|
„TP”, Nr 23 (2813), 8 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2813/kultura03.php
Matrix reaktywowany
Piotr Milewski
Pierwszy "Matrix" pobudził wyobraźnię milionów młodych ludzi na całym świecie,
stając się elementem ich pokoleniowego toposu. O ile jednak pokoleniowe toposy się
zmieniają, zasady działania rynku pozostają niezmienne. Dzieło braci Wachowskich
podzieliło los "Gwiezdnych wojen".
O ile pierwszy odcinek "Matrixa" stanowił najbardziej jak do tej pory udane połączenie
wirtualnej rzeczywistości gry komputerowej z filmem kung-fu ŕ la Jet Li, w drugiej części
do miksu doszły elementy ulicznych wyścigów samochodowych typu "Szybcy i wściekli"
tudzież zabawy w mocno alternatywnym nocnym klubie.
Tym ostatnim jest miasto Syjon, gdzie niedobitki ludzkości rządzone przez mądrych starców
i bronione przez walecznych kapitanów ŕ la "Gwiezdne wojny" odprawiają orgie
przy muzyce typu drum and bass. Kochają się również Neo (Keanu Reeves) i Trinity
(Carrie-Anne Moss), choć tego pierwszego miłość nie zbawia. Wręcz przeciwnie, jest równie
samotny jak był cztery lata temu, a zbawienia - wszyscy oczekują od niego.
To znaczy nie wszyscy. Głównie Morfeusz (Laurence Fishburne) będący odpowiednikiem
Jana Chrzciciela, bo nie ma się co oszukiwać: scenariusz Larry'ego i Andy'ego
Wachowskich czerpie z Ewangelii w jeszcze większym stopniu niż nowe gwiezdnowojenne
"epizody" George'a Lucasa. Neo zresztą doszedł do takiej cybernetycznej biegłości
w hackowaniu Matrycy, że przebywając w jej wirtualnych trzewiach potrafi nie tylko latać
("Znowu robi z siebie Supermana!" - powiada nowy członek załogi
Nabuchodonozora, Link, czyli Harold Perrineau) lecz nawet wskrzeszać zmarłych. Kto
wstaje z mar, nie powiem, ale chciałbym nadmienić, że scena, w której Neo czyni ten
akurat cud, jest bardzo ładna: wzruszająca oraz - ze względu na miejsce, do którego sięga
nasz mesjasz - romantyczno-symboliczna.
Symboli znajdujemy w "dwójce" znacznie więcej, podobnie jak filozofii czy
raczej filozofowania różnej próby. Chwilami staje się ono dość męczące, bo zamiast
prowadzić dialogi, bohaterowie przerzucają się aforyzmami, a Laurence Fishburne tłumaczący
tajemnice swej wiary brzmi jak James Earl Jones wychwalający zalety firmy Verizon,
amerykańskiego potentata telekomunikacyjnego. "Matrix" nie tylko sam w sobie
jest filmem kultowym, ale odwołuje się również do mniej lub bardziej świadomych, choć
powszechnych, lęków przed technicyzacją świata, nawiązując przy tym do najstarszych
mitów i najnowszych kanonów kultury masowej. Tyle że odnośniki historyczno-kulturowe
sprowadzają się do płaszczyzny nazewnictwa.
Z mitologii greckiej pożyczyli Wachowscy: Persefonę (Monica Bellucci w sukience z białego
lateksu) i Niobe (Jada Pinkett Smith, która najwyraźniej gra jedynie preludium do poważniejszej
roli w trzecim odcinku), ze Starego Testamentu - Syjon i Nabuchodonozora, z mroków średniowiecza
- Merowinga (Lambert Wilson), z kinematografii japońskiej - Mifune i tak dalej i tak
dalej. Owe imiona oraz nazwy mają przede wszystkim fajnie brzmieć: z czymś się młodzieży
ogólnie kojarzyć, ale nie do końca, krótko mówiąc - pogłębiać tajemniczość
eposu.
Kręcąc "jedynkę" Wachowscy stworzyli pierwszy z prawdziwego zdarzenia film
dla pokolenia wychowanego na "Doomie" i "Quake'u". Podobnie jak
"Gwiezdne wojny" z roku 1977, "Matrix" pobudził wyobraźnię milionów
młodych ludzi na całym świecie, stając się elementem ich pokoleniowego toposu. O ile
jednak pokoleniowe toposy się zmieniają, zasady działania rynku pozostają niezmienne.
Dzieło chicagowskiego rodzeństwa podzieliło los "Gwiezdnych wojen". Ponieważ
"Reaktywacja" stanowi łącznik między wprowadzeniem a epilogiem - sama
klasycznego wstępu, rozwinięcia i zakończenia nie posiada, choć mogłaby.
Ale twórcy poszli na łatwiznę. Film urywa się w pół zdania, a całość puentuje
napis: "Ciąg dalszy nastąpi", jak w telewizyjnym serialu. Skoro wolno było
Lucasowi, czemu nie wolno nam - stwierdzili widać bracia W. Cóż, wszystko wolno. Zwłaszcza
w Matrycy. Ale pierwszy film był tak oryginalny, świeży, bezkompromisowy oraz trzymający
w napięciu, że mogliśmy oczekiwać bardziej fajerwerkowego finału. "Matrix:
Reaktywacja", podobnie jak "Imperium kontratakuje", jest pół-filmem: brak
mu i waloru nowości, i zaspokajającego ciekawość oraz satysfakcjonującego zmysły,
efektownego rozwiązania nabrzmiałych wątków.
Co nie znaczy, że w napięciu nie trzyma akcja. Jeśli chodzi o widowiskowość, mamy do
czynienia z wypasem maksymalnym, jak mówią młodzi. Scenografowie żonglują pocztówkami
z postindustrialnej epoki jaskiniowej (Syjon), barokowego pałacu, XX--wiecznego
blokowiska i takiejże metropolii (zbudowane w Australii Los Angeles), wplatając ponadto
do tego misz maszu - a czemu by nie - krajobraz dzikich turni.
O efektach specjalnych wypisano już morze atramentu (cyfrowego) i trzeba przyznać, że
zachwyty są w pełni uzasadnione. Pojedynek na szosie, podczas którego kamera
zsynchronizowana z motocyklem Trinity łamie przepisy kodeksu drogowego, śmigając obok
samochodów, tudzież nad i pod nimi - stanowi arcydzieło komputerowej symulacji.
Podobnie jak koszący lot Neo, który falą uderzeniową kasuje pół miasta, by uratować
osobę bliską sercu. Do efektów specjalnych można też zaliczyć krótki występ bliźniaków-albinosów
(Adrian i Neil Rayment), którzy noszą białe dready. Dlaczego? Powtórzmy: a dlaczego by
nie. Wyglądają w nich super.
Problem polega na tym, że z postaciami, które w pierwszej części budziły sympatię,
trudno się identyfikować. Neo jako zwykły śmiertelnik był początkowo równie
zdezorientowany jak my. Walcząc z agentem Smithem (Hugo Weaving) nie zdawał sobie sprawy
z własnych możliwości, a zatem ryzykował wszystko. Tym razem bez wysiłku stawia czoło
stu agentom Smithom, fruwa szybciej niż ponaddźwiękowy odrzutowiec, kulom nie musi się
kłaniać, uzdrawia dotykiem i samym wejściem do restauracji wywołuje burzę hormonów w
boskim ciele Moniki Bellucci. Jest perfekcyjny i niezwyciężony, co dla publiczności
powyżej 13. roku życia czyni go, niestety, trochę śmiesznawym i nudnawym, kolejnym
superherosem z komiksowego panteonu.
Morfeusz błyszczy tylko w jednej, dość dramatycznej i nieco zaskakującej scenie.
Zaskakującej, ponieważ przemawia do tłumów, z górnej półki Syjonu, nie jak
kaznodzieja, prawiący pseudomistyczne kazanie, lecz jak żołnierz: krótko, węzłowato
i do rzeczy. Szkoda, że przez resztę filmu, skryty za okularami przeciwsłonecznymi,
daje pokaz werbalnej monotonii, której pozazdrościć by mu mogli tybetańscy mnisi.
Scenariusz każe nam wierzyć, że Trinity jest do szaleństwa zakochana w Neo i vice
versa, ale nie dostrzegamy między nimi żadnej bliskości poza komiczną chucią i
podobnym gustem, jeśli chodzi o środki BHP, a konkretnie ochronę przyzwyczajonych do półmroku
oczu przed światłem słonecznym. Może zresztą się nie znam i jestem staromodny, bo
tak właśnie wyglądać powinna miłość w czasach Matrycy, prężna i usportowiona, jak
między nowoczesną pensjonarką Zutą a kolegą Kopyrdą (patrz "Ferdydurke").
*
Prawdziwi fani "Matrixa" nie zgodzą się oczywiście z powyższymi uwagami. Będzie
ich bawiła cyrkowo przerysowana postać Merowinga z akcentem Jacques'a "Fucka"
Chiraka. Być może przejdą nawet do porządku dziennego nad krytycznym błędem
programu, przepraszam - scenariusza, w osobie pretensjonalnego Architekta stanowiącego
hybrydę Pana Boga z Donaldem Sutherlandem. Będą witać radosnymi oklaskami aluzje do
klasycznych horrorów i entuzjazmować się iluminacyjnymi oświadczeniami, że wszystko
jest z góry przesądzone, na przykład: "Wiem, bo muszę wiedzieć" albo
"Nie jesteś tu po to, by dokonać wyboru. Już go dokonałeś. Jesteś tu po to, by
zrozumieć, dlaczego?".
Cóż, publiczność wyboru także już dokonała. Matrix oficjalnie awansował do rangi
najbardziej dochodowego kinowego serialu science fiction XXI wieku. I nietrudno zrozumieć,
dlaczego. Cytując Beavisa i Butt-Heada: "Whoaw, this was cool, he he, he he, he
he...".
"MATRIX: REAKTYWACJA". Scen. i reż.: Larry i Andy Wachowski. Prod.: Joel
Silver. Zdj.: Bill Pope. Muz.: Don Davis. Wyst.: Keanu Reeves, Carrie-Anne Moss, Laurence
Fishburne, Joe Pantoliano, Hugo Weaving.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|