|
„TP”, Nr 23 (2813), 8 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2813/kultura05.php
O "Le Grand Macabre" Ligetiego w 80. rocznicę urodzin kompozytora
Koniec świata
Tomasz Cyz
Czy Nekrotzar, bohater opery György Ligetiego, rzeczywiście jest Śmiercią, czy tylko
chełpliwym szarlatanem, oszustem kpiącym z przerażonych mieszkańców Breughellandii?
1. György Ligeti urodził się 28 maja 1923 roku w żydowskiej rodzinie, w węgierskim
Dicscöszentmárton (dziś Tîrnăveni, Rumunia). Studiował na Akademii Muzycznej w
Budapeszcie (u Járdányiego, Farkasa i Bárdosa); tam także w latach 1950-56 wykładał
harmonię, kontrapunkt i formy muzyczne. W 1956 roku, po klęsce powstania przeciwko
sowieckiemu systemowi, wyemigrował do Austrii, zamieszkał w Wiedniu, a w 1967 roku przyjął
obywatelstwo austriackie. W latach 60. wykładał na Wakacyjnych Kursach Nowej Muzyki w
Darmstadt, gościnnie uczył w Królewskiej Akademii Muzycznej w Sztokholmie (1961-71), w
1973 roku został profesorem w Hochschule für Musik w Hamburgu, gdzie mieszka do dziś.
Prawykonania pierwszych ukończonych na Zachodzie dzieł orkiestrowych -
"Apparitions" (Kolonia, 1960) oraz "Atmosphčres" (Donaueschingen,
1961) - przyniosły kompozytorowi międzynarodowe uznanie, podkreślone głównymi
nagrodami na konkursach kompozytorskich (Międzynarodowego Towarzystwa Muzyki Nowej w
Rzymie - 1964 i 1966 rok, UNESCO w Paryżu - 1969 rok). Do ważniejszych dzieł zaliczyć
można także czteroczęściowe "Requiem" na sopran, mezzosopran, dwa chóry
mieszane i orkiestrę, "Volumina" na organy, "Ramificationes" na 12-głosową
orkiestrę smyczkową, koncerty (wiolonczelowy, fortepianowy oraz skrzypcowy), napisane
dla The King's Singers "Nonsense Madrigals" na 6 głosów męskich a capella,
wreszcie "Avéntures & Nouvelles Avéntures" (1962-65) -
wokalno-instrumentalny teatr absurdu.
2. Opera "Le Grand Macabre" powstawała w latach 1973-76. Prapremiera odbyła się
12 kwietnia 1978 roku na scenie Opery Królewskiej w Sztokholmie; natychmiast też dzieło
wystawione zostało na ważniejszych europejskich scenach (w Bolonii - ze scenografią
Rolanda Topora, w Hamburgu, Paryżu, Londynie). Ligeti ciągle nie był jednak zadowolony
z muzycznego kształtu utworu: zrewidował pierwotny materiał i w lipcu 1997 roku opera,
w nieco zmienionej postaci, została zaprezentowana podczas Festiwalu w Salzburgu. Podstawą
libretta, autorstwa kompozytora i Michaela Maschke, była surrealistyczna komedia z 1934
roku "Ballade du Grand Macabre" Belga Michale de Ghelderode, grana na naszych
scenach pod tytułem "Wędrówki Mistrza Kościeja". Ghelderode, marynarz, żołnierz,
dziennikarz i antykwariusz, dość późno zajął się pisaniem scenicznych dramatów;
zafascynowany średniowieczem, szukał inspiracji między innymi w malarstwie Petera
Breughela (Starszego) czy Hieronima Boscha.
Dwuaktowa opera podzielona jest na cztery sceny; miejsce akcji to podupadłe, choć
beztrosko prosperujące księstwo Breughellandii (abstrakcyjna przestrzeń z obrazów
Breughla?). W pierwszej odsłonie poznajemy zapijaczonego osobnika o wdzięcznym imieniu
Piet the Pot (Piet Beczka), wiecznie zakochanych i "pięknych jak u
Botticellego" Amandę oraz Amanda (w pierwotnej dramatycznej wersji - Clitorię i
Spermanda), wreszcie protagonistę, mrocznego i złowrogiego demagoga, Nekrotzara - tytułowego
"Wielkiego Makabrę". Nekrotzar twierdzi, że jest samą Śmiercią (o czym świadczy
choćby pierwsza część jego imienia, choć w pewnym momencie pozostali bohaterowie,
bawiąc się po pijanemu, tworzą zabawną zbitkę - "Tsar Nekro"...); że
przybył do Breughellandii, aby zgładzić ludzi i zniszczyć świat. "Czy rzeczywiście
jest Śmiercią, czy tylko chełpliwym szarlatanem, oszustem kpiącym z przerażonych
mieszkańców? Nigdy się tego nie dowiemy. Tożsamość Nekrotzara pozostanie do końca
zagadką" - komentował Ligeti w programie "Warszawskiej Jesieni" z 1992
roku, kiedy to podczas festiwalu wykonano fragmenty opery w koncertowej wersji.
