Miasto Brodskiego
Lektor
• Josif Brodski: DYPTYK PETERSBURSKI, CZYLI PRZEWODNIK PO PRZEMIANOWANYM MIEŚCIE - to był
świetny pomysł: na trzystulecie Petersburga, gdy rosyjskie władze zmieniły jubileusz w
wydarzenie przede wszystkim polityczne, a nad Newę zjeżdżają możni tego świata, sięgnąć
głębiej i przypomnieć dwa wspaniałe eseje Josifa Brodskiego (1940-1996). Brodski, uczeń
Anny Achmatowej, to przecież pisarz zajmujący współcześnie najważniejsze bodaj
miejsce w długim szeregu petersburskich twórców.
*
Pierwszy z esejów, "Przewodnik po przemianowanym mieście", mistrzowsko zwięzły
portret duchowy Petersburga-Leningradu, to najpierw medytacja nad jego historią. Patronują
jej dwa pomniki: założyciela, cara Piotra, i Lenina, którego przybycie na Dworzec
Finlandzki otwarło nową epokę i stało się przyczyną (czasowej, jak dziś wiemy)
zmiany nazwy miasta.
Historię Petersburga naznacza rys okrucieństwa, który tak mocno wydobył Mickiewicz w
"Dziadach". "To miasto - pisze Brodski - rzeczywiście wznosi się na kościach
swoich budowniczych w tej samej mierze, co na wbitych przez nich słupach. W pewnym
stopniu odnosi się to również do każdego innego miejsca w Starym Świecie, ale
zazwyczaj historia jakoś potrafi dać sobie radę z niemiłymi wspomnieniami. Petersburg
jest za młody, aby można było złagodzić jego mitologię...".
Carski sen o Europie, "wizja Rosji z obliczem zwróconym ku światu",
zmaterializowały się w dziele zupełnie niepodobnym do europejskich pierwowzorów.
"Kiedy patrzy się na panoramę Newy z bastionu Trubeckiego twierdzy Pietropawłowskiej
lub na kaskadę w Peterhofie nad Zatoką Fińską, ma się takie dziwne wrażenie, że to
wszystko nie Rosja, która usiłuje doczołgać się do cywilizacji europejskiej, lecz
powiększona jej projekcja, rzucona latarnią czarnoksięską na ogromny ekran przestrzeni
i wody". Wola cara starła się z północną przyrodą, przede wszystkim zaś - z
morzem, które zdaniem Brodskiego jest czymś w gruncie rzeczy obcym rosyjskiej tradycji.
"Piotr I osiągnął jednak swoje - zauważa poeta - miasto stało się portem i to
nie tylko w znaczeniu fizycznym. Również w metafizycznym. Nie ma innej miejscowości w
Rosji, gdzie wyobraźnia z taką łatwością odrywałaby się od rzeczywistości:
literatura rosyjska narodziła się wraz z pojawieniem się Petersburga". Dlatego
niekończące się kolumnady metropolii Piotra odbijają się nie tylko w wodach Newy i
jej niezliczonych kanałów, ale także w dziełach rosyjskich pisarzy. "Ukazywanie
fizycznego i duchowego wnętrza miasta, jego wpływu na ludzi i na ich świat wewnętrzny,
niemal od założenia Petersburga stało się głównym tematem literatury rosyjskiej. Jeżeli,
jak powiadają, wszyscy pisarze rosyjscy "wyszli z gogolowskiego Płaszcza", to
warto by przypomnieć, że ów płaszcz zdarto z nieszczęsnych urzędniczych ramion w
początku dziewiętnastego wieku nie gdzie indziej, jak właśnie w Petersburgu".
Dlaczego tak się stało? - zastanawia się Brodski. Dla Rosjan "powstanie
Sankt-Petersburga było tym, czym odkrycie Nowego Świata: ludzie myślący owej epoki
mogli spojrzeć na siebie i na swój naród jak gdyby z boku". Uwagę piewców
Petersburga skupiał przede wszystkim obraz wnętrzności realnego miasta oraz zaludniający
je uniwersalny "mały człowieczek". Bohater taki silnie kontrastował z
nieludzkim pięknem otoczenia, "nic więc dziwnego - konstatuje autor - że ci
wszyscy dymisjonowani oficerowie, ubogie wdowy, ograbieni urzędnicy państwowi, głodni
dziennikarze, poniżeni kanceliści, suchotniczy studenci i tak dalej, oglądani na tle
nienagannie klasycznych, nierzeczywistych portyków, natrętnie prześladowali wyobraźnię
pisarzy i zapełniali pierwsze rozdziały rosyjskiej prozy".
