adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Nowy numer
NR 23 (2813)
8 czerwca 2003


  Spis treści
  Komentarze
  Obraz tygodnia
  Kronika religijna
  Liturgiczne czytania
  tygodnia

  Medytacja biblijna
  ks. Mieczysław Maliński
  Kobiety w Biblii
  Przegląd prasy krajowej
  Przeglad prasy
  zagranicznej

  Notatki
  Wśród książek
  Z płyty na płytę
  Listy
FELIETONY
  Józefa Hennelowa
  Małgorzata Musierowicz
  Ewa Szumańska
  Andrzej Dobosz
  Michał Komar
  Marcin Król
  Jacek Podsiadło
  Stanisław Lem

  Tematy miesiąca

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz

Leni Riefenstahl na krakowskim festiwalu


Niebezpieczny mit natury

Bogusław Zmudziński


Głównym wydarzeniem przygotowań do tegorocznego Krakowskiego Festiwalu Filmowego stało się zgłoszenie do konkursu "Podwodnych impresji" - najnowszego dzieła liczącej dziś 101 lat Leni Riefenstahl, czołowej propagandzistki III Rzeszy, autorki "Triumfu woli" i "Olimpiady".



Leni Riefenstahl, lata 30
Komisja Selekcyjna ostatecznie filmu do konkursu nie dopuściła, pokazano go jednak w ramach imprez towarzyszących wraz z najnowszym dokumentem Raya Műllera "Leni Riefenstahl - Marzenie o Afryce". Projekcja stała się kolejną okazją do oceny nie tyle dorobku artystycznego Riefenstahl, co przede wszystkim jej postawy światopoglądowej.

"Podwodne impresje" to jeden z wielu sprawnie zrealizowanych i dobrze sfotografowanych filmów o ginącej faunie i florze raf koralowych. Takie filmy w pierwszym momencie budzą zdumienie pięknem podwodnego świata, później jednych wprawiają w stan hipnotycznego zachwytu, innych nużą monotonią obrazu, przypominającego komputerowe tapety. 40-minutowy film, wyprodukowany przez monachijską Bavaria Film, budzi jednak szczególne zainteresowanie z racji nazwiska autorki, realizatorki dwóch sławnych dokumentów: najgłośniejszego w dziejach filmu propagandowego i uważanego za najlepszy w swoim gatunku filmu sportowego.


Fenomen Leni

Tancerka, aktorka, reżyser filmowy, fotograf - profesje, którym się poświęcała w ciągu długiego życia, nie definiują jednoznacznie fenomenu Riefenstahl. Nie zapewniłyby jej sławy ani aktorskie sukcesy w filmach górskich "Święta góra" i "Białe piekło na Piz Palű" Arnolda Fancka i Georga Wilhelma Pabsta, ani samodzielne realizacje filmów "Niebieskie światło" i "Niziny", ani powojenne fascynujące fotografie plemion Nuba z Sudanu, gdyby nie propozycja Adolfa Hitlera, aby nakręcić "Triumf woli" - film z Parteitagu w Norymberdze w 1934 r. Nie byłaby sławną Leni, gdyby nie przyjęcie tego zlecenia (jak nieodmiennie zapewnia, wbrew własnej woli) stwarzającego niesłychane jak na owe czasy możliwości techniczne i produkcyjne. Film ten po dziś dzień budzi z jednej strony zdumienie, z drugiej lęk i obrzydzenie scenami masowymi, niekończącymi się przemarszami kolejnych formacji czy balansującymi na granicy histerii przemówieniami Hitlera.

Riefenstahl uparcie odżegnuje się zarówno od polityki, jak i od ideologii. Porównuje swój film do dzieł Eisensteina i Pudowkina i mówi, że gdyby w latach 30. mieszkała w Moskwie, kręciłaby prawdopodobnie filmy na zlecenie Stalina. Takie to były czasy, a ona sama należała do ogromnej większości, którą Hitler porwał nadzieją wyjścia z narodowego kryzysu.

Po "Triumfie woli" powstała "Olimpiada", film zrealizowany na zlecenie Komitetu Olimpijskiego, faktycznie jednak finansowany także z niemieckich środków przeznaczonych na propagandę. Wysiłek sportowców, piękno umięśnionych ciał, antyczny klimat zdrowej fizycznej rywalizacji - i znowu nieograniczone możliwości realizacyjne. Nowatorskie, pełne ekspresji zdjęcia, 400 kilometrów nakręconego materiału, dwa lata pracy przy stole montażowym. Dzieło wybitne, nagradzane na festiwalach, do dziś porażające siłą totalnych obrazów.

Oba filmy zapewniły Riefenstahl niepodważalne miejsce w dziejach sztuki filmowej, ten pierwszy stał się jednak jej przekleństwem. Po wojnie alianci poddali ją procedurze denazyfikacji. Ostatecznie uznano ją jedynie za sympatyzującą z hitlerowskim reżimem. Wielu Niemcom to częściowe oczyszczenie z zarzutów nawet dzisiaj wydaje się trudne do zaakceptowania. Gdy dwa lata temu organizatorzy festiwalu filmowego w Petersburgu przyznali Leni nagrodę za całokształt twórczości artystycznej, właśnie w Niemczech, a nie w Rosji, uznano to za nieporównywalny z niczym skandal.


"Człowiek z homeryckiego eposu"

Na czym więc polega fenomen artystki? Czy rzeczywiście, jak sama sugeruje, można i należy oceniać to, co stworzyła, niezależnie od polityki, w którą uwikłała ją historia? Można oczywiście rozpatrzyć jej dzieło poza kontekstem doraźnych faszystowskich celów. Gdy jednak w poprzednim sławnym filmie Raya Műllera "Potęga obrazów; Leni Riefenstahl" przypomniane zostało oficjalne estetyczne stanowisko nazistowskich władz, wyrażone z okazji słynnej wystawy "sztuki zwyrodniałej", trudno było zaprzeczyć, że dzieła Riefenstahl z różnych okresów życia spełniają podstawowe postulaty nazistowskiej estetyki: "Wszystko, co zdrowe, jest słuszne i naturalne, wszystko, co słuszne i naturalne, jest zarazem piękne. (...) Dekadenci próbują obwołać kiczem to, co jest naturalne, a przez to piękne".

Riefenstahl nie akceptuje konkretnych przykładów sztuki będącej w oczach Hitlera i Goebbelsa spełnieniem tego ideału, co więcej, przekonuje, że ją osobiście interesowała raczej sztuka "zdegenerowana". Sama jednaka daje wyraz właśnie "zdrowej" naturalistycznej postawie poszukiwania ideału, apologii siły i naturalnego, fizycznego piękna. O tym, że nigdy nie odstąpiła od tego zasadniczego poglądu, świadczy zarówno ostatni film, jak i zdjęcia ludzi z plemion Nuba, a także wyłożone z zaskakującą prostotą w dniach Olimpiady w Monachium, na początku lat 70., własne estetyczne stanowisko: "Istnieją twórcy, których nęci brzydota, rzeczy wstrętne, odpychające. Ja interesowałam się zawsze tym, co piękne, wzniosłe, godne podziwu".

Kultowi natury towarzyszył w faszystowskiej ideologii kult rasy. I on też daje o sobie znać w dziełach Riefenstahl. Nie traktuje ona tego pojęcia w duchu ściśle narodowosocjalistycznym. Już w "Olimpiadzie" portretuje przedstawicieli narodowości z wielu kontynentów. Po prostu tam, gdzie pojawia się mocne, zdrowe, dobrze zbudowane, wysportowane ciało, niezależnie od koloru skóry spełnia się jej ideał "rasowego" piękna. Nagość, wzorem antycznych posągów, jest tu warunkiem koniecznym. Gdy po latach trafi na południe Sudanu, zaspokoi pragnienie portretowania człowieka naturalnego: prężnego, proporcjonalnie zbudowanego, muskularnego ciała. Jak sama to określa: "przypominającego człowieka z opisów biblijnych lub homeryckich eposów".

W Nubijczykach fascynowała ją też ich kreatywność, potrzeba piękna, wyrażająca się w traktowaniu własnego ciała jako dzieła sztuki. Malowanie twarzy, tatuaże, piercingi - to wszystko służyć miało dopełnieniu naturalnego piękna rasy wybranej. Jak zaznacza Leni, inne plemiona murzyńskie nie wytrzymują porównania z jej ukochanymi Nubijczykami. Gdy jako stuletnia kobieta raz jeszcze trafi do Sudanu, nie odnajdzie już tego naturalnego raju. Przywitają ją niektórzy ze znajomych Nuba - teraz nawróceni na islam, zmuszeni do noszenia ubrań, przetrzebieni trwającą na tych terenach od kilkunastu lat wojną domową. Zawiedziona, kolejny raz uchodząc z życiem z niebezpiecznej sytuacji, powróci do podwodnych zdjęć nakręconych na Malediwach. Skoro nie ma już ludzkiego raju, pozostaje oddać się kontemplacji naturalnego raju raf koralowych, ostatniej oazy czystego piękna.


Model idealny

Dlaczego postawa stuletniej artystki budzi ciągle tyle emocji? Czy dlatego, że uparcie nie chce wyrazić pełnej skruchy za okres współpracy z nazistowską władzą? Czy może jej światopogląd trudny jest do zaakceptowania? Gdy ogląda się jej fotografie i filmy, nasuwają się porównania ze znaną w Polsce twórczością o wiele od niej młodszego Wernera Herzoga. On też uprawia swoisty kult natury, wierzy w wartość jedynie tej kultury, która bezpośrednio z natury wyrasta, fascynują go wybitne jednostki, szaleńcy narzucający światu reguły. Nie jest mu obca idea nadczłowieka i mimo że do niedawna trzymał się z daleka od tematów z najnowszej historii Niemiec, nie jest wykluczone, że ktoś taki jak Leni Riefenstahl mógłby stać się bohaterem jego filmu.

W przeciwieństwie jednak do Riefenstahl, która używa obrazów jako narzędzia kreacji wyidealizowanej fizycznej rzeczywistości, Herzog penetruje nieobecną w filmach tej artystki sferę ducha, bez której nie można mówić o pełni człowieczeństwa, stawia pytania o kondycję człowieczą. U Herzoga nie brak przemocy, doświadczeń granicznych, fizycznego kalectwa, przejawów braku przystosowania bohaterów. U Riefenstahl nie ma natomiast śladu prawdziwego życia, sterylizuje ona w swoim obrazie świat, tworząc jakiś idealny model.

Herzog szuka w rzeczywistości potwierdzeń najbardziej uniwersalnych struktur i archetypów, Riefenstahl każdy swój akt artystyczny traktuje jako akt mitotwórczy. Gdy w ostatnim filmie Műllera pada pytanie, co by zrobiła, gdyby spotkała dziś Hitlera, tego "niewłaściwego człowieka", któremu poświęciła swój talent, odpowiada: "Chciałabym wtedy trzymać miecz, którym bym go pchnęła. Z uczuciem matki, przebijającej mieczem swoje najukochańsze dziecko". Czyżby już dzisiaj postrzegała siebie jako postać mitologiczną? Wiele na to wskazuje, tym bardziej, że wydaje się nieśmiertelna...


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny