie nowe", Kraków 1985).

Otwarcie Muzeum nie oznaczało rozstania Karola Estreichera z Sandomierzem. Krakowski uczony podjął się opisania i skatalogowania zbiorów. Pracę zakończył w kwietniu 1939 r. W pięciu drewnianych pudełkach przechowujemy sporządzone wówczas przezeń spisy obejmujące 3306 pozycji. Podczas wojny Muzeum utraciło obraz Łukasza Cranacha Starszego "Matka Boska z Dzieciątkiem i św. Katarzyną Aleksandryjską"; dzięki Estreicherowi obraz powrócił do Sandomierza. A w liście, jaki ks. Górski wysłał w 1949 r. do Estreichera, czytamy: "Dziękuję za pierwszy list skreślony po przerwie niemal 10 lat, dużo w tym czasie zaszło zmian. Może nadarzy się jaka okoliczność do obszerniejszej gawędy. Należałoby odwiedzić Muzeum, wszak to umiłowane pieścidełko Pana Profesora".

Urszula Stępień
kustosz w sandomierskim
Muzeum Diecezjalnym





Czego mam się trzymać?

Nawiązując do tekstu pani Edyty Mętel "Młodzieży portret własny" ("TP" 16/2003) , przedstawiam portret młodzieży widzianej moimi oczyma - oczyma maturzystki z niewielkiego miasteczka na wschodzie Polski.

Nie jesteśmy pokoleniem wychowanym, czy chociaż pamiętającym lata PRL-u, które robiło zawrotne kariery w połowie lat 90. Nie jesteśmy też jednak zafascynowanymi multimediami dzieciakami, które serię "Poczytaj mi mamo" znają tylko z nudnych wspomnień starszego rodzeństwa. Nie mam pojęcia, jak to, co dzieje się wokół, miałoby tworzyć z nas pokolenie, jak to sugeruje pani Mętel.

Za miesiąc kończę 18 lat. Wkraczam w tzw. dorosłość. Rozglądam się wokoło i pukam w czoło. Gdzie oni są, ci dorośli, mądrzy, odpowiedzialni, z zasadami? Gotowa jestem uznać to za nierozsądne marzenie dzieciństwa. Nie wiem, co mogłoby sprawić, że dumnie będziemy nazywać to pokolenie ,,naszym", wspólnym. Teraz każdy chce być oryginalny, postrzegany jako największa indywidualność. Niektórzy pozostają ciągle w podstawówce, jeśli chodzi o lektury, zainteresowania, poziom języka. Inni dziwnie na mnie patrzą, gdy okaże się, że nie wiem, czym jest np. ekwilibrystyka myślowa.

Na studia pójdę nie z konieczności, ale z pasji. Do kościoła chodzę, we Mszy staram się uczestniczyć najlepiej jak potrafię. Do polityki nabrałam już wstrętu. Dużo czytam. Chciałabym być dobrym tłumaczem, ale chcę też mieć rodzinę. Biorę pod uwagę nawet status kury domowej. Jak ułoży się moje życie?

W ferworze przygotowań przedmaturalnych trafiłam na ustęp o postmodernizmie. Chociaż nie jestem fanatyczką New Age i dziwi mnie teoria Francisa Fukuyamy, sieczka kulturowa jest dla naszego pokolenia dość charakterystyczna. Wdychamy kadzidełka (najlepiej opium), ćwicząc jogę, zaraz potem wyrażamy zachwyt kulturą iberoamerykańską, a wieczorem grzecznie drepczemy na nabożeństwo majowe. Przesadzam? Z pewnością! Czasami jednak zastanawiam się, dlaczego nie urodziłam się w jakiejś zapadłej dziurze, gdzie tata budziłby mnie o 5.30 rano, żebym zdążyła przed wyjściem do szkoły przegonić krowy, a babcia co niedzielę prowadziłaby mnie do oddalonej o pięć kilometrów kaplicy. Chciałabym się móc czegoś kurczowo trzymać, znać nienaruszalne sacrum, a dopiero potem konfrontować to z rzeczywistością innych tradycji, kultur czy religii.

ANNA WYSOKIŃSKA
(Łuków, woj. lubelskie)
Dzieje Pięciu Braci






Dziękuję za ciekawy reportaż Stanisława Zasady "Wydzierają sobie świętych" ("TP" nr 18/2003). Nakreślę pominięte przez autora tekstu wątki, które wydają się ważne dla tego tematu.

Należałoby "wytłuścić" zdanie prof. Gerarda Labudy: ani Międzyrzecz, ani Kazimierz Biskupi, bowiem w tym miejscu tkwi sedno dyskusji, mylącej kategorie kultu i miejsca męczeńskiej śmierci eremitów. Szkoda, że autor, powołując się na monografię Kazimierza Biskupiego, nie wspomina o tekście znakomitej badaczki tego tematu, zawartym w tejże monografii, K. Górskiej-Gołaskiej. Wskazuje ona na bp. Andrzeja Łaskarza, jako inicjatora kultu męczenników w Kazimierzu Biskupim, co pociąga za sobą wiele ciekawych wątków badawczych, jak: historia fundacji w Gosławicach i biskupstwa lubuskiego, a potem, przechodząc do następców Łaskarza, osoby bp. Lubrańskiego, dziejów fundacji bernardyńskiej oraz kaplicy Pięciu Braci w katedrze poznańskiej. Warto wczytać się też w znakomity tekst prof. B. Kurbis, dotyczący napisu w katedrze gnieźnieńskiej. Biblioteka Kórnicka opublikowała w 1993 r. nieznany przekaz o historii Pięciu Braci w opracowaniu K. Nizio. Martwi pominięcie w artykule najważniejszej osoby dla odrodzenia kultu Pięciu Braci w Kazimierzu Biskupim - ks. T. Duszy, misjonarza Świętej Rodziny, dzięki któremu dyskusja zyskała naukowy wymiar. Szkoda też, że nikt z rozmówców nie wspomniał o konferencjach naukowych dotyczących tej kwestii, które odbyły się w kazimierskim seminarium. Zabierali na nich głos znakomici znawcy polskiego średniowiecza, których opinie warto byłoby zaprezentować.

Bez tych wątków reportaż, niechcący, ogałaca dyskusję dotyczącą początków polskiego chrześcijaństwa i wprowadza ją w nieco folklorystyczny wymiar. Mimo podziałów, jakie wywołują prace badawcze, kult Pięciu Braci w Kazimierzu Biskupim oraz działalność misjonarzy Świętej Rodziny doprowadziły do powstania poczucia tożsamości małej ojczyzny dla społeczności stworzonej przez zmiany gospodarcze na tych terenach. Jakże nudna byłaby historia początków polskiego chrześcijaństwa, gdyby u jej początków stanęła święta osoba władcy, co być może stało się permanentnym signum temporis poloniae.

REMIGIUSZ T. CIESIELSKI
(Konin)





Nie o spór chodzi

Stanisław Zasada stara się przekonać czytelników, że: ,,Kazimierz Biskupi i Międzyrzecz walczą o pierwszych polskich męczenników", a nawet ,,wydzierają sobie świętych". Ani jedno, ani drugie, a sprawa warta jest bardziej wnikliwego podejścia. Historia wskazuje na Międzyrzecz, jako miejsce pracy misyjnej i śmierci Pięciu Męczenników, natomiast tradycja - i to późniejsza, przejawiająca się w kulcie - na Kazimierz Biskupi.

O pierwszych polskich męczennikach Jan Paweł II mówił w Gorzowie Wielkopolskim 2 czerwca 1997 r.: "Ich śmierć męczeńska, obok św. Wojciecha, stoi niejako na progu milenium chrześcijaństwa na naszych ziemiach. (...) Wspólnota wasza ma za swych patronów męczenników, którzy - obok św. Wojciecha - są najstarszymi świadkami Chrystusa na ziemi polskiej. Tradycja Kościoła zachowała pamięć tych eremitów: Benedykta, Jana, Mateusza, Izaaka i Krystyna, którzy żyli tutaj w waszych stronach za czasów Bolesława Chrobrego". Słuchałem wtedy Papieża i jego słowa były dla mnie potwierdzeniem i uświęceniem historycznej prawdy odkrywanej przez badaczy dziejów Kościoła w Polsce.