Druga scena toczy się w domu przebranego w damskie stroje nadwornego astrologa
Astradamorsa (Nostradamus?) i terroryzującej go sadystycznej żony; ubrana w skóry
Mescalina (Messalina?) jest nieustannie na alkoholowym rauszu, ciągle spragniona
fizycznej miłości, krótko trzymająca męża przy pomocy ciosów karate, pejcza oraz włochatego
olbrzymiego pająka. Astradamors zamiata więc podłogę, myje naczynia, ceruje skarpetki,
z trudem znajdując czas na patrzenie w gwiazdy. Kiedy wreszcie to robi - oczywiście na
rozkaz żony - odkrywa zbliżającą się kometę, która o północy przyniesie koniec świata.
Mescalina zapada tymczasem w pijacką drzemkę i śni o Wenus, która obdarzy ją
kochankiem potężniejszym niż mąż. Oczywiście, zjawia się Wenus i galopujący (na
plecach Pieta) Nekrotzar, który zaspokaja Mescalinę, wieńcząc dzieło wampirycznym
pocałunkiem.
Trzeci obraz rozgrywa się w pałacu władcy Breughellandii, zdziecinniałego Księcia
Go-Go, tyranizowanego przez dwóch ministrów - liderów zwalczających się (choć
pozbawionych jakichkolwiek ideologicznych różnic) partii Białych i Czarnych. Jest
jeszcze szef tajnej policji Gepopo, który dziwnym, ledwie zrozumiałym kodem przynosi
ostrzeżenie przed zbliżającymi się wydarzeniami. Do pałacu wkracza wreszcie (wraz z
Pietem i Astradamorsem) Nekrotzar: pewny zwycięstwa głosi swoje apokaliptyczne wizje,
ale wedle panującego w Breughellandii zwyczaju koniec świata trzeba uczcić wielką
pijatyką. Piją więc wszyscy, także Pan Wielki Makabra (ostatnia wieczerza?), upijając
się do nieprzytomności tak, że kiedy wybija północ, nie jest już w stanie spowodować
końca. Wzniosły i patetyczny gest nie robi na nikim wrażenia.
Ostatnią scenę rozpoczyna dialog Pieta i Astradamorsa: "jesteś martwy? / tak / czy
ja też? / tak / (...) najszczersze kondolencje / dziękuję, tobie również". Nikt
nie wie, co się stało i czy nastąpił koniec. Kiedy Mescalina odkrywa w Nekrotzarze
szatana i pierwszego męża, atakuje go z wściekłością; okazuje się też, że to ona
sterowała działaniem obu ministrów. Wielki Makabra znika, pozostali kontynuują pijaństwo
("Odczuwamy pragnienie, więc żyjemy"). Wreszcie z grobu wychodzą Amanda i
Amando, którzy ukryli się tam w poszukiwaniu intymności, a teraz w niewinnej
passacaglii wyśpiewują hymn miłości, która wszystko z "tu i teraz"
przemienia na "teraz i na wieki".
3. Operę rozpoczyna "Toccata" w stylu Monteverdiego na 12 klaksonów
samochodowych. "Nienaturalny, zduszony, niezdarny dźwięk klaksonów - swego rodzaju
instrumentów blaszanych, które jednak nie funkcjonują prawidłowo - sygnalizuje zepsuty
świat Breughelandii - pisze Ligeti. - Aby nadać muzyce charakter drzeworytu, zrezygnowałem
z normalnej, pełnej obsady kwintetu smyczkowego". Mamy więc osobliwe
instrumentarium, m.in. harmonijkę ustną, syrenę, dzwonki do drzwi, kukającą kukułkę,
różne piszczałki i gwizdki (dające efekt glissanda, sygnału czy tryla), dęte
blaszane grające w skrajnych rejestrach.
Kompozytor podkreśla, że ta muzyka nie jest atonalna, ale nie oznacza też powrotu do
tonalności; "jest zbliżona do pop-artu, pełna ukrytych cytatów zaczerpniętych z
tradycji, także pseudocytatów". Ligeti sam wskazał na inspiracje "Koronacją
Poppei" Monteverdiego, "Falstaffem" Verdiego oraz "Cyrulikiem
sewilskim" Rossiniego; słychać także nawiązania do "Carmina burana"
Orffa, a triumfalnemu wejściu Nekro-
tzara w trzeciej scenie towarzyszy rytmiczny szkielet kontrabasowego pochodu z finału
"Eroiki" Beethovena. Powstaje przedziwna i kunsztowna zarazem polifoniczna
symfonia ("mikropolifonia" według Ligetiego), zakończona sygnałem trąbek.
Muzyka "Le Grand Macabre" jest dowcipna, zmienna w rytmie, krzykliwa,
onomatopeiczna. Piet the Pot (tenor) w pierwszej scenie czka i beka, bawi się śpiewem
(na sylabie "la" ze słowa "Breughelland" odbywa się cała gama
fonetycznych zabaw łącznie z naśladowaniem wycia karetki pogotowia). Długie ornamenty
często rozwijają pojedyncze sylaby. Dużo jest także ilustracyjnych, krótkich
urywanych dźwięków, ciemnych i perkusyjnych - oddających grozę, strach, niebezpieczeństwo.
Nekrotzar (bas-baryton) zapowiadając w pierwszej scenie, co stanie się z ziemią, śpiewa
na jednym tonie, bardzo dostojnie: brzmi to jak ogłoszenie wyroku; w trzeciej scenie
niemal naśladuje liturgiczny śpiew - nie tyle rzymski, co wschodni, bizantyjski.
Zwariowany Gepopo (sopran) mówi szeptem, powtarza pojedyncze słowa, rozbija je na
sylaby; w końcu nie wiadomo, czy to pies, kura, obleśny pająk czy coś jeszcze innego.
Cały dialog Mescaliny (mezzosopran) i Astradamorsa (bas) zbudowany jest na walce dwóch
sfer: długich piskliwych dźwięków oraz krótkich uderzeń. Jakby "piękna"
muzyka (claritas) gryzła się z brzydotą i chaosem; jakby szerokie przestrzenie były
nieustannie przecinane, spokój rozbijany nieokreślonością, a słuchacz ciągle
zaskakiwany. Barokowe niemal duety Amandy (sopran) i Amanda (kobiecy mezzosopran!)
zapisane są w bliskich współbrzmieniach: ten śpiew jest wspólny, muzyczna powłoka -
świetlista, wibrująca i bardzo wysoka. W pierwszej scenie usłyszeć można nawet słodkie
przekomarzanie się kochanków, kąsanie frazami, dźwiękową zabawę w chowanego (na słowach
"...see how my / thy heart's full..."). Ministrowie natomiast (tenor, baryton)
prezentują pojedynek na krótkie zdania, na śmiech, a kiedy nakładają Księciu Go-Go
(delikatny kontratenor) koronę, krzyczą jak najlepsi siepacze - ostro i skandująco.
4. W "Le Grand Macabre" nikt - może prócz zakochanych Amandy i Amanda - nie
jest wolny, choć wszyscy bardzo tego pragną. Gdy na koniec pierwszego aktu Nekrotzar
zabija Mescalinę, Astradamors kończy scenę słowami: "At last I am master in my
own house / W końcu jestem panem w moim własnym domu"; to samo powie Książę
Go-Go, gdy jego dwaj ministrowie ze strachu opuszczą pałac. Intrygujący jest też
aluzyjny charakter niektórych scen i słów. Opera rozpoczyna się śpiewem Pieta
"Dies irae, dies illa...", apokaliptyczne anielskie trąby od pięknie ukształtowanych
dźwięków zmierzają ku kompletnemu muzycznemu rozkładowi, wreszcie na koniec trzeciego
aktu - gdy Nekrotzar rozbija świat na kawałki (pije wino, które uważa za ludzką
krew), a muzyka od gwizdów i świstów zmierza do uspokojenia - zabrzmią ewangeliczne słowa
wyśpiewane przez żeński chór: "Consummatum est / Wykonało się".
"Jeśli Nekrotzar był Śmiercią - notuje Ligeti - znaczyłoby to, że Śmierć umarła,
że rozpoczęło się życie wieczne i że niebo i ziemia są teraz sobie równe: Dzień Sądu
nadszedł i minął. Lecz jeśli był jedynie zarozumiałym szarlatanem, złowieszczym fałszywym
Mesjaszem, zaś jego misja - pustym gestem, to życie będzie się toczyć jak do tej
pory: pewnego dnia każdy umrze, ale nie dzisiaj, nie zaraz".
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|