Stało się jednak coś więcej: oto "miasto zaczęło stawać się zależne od
swojego trójwymiarowego odbicia w literaturze". Czasem próbowało poprawić to
odbicie, w końcu zaś miasto i jego odbicie zespoliły się: w XIX wieku "literatura
rosyjska w takiej mierze zrównała się z rzeczywistością, że kiedy dziś myśli się
o Sankt-Petersburgu, nie sposób odróżnić zmyślenia od tego, co było naprawdę".
Kiedy zaś na przełomie stuleci "porywającą niegdyś ideę miasta coraz bardziej
zasnuwała pajęczyna ekonomii, polityki i cywilizacyjnej demagogii", a "miasto
Jeźdźca Spiżowego mknęło ogromnymi skokami w przyszłość zwykłej metropolii, następując
na pięty swojemu małemu człowieczkowi i wciąż popychając go do przodu", proces
ten przerwał pewien niewysoki mężczyzna, który wysiadł z pociągu na Dworcu
Finlandzkim i wdrapał się na samochód pancerny.
Lenin, bo o nim mowa, przybył do Petersburga, bo uważał, że tu właśnie kryje się władza.
W nadmorskiej metropolii czuł się jednak nieswojo i wkrótce przeniósł stolicę z
powrotem do Moskwy. Kraj "staczał się ku przyrodzonemu sobie klaustro- i
ksenofobicznemu stanowi", Petersburg-Piotrogród zaś, z miasta cara-założyciela
przemianowany na miasto wodza rewolucji, trwał spokojny i bezsilny, zastygły w dziewiętnastowiecznym
kształcie. Przeżył stalinowskie czystki i piekło wojennej blokady, wyszedł z niej -
pisze Brodski - "nieoczekiwanie postarzały, jak gdyby Historia wreszcie uznała jego
istnienie i zwykłym swoim ponurym sposobem, czyli gromadząc trupy, postanowiła powetować
sobie to, co tu pominięto".
*
A drugi esej tomu, "Półtora pokoju"? To właśnie świadectwo codzienności w
owym postarzałym, powojennym mieście, przede wszystkim jednak - wielka elegia. Napisany
wkrótce po śmierci rodziców Brodskiego, Marii Wolpert i Aleksandra Brodskiego, jest ich
portretem i hołdem im złożonym, pełnym powściąganego wzruszenia. Gęstą,
niestreszczalną narracją, łańcuchem obrazów o wielkiej sile, opowieścią o trojgu
rozbitków na wyspie ogromnego pokoju w komunalnym mieszkaniu, w państwie, które starało
się wedrzeć jak najgłębiej w życie swoich obywateli.
"Piszę to po angielsku - tłumaczy Brodski wybór języka - ponieważ chcę im [tj.
rodzicom] ofiarować pewien margines wolności (...) Pisanie o nich po rosyjsku byłoby
tylko przedłużeniem ich niewoli, redukowaniem ich do znikomości i mechanicznym
unicestwieniem. Wiem, że nie należy stawiać znaku równości między państwem a językiem,
ale to właśnie po rosyjsku dwojgu starym ludziom, wlokącym się po niezliczonych państwowych
urzędach i ministerstwach w nadziei otrzymania pozwolenia na wyjazd za granicę w celu
odwiedzenia jedynego syna, powtarzano bez przerwy, przez całe dwanaście lat, że państwo
uważa taką wizytę za "bezcelową". (...) Żaden kraj nie doprowadził sztuki
niszczenia dusz swoich obywateli do takiej perfekcji, jak Rosja i żaden człowiek pióra
nie zdoła tego naprawić. Nie, temu zadaniu sprostać może tylko Wszechmogący, po to właśnie
ma tak dużo czasu. Niech więc angielski przygarnie moich zmarłych". (Zeszyty
Literackie, Warszawa 2003, s. 80. "Przewodnik..." przełożył z rosyjskiego
Paweł Hertz, tłumaczką napisanego po angielsku eseju "Półtora pokoju" jest
Anna Husarska. Oba pochodzą z tomu "Less than One", New York 1986, i oba znalazły
się wcześniej w wyborze esejów Brodskiego "Śpiew wahadła", opublikowanym
dwukrotnie - w 1989 i 1996 roku - przez "Zeszyty Literackie". Brodski należał
do zespołu kwartalnika od chwili jego narodzin w 1982 roku w Paryżu, po śmierci poety
"Zeszyty" poświęciły mu numer monograficzny. Książkę ilustrują piękne
fotografie: Petersburga, młodego Brodskiego i jego rodziców.)
|