Jeden ze śródtytułów tekstu ,,Czy Papież się myli" to, najdelikatniej rzecz oceniając, anachronizm. Kiedy w 1964 r. przyjechałem do Międzyrzecza, istotną dla mnie informacją było krótkie zdanie wyczytane w encyklopedii: "wczesnośredniowieczny gród piastowski, na początku XI w. klasztor eremitów założony przez Bolesława Chrobrego", a osobiste przeżycie obchodów tysiąclecia chrześcijaństwa i przejęcie relikwii Pięciu Braci z Kazimierza Biskupiego, było pogłębieniem tej historycznej konstatacji. Ks. bp Antoni Pawłowski z Włocławka, który relikwie przekazywał, napisał wtedy w urzędowym dekrecie: ,,Do niedawna było ogólne przekonanie, że zarówno życiem, jak i śmiercią, Męczennicy Ci związani byli z Kazimierzem Biskupim. Dzisiaj badacze naszych dziejów utrzymują raczej, że miało to miejsce w Międzyrzeczu". Niedługo potem, w 1970 r., odwiedzając klasztor ojców kamedułów na Bielanach w Krakowie, usłyszałem słowa brata furtiana: ,,Międzyrzecz! Pięciu naszych braci. Za wami historia, ale za Kazimierzem tradycja!" - które uświadomiły mi, jaką siłę ma wielowiekowa tradycja.

W badaniu historii i tradycji mieliśmy przez lata wielu znakomitych przewodników. Począwszy od sierpnia 1945 r., gdy na Ziemiach Zachodnich zaczęli się osiedlać Polacy, a ówczesny administrator apostolski tych ziem, pochodzący z Poznania, ks. Edmund Nowicki ustanowił Pięciu Braci Polskich patronami tworzącej się diecezji gorzowskiej. Po wypowiedź Jana Pawła II z marca 2002 r., kiedy w liście przesłanym z okazji obchodów w Rawennie tysięcznej rocznicy wysłania mnichów do Polski napisał: "W 1001 r. Benedykt i Jan na zaproszenie księcia Bolesława wyruszyli z pustelni Pereum w Rawennie do dalekiej ziemi polskiej, która dopiero co przyjęła wiarę chrześcijańską, by tutaj siać słowo Boże. Przepełnieni wielką żarliwością, przybyli do miejsca zwanego Międzyrzecz". (,,Ecclesiastica", Gorzów 2002).

Na koniec kilka sprostowań. Gotycki kościół na fotografii jest kościołem pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela, a nie Pięciu Braci, jak informuje podpis pod zdjęciem (od 1966 r. jest w nim boczny ołtarz poświęcony eremitom). Męczenników kanonizował Papież Jan XVIII, a nie XVII, jak możemy przeczytać w tekście. Poza Brandenburczykami, którzy byli już wtedy chrześcijanami, w okolice Międzyrzecza zapuszczali się pogańscy Wieleci, Lutycy i Pomorzanie. Międzyrzecz był grodem obronnym.

Autor tekstu nie uszanował naszej lokalnej społeczności, która od wielu lat, odradzając kult Pięciu Braci, zacieśnia więzy między mieszkańcami - punkt odniesienia budowany na źródłach i badaniach historycznych. Ważny nie tylko dla pokoleń z trudnego okresu powojennego. Także dla tych, których szlak prowadził wcześniej przez Monte Cassino, obok wspomnianej przez Papieża pustelni Pereum.

ZYGMUNT SZCZUCKI
(Międzyrzecz, woj. wielkopolskie)





Pomóż Agacie

12-letnia Agata Nowak choruje na marskość wątroby (na tle jej autoimmunologicznego zapalenia). Jako że jej życie może uratować tylko przeszczep tego organu, dziewczynka powinna wyjechać na leczenie do jednej z zagranicznych klinik. Nawiązaliśmy już kontakt z renomowanymi klinikami, stałymi członkami Eurotransplantu, w Belgii i Francji, w których koszt operacji, wraz z 3-miesięcznym klinicznym prowadzeniem pooperacyjnym, waha się między 60-100 tys. USD.

Zwracamy się do wszystkich ludzi dobrej woli, prosząc o wsparcie finansowe leczenia Agaty. Podajemy numer konta:

bank PeKaO SA I o/Kraków
12401431-7007439-2700-401112-222-0000
z dopiskiem "dla Agaty Nowak".

Wszystkim darczyńcom z góry dziękujemy.
Zarząd Stowarzyszenia Pomocy Dzieciom Chorym na Schorzenia Dróg Żółciowych i Wątroby ,,LIVER" w Krakowie

 


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny