adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 23 (2813)
8 czerwca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

"Stracone zachody Miłości" w reżyserii Agnieszki Glińskiej


Podróbka

Piotr Gruszczyński


Agnieszka Glińska uważana jest za zdolną reżyserkę. Pracuje dużo, wystawia często. Kochają ją aktorzy, kochają widzowie, kochają nawet wszechwiedzące komisje, które w ubiegłym sezonie nagrodziły jej "Bambini di Praga" Feliksem za najlepsze przedstawienie teatralne w Warszawie. I teraz muszę wyznać rzecz straszną: ja Glińskiej nie kocham.


Co więcej, ze spektaklu na spektakl coraz bardziej Glińskiej nie lubię i nadzwyczajnie denerwują mnie zachwyty nad jej nijakim teatrem. Jak zwykle w Polsce stroi się bulwar w szaty sztuki. Zęby bolą od patrzenia.

"Bambini di Praga" było najlepszym spektaklem zeszłego sezonu na podobnej zdaje się zasadzie, jak polska telewizja publiczna została najlepszą telewizją w Europie. Oglądalność wysoka, jakość żadna. Do tego Hrabala spowito w oparach studyjnych poszukiwań. Cały zespół, by lepiej zrozumieć istotę pisarstwa autora "Bambini di Praga", udał się nad Wełtawę chłonąć couleur local. Mam nadzieję, że chociaż wszyscy dobrze się bawili, bo przedstawienie wyszło drętwe i rujnujące dla niezwykle cienkiego humoru Hrabala. Reżyserka nie znalazła ekwiwalentu teatralnego dla jego kunsztownej prozy. Ale że nagrodę zdobyła i sympatię publiczności warszawskiego Teatru Współczesnego lubiącej tak zwaną kulturalną rozrywkę, czyli obojętne gnioty, nic dziwnego, że dyrekcja zaprosiła Glińską do kolejnej reżyserii. Tym razem na żer poszedł Szekspir, lżejszego niby kalibru, bo komediowy, "Stracone zachody Miłości".


Bez pytań

Szekspir jest nie tylko próbą teatralnego talentu reżysera. Jest też zwierciadłem epoki i sposobu jej myślenia. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że Glińska przystępując do wystawienia tej sztuki nie zadała sobie żadnego z podstawowych pytań, nie zadała też sobie trudu analizy tekstu, ufając pewnie dramatopisarzowi, jak wiadomo niekiepskiemu, że sprzeda się sam. Tymczasem Szekspir, by tak rzec, wystawił Glińską.

Zacznijmy więc od tego, czego reżyserka nie zrobiła. Nie zapytała, z jakiego powodu król i jego trzej dworzanie wyrzekają się towarzystwa kobiet. Niby w tekście wszystko jest powiedziane, ale Szekspir ma to do siebie, że stawianych tekstowi pytań nigdy za wiele. Glińska potraktowała śluby kawalerskie jak rodzaj oczywistej konwencji i więcej już nie troszczyła się o ich przyczyny, a co gorsza skutki! Nie zadała sobie też trudu przeanalizowania relacji między przedstawicielami szlachetnego stanu i reprezentantami stanów niższych. Nie próbowała zrozumieć, czemu w tym tekście ma służyć teatr w teatrze, czyli sztuka o Dziewięciu Sławnych Mężach. Nie starała się zrozumieć konfliktu płci, wyraźnie obecnego w tekście. Uwierzyła w konwencję, a nie w tekst Szekspira, którego nawet nie starała się interpretować, pozwalając aktorom tonąć, a raczej brnąć przez własne kwestie, niezrozumiałe dla nikogo.

Żeby rzecz pogrążyć do reszty, użyła przekładu Leona Ulricha. Przekład ten brzmi potwornie archaicznie i niezrozumiale, co gorsza, niezbyt śmieszy. W efekcie powstało długie i ciężkie przedstawienie, zupełnie nie wiadomo, o czym. Pewnie o tym, że był sobie król i z niewiadomych względów namówił swoich przyjaciół na złożenie dziwnych ślubów czystości, a potem je złamał, podobnie jak trzej pozostali, bo na dworze pojawiły się atrakcyjne kobiety. A może "Stracone zachody Miłości" są sztuką o miłości? O jej cywilizacyjnych i kulturowych uwarunkowaniach, o naturze pożądania, o relacjach między naturą i kulturą? A może nawet o konwencji i konwenansie, co powinno ułatwić Glińskiej pracę, tyle że reżyserka uznała samą sztukę Szekspira za konwencjonalną i popełniła tym samym teatralny grzech śmiertelny.


Szekspir uaktualniony

Co zatem zrobiła? Rzecz najgorszą z możliwych: dokonała uaktualnienia Szekspira. Prymitywnego uaktualnienia, a nie współczesnego odczytania. Dokonała tego wprowadzając znaki anachroniczne dla epoki, w której umieścił akcję Szekspir. Ot, na przykład Don Adriano de Armado przechadza się po scenie nucąc piosenkę "Cucurrucucu Paloma" znaną z interpretacji Caetano Veloso z filmu Almodóvara "Porozmawiaj z nią". Szkoda, że z tego cytatu, naprawdę znaczącego, nic zupełnie nie wynika, poza chichotem publiczności, zwłaszcza tej najbardziej kulturalnej, która "aluzju poniała".

Przybywające na dwór króla Nawarry francuskie damy pojawiają się od razu w białych ślubnych sukniach (na tym pomyśle reżyserki można by zbudować całą spójną interpretację sztuki, ale brak konsekwencji i umiejętności wyciągania wniosków z własnych posunięć czyni go tylko kolejnym, jeszcze jednym grepsem) i ciągną za sobą białe lotnicze walizeczki. Te panie przyleciały samolotem, czytamy śmiały znak Glińskiej, bliski zresztą pomysłowi Warlikowskiego z "Burzy", gdzie okręt, którym podróżował król, zamieniono na samolot. I znów nic z tego nie wynika. Bo Księżniczka i jej damy zachowują się jakby przyjechały dyliżansem. Są pretensjonalne i staromodnie konwencjonalne, a nie współczesne. Nie ratuje sprawy fakt, że jedna z nich niesie reklamową torbę sklepów z tanią odzieżą. Greps z reklamówką też już dawno stracił świeżość. (Przy okazji może ktoś mi wyjaśni, dlaczego walizki dam oklejone są winietami rozmaitych magazynów prasowych?).

Przykłady można mnożyć. Przez chwilę nawet miałem wrażenie, że Glińska tworzy coś w rodzaju parodii Warlikowskiego, by wejść w głęboki spór z jego sposobem wystawiania Szekspira, ale szybko zorientowałem się, że Warlikowski także użyty jest jak konwencja i najzwyczajniej w świecie podrobiony, łącznie ze sposobem używania światła.

Wygląda na to, że Glińska nie posiada talentu reżyserskiego, który wszyscy usiłują jej przypisać. Nie ma też w sobie potrzeby tworzenia teatru osobnego, prowadzenia poszukiwań i eksperymentów. Wiem, nie ma takiego obowiązku. Można przecież tworzyć tak zwany teatr dla ludzi, znakomitego rzemiosła, pozwalający podtrzymać więź widowni z tradycją teatralną. Tyle że Glińska tego także nie robi. Ona po prostu bierze sztukę i ją wystawia. Bez namysłu i pomysłu, uaktualniając, co się da. W efekcie wychodzi Szekspir bełkotliwy, nieśmieszny i niestraszny, zwyczajnie głupi. Nie daj Bóg ktoś z widzów uwierzy Glińskiej i dojdzie nieuchronnie do wniosku, że Szekspir pisał marne facecje, gorsze od scenariuszy telenowel, którym nawet odważne zabiegi reżyserskie nie są w stanie pomóc.

A na plakacie do "Straconych zachodów Miłości" czarno-biała fotografia, na której król Nawarry i francuska księżniczka, zatrzymani w uścisku, wyglądają jak bohaterowie "Casablanki". Zinterpretowanie tego afisza pozostawiam czytelnikom. Dodam tylko dla ułatwienia, że dla rozwikłania zagadki afisza znajomość przedstawienia Glińskiej nie ma żadnego znaczenia, bo, jak wszystko w jej teatrze, tak i plakat żyje własnym niemądrym życiem.


William Szekspir, "Stracone zachody Miłości", reżyseria: Agnieszka Glińska, scenografia: Magdalena Maciejewska, muzyka: Olena Leonenko, premiera w Teatrze Współczesnym w Warszawie 2 maja 2003.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny