adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 23 (2813)
8 czerwca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz



Matrix reaktywowany

Piotr Milewski


Pierwszy "Matrix" pobudził wyobraźnię milionów młodych ludzi na całym świecie, stając się elementem ich pokoleniowego toposu. O ile jednak pokoleniowe toposy się zmieniają, zasady działania rynku pozostają niezmienne. Dzieło braci Wachowskich podzieliło los "Gwiezdnych wojen".


O ile pierwszy odcinek "Matrixa" stanowił najbardziej jak do tej pory udane połączenie wirtualnej rzeczywistości gry komputerowej z filmem kung-fu ŕ la Jet Li, w drugiej części do miksu doszły elementy ulicznych wyścigów samochodowych typu "Szybcy i wściekli" tudzież zabawy w mocno alternatywnym nocnym klubie.

Tym ostatnim jest miasto Syjon, gdzie niedobitki ludzkości rządzone przez mądrych starców i bronione przez walecznych kapitanów ŕ la "Gwiezdne wojny" odprawiają orgie przy muzyce typu drum and bass. Kochają się również Neo (Keanu Reeves) i Trinity (Carrie-Anne Moss), choć tego pierwszego miłość nie zbawia. Wręcz przeciwnie, jest równie samotny jak był cztery lata temu, a zbawienia - wszyscy oczekują od niego.

To znaczy nie wszyscy. Głównie Morfeusz (Laurence Fishburne) będący odpowiednikiem Jana Chrzciciela, bo nie ma się co oszukiwać: scenariusz Larry'ego i Andy'ego Wachowskich czerpie z Ewangelii w jeszcze większym stopniu niż nowe gwiezdnowojenne "epizody" George'a Lucasa. Neo zresztą doszedł do takiej cybernetycznej biegłości w hackowaniu Matrycy, że przebywając w jej wirtualnych trzewiach potrafi nie tylko latać ("Znowu robi z siebie Supermana!" - powiada nowy członek załogi Nabuchodonozora, Link, czyli Harold Perrineau) lecz nawet wskrzeszać zmarłych. Kto wstaje z mar, nie powiem, ale chciałbym nadmienić, że scena, w której Neo czyni ten akurat cud, jest bardzo ładna: wzruszająca oraz - ze względu na miejsce, do którego sięga nasz mesjasz - romantyczno-symboliczna.

Symboli znajdujemy w "dwójce" znacznie więcej, podobnie jak filozofii czy raczej filozofowania różnej próby. Chwilami staje się ono dość męczące, bo zamiast prowadzić dialogi, bohaterowie przerzucają się aforyzmami, a Laurence Fishburne tłumaczący tajemnice swej wiary brzmi jak James Earl Jones wychwalający zalety firmy Verizon, amerykańskiego potentata telekomunikacyjnego. "Matrix" nie tylko sam w sobie jest filmem kultowym, ale odwołuje się również do mniej lub bardziej świadomych, choć powszechnych, lęków przed technicyzacją świata, nawiązując przy tym do najstarszych mitów i najnowszych kanonów kultury masowej. Tyle że odnośniki historyczno-kulturowe sprowadzają się do płaszczyzny nazewnictwa.

Z mitologii greckiej pożyczyli Wachowscy: Persefonę (Monica Bellucci w sukience z białego lateksu) i Niobe (Jada Pinkett Smith, która najwyraźniej gra jedynie preludium do poważniejszej roli w trzecim odcinku), ze Starego Testamentu - Syjon i Nabuchodonozora, z mroków średniowiecza - Merowinga (Lambert Wilson), z kinematografii japońskiej - Mifune i tak dalej i tak dalej. Owe imiona oraz nazwy mają przede wszystkim fajnie brzmieć: z czymś się młodzieży ogólnie kojarzyć, ale nie do końca, krótko mówiąc - pogłębiać tajemniczość eposu.

Kręcąc "jedynkę" Wachowscy stworzyli pierwszy z prawdziwego zdarzenia film dla pokolenia wychowanego na "Doomie" i "Quake'u". Podobnie jak "Gwiezdne wojny" z roku 1977, "Matrix" pobudził wyobraźnię milionów młodych ludzi na całym świecie, stając się elementem ich pokoleniowego toposu. O ile jednak pokoleniowe toposy się zmieniają, zasady działania rynku pozostają niezmienne. Dzieło chicagowskiego rodzeństwa podzieliło los "Gwiezdnych wojen". Ponieważ "Reaktywacja" stanowi łącznik między wprowadzeniem a epilogiem - sama klasycznego wstępu, rozwinięcia i zakończenia nie posiada, choć mogłaby.

Ale twórcy poszli na łatwiznę. Film urywa się w pół zdania, a całość puentuje napis: "Ciąg dalszy nastąpi", jak w telewizyjnym serialu. Skoro wolno było Lucasowi, czemu nie wolno nam - stwierdzili widać bracia W. Cóż, wszystko wolno. Zwłaszcza w Matrycy. Ale pierwszy film był tak oryginalny, świeży, bezkompromisowy oraz trzymający w napięciu, że mogliśmy oczekiwać bardziej fajerwerkowego finału. "Matrix: Reaktywacja", podobnie jak "Imperium kontratakuje", jest pół-filmem: brak mu i waloru nowości, i zaspokajającego ciekawość oraz satysfakcjonującego zmysły, efektownego rozwiązania nabrzmiałych wątków.

Co nie znaczy, że w napięciu nie trzyma akcja. Jeśli chodzi o widowiskowość, mamy do czynienia z wypasem maksymalnym, jak mówią młodzi. Scenografowie żonglują pocztówkami z postindustrialnej epoki jaskiniowej (Syjon), barokowego pałacu, XX--wiecznego blokowiska i takiejże metropolii (zbudowane w Australii Los Angeles), wplatając ponadto do tego misz maszu - a czemu by nie - krajobraz dzikich turni.

O efektach specjalnych wypisano już morze atramentu (cyfrowego) i trzeba przyznać, że zachwyty są w pełni uzasadnione. Pojedynek na szosie, podczas którego kamera zsynchronizowana z motocyklem Trinity łamie przepisy kodeksu drogowego, śmigając obok samochodów, tudzież nad i pod nimi - stanowi arcydzieło komputerowej symulacji. Podobnie jak koszący lot Neo, który falą uderzeniową kasuje pół miasta, by uratować osobę bliską sercu. Do efektów specjalnych można też zaliczyć krótki występ bliźniaków-albinosów (Adrian i Neil Rayment), którzy noszą białe dready. Dlaczego? Powtórzmy: a dlaczego by nie. Wyglądają w nich super.

Problem polega na tym, że z postaciami, które w pierwszej części budziły sympatię, trudno się identyfikować. Neo jako zwykły śmiertelnik był początkowo równie zdezorientowany jak my. Walcząc z agentem Smithem (Hugo Weaving) nie zdawał sobie sprawy z własnych możliwości, a zatem ryzykował wszystko. Tym razem bez wysiłku stawia czoło stu agentom Smithom, fruwa szybciej niż ponaddźwiękowy odrzutowiec, kulom nie musi się kłaniać, uzdrawia dotykiem i samym wejściem do restauracji wywołuje burzę hormonów w boskim ciele Moniki Bellucci. Jest perfekcyjny i niezwyciężony, co dla publiczności powyżej 13. roku życia czyni go, niestety, trochę śmiesznawym i nudnawym, kolejnym superherosem z komiksowego panteonu.

Morfeusz błyszczy tylko w jednej, dość dramatycznej i nieco zaskakującej scenie. Zaskakującej, ponieważ przemawia do tłumów, z górnej półki Syjonu, nie jak kaznodzieja, prawiący pseudomistyczne kazanie, lecz jak żołnierz: krótko, węzłowato i do rzeczy. Szkoda, że przez resztę filmu, skryty za okularami przeciwsłonecznymi, daje pokaz werbalnej monotonii, której pozazdrościć by mu mogli tybetańscy mnisi.

Scenariusz każe nam wierzyć, że Trinity jest do szaleństwa zakochana w Neo i vice versa, ale nie dostrzegamy między nimi żadnej bliskości poza komiczną chucią i podobnym gustem, jeśli chodzi o środki BHP, a konkretnie ochronę przyzwyczajonych do półmroku oczu przed światłem słonecznym. Może zresztą się nie znam i jestem staromodny, bo tak właśnie wyglądać powinna miłość w czasach Matrycy, prężna i usportowiona, jak między nowoczesną pensjonarką Zutą a kolegą Kopyrdą (patrz "Ferdydurke").

*

Prawdziwi fani "Matrixa" nie zgodzą się oczywiście z powyższymi uwagami. Będzie ich bawiła cyrkowo przerysowana postać Merowinga z akcentem Jacques'a "Fucka" Chiraka. Być może przejdą nawet do porządku dziennego nad krytycznym błędem programu, przepraszam - scenariusza, w osobie pretensjonalnego Architekta stanowiącego hybrydę Pana Boga z Donaldem Sutherlandem. Będą witać radosnymi oklaskami aluzje do klasycznych horrorów i entuzjazmować się iluminacyjnymi oświadczeniami, że wszystko jest z góry przesądzone, na przykład: "Wiem, bo muszę wiedzieć" albo "Nie jesteś tu po to, by dokonać wyboru. Już go dokonałeś. Jesteś tu po to, by zrozumieć, dlaczego?".

Cóż, publiczność wyboru także już dokonała. Matrix oficjalnie awansował do rangi najbardziej dochodowego kinowego serialu science fiction XXI wieku. I nietrudno zrozumieć, dlaczego. Cytując Beavisa i Butt-Heada: "Whoaw, this was cool, he he, he he, he he...".


"MATRIX: REAKTYWACJA". Scen. i reż.: Larry i Andy Wachowski. Prod.: Joel Silver. Zdj.: Bill Pope. Muz.: Don Davis. Wyst.: Keanu Reeves, Carrie-Anne Moss, Laurence Fishburne, Joe Pantoliano, Hugo Weaving.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny