|
Leni Riefenstahl na krakowskim festiwalu
Niebezpieczny mit natury
Bogusław Zmudziński
Głównym wydarzeniem przygotowań do tegorocznego Krakowskiego Festiwalu Filmowego stało
się zgłoszenie do konkursu "Podwodnych impresji" - najnowszego dzieła liczącej
dziś 101 lat Leni Riefenstahl, czołowej propagandzistki III Rzeszy, autorki
"Triumfu woli" i "Olimpiady".
 |
 Leni Riefenstahl, lata 30 |
|
Komisja Selekcyjna ostatecznie filmu do konkursu nie dopuściła, pokazano go jednak w
ramach imprez towarzyszących wraz z najnowszym dokumentem Raya Műllera "Leni
Riefenstahl - Marzenie o Afryce". Projekcja stała się kolejną okazją do oceny nie
tyle dorobku artystycznego Riefenstahl, co przede wszystkim jej postawy światopoglądowej.
"Podwodne impresje" to jeden z wielu sprawnie zrealizowanych i dobrze
sfotografowanych filmów o ginącej faunie i florze raf koralowych. Takie filmy w
pierwszym momencie budzą zdumienie pięknem podwodnego świata, później jednych
wprawiają w stan hipnotycznego zachwytu, innych nużą monotonią obrazu, przypominającego
komputerowe tapety. 40-minutowy film, wyprodukowany przez monachijską Bavaria Film, budzi
jednak szczególne zainteresowanie z racji nazwiska autorki, realizatorki dwóch sławnych
dokumentów: najgłośniejszego w dziejach filmu propagandowego i uważanego za najlepszy
w swoim gatunku filmu sportowego.
Fenomen Leni
Tancerka, aktorka, reżyser filmowy, fotograf - profesje, którym się poświęcała w ciągu
długiego życia, nie definiują jednoznacznie fenomenu Riefenstahl. Nie zapewniłyby jej
sławy ani aktorskie sukcesy w filmach górskich "Święta góra" i "Białe
piekło na Piz Palű" Arnolda Fancka i Georga Wilhelma Pabsta, ani samodzielne
realizacje filmów "Niebieskie światło" i "Niziny", ani powojenne
fascynujące fotografie plemion Nuba z Sudanu, gdyby nie propozycja Adolfa Hitlera, aby
nakręcić "Triumf woli" - film z Parteitagu w Norymberdze w 1934 r. Nie byłaby
sławną Leni, gdyby nie przyjęcie tego zlecenia (jak nieodmiennie zapewnia, wbrew własnej
woli) stwarzającego niesłychane jak na owe czasy możliwości techniczne i produkcyjne.
Film ten po dziś dzień budzi z jednej strony zdumienie, z drugiej lęk i obrzydzenie
scenami masowymi, niekończącymi się przemarszami kolejnych formacji czy balansującymi
na granicy histerii przemówieniami Hitlera.
Riefenstahl uparcie odżegnuje się zarówno od polityki, jak i od ideologii. Porównuje
swój film do dzieł Eisensteina i Pudowkina i mówi, że gdyby w latach 30. mieszkała w
Moskwie, kręciłaby prawdopodobnie filmy na zlecenie Stalina. Takie to były czasy, a ona
sama należała do ogromnej większości, którą Hitler porwał nadzieją wyjścia z
narodowego kryzysu.
Po "Triumfie woli" powstała "Olimpiada", film zrealizowany na
zlecenie Komitetu Olimpijskiego, faktycznie jednak finansowany także z niemieckich środków
przeznaczonych na propagandę. Wysiłek sportowców, piękno umięśnionych ciał,
antyczny klimat zdrowej fizycznej rywalizacji - i znowu nieograniczone możliwości
realizacyjne. Nowatorskie, pełne ekspresji zdjęcia, 400 kilometrów nakręconego materiału,
dwa lata pracy przy stole montażowym. Dzieło wybitne, nagradzane na festiwalach, do dziś
porażające siłą totalnych obrazów.
Oba filmy zapewniły Riefenstahl niepodważalne miejsce w dziejach sztuki filmowej, ten
pierwszy stał się jednak jej przekleństwem. Po wojnie alianci poddali ją procedurze
denazyfikacji. Ostatecznie uznano ją jedynie za sympatyzującą z hitlerowskim reżimem.
Wielu Niemcom to częściowe oczyszczenie z zarzutów nawet dzisiaj wydaje się trudne do
zaakceptowania. Gdy dwa lata temu organizatorzy festiwalu filmowego w Petersburgu
przyznali Leni nagrodę za całokształt twórczości artystycznej, właśnie w Niemczech,
a nie w Rosji, uznano to za nieporównywalny z niczym skandal.
"Człowiek z homeryckiego eposu"
Na czym więc polega fenomen artystki? Czy rzeczywiście, jak sama sugeruje, można i należy
oceniać to, co stworzyła, niezależnie od polityki, w którą uwikłała ją historia?
Można oczywiście rozpatrzyć jej dzieło poza kontekstem doraźnych faszystowskich celów.
Gdy jednak w poprzednim sławnym filmie Raya Műllera "Potęga obrazów; Leni
Riefenstahl" przypomniane zostało oficjalne estetyczne stanowisko nazistowskich władz,
wyrażone z okazji słynnej wystawy "sztuki zwyrodniałej", trudno było
zaprzeczyć, że dzieła Riefenstahl z różnych okresów życia spełniają podstawowe
postulaty nazistowskiej estetyki: "Wszystko, co zdrowe, jest słuszne i naturalne,
wszystko, co słuszne i naturalne, jest zarazem piękne. (...) Dekadenci próbują obwołać
kiczem to, co jest naturalne, a przez to piękne".
Riefenstahl nie akceptuje konkretnych przykładów sztuki będącej w oczach Hitlera i
Goebbelsa spełnieniem tego ideału, co więcej, przekonuje, że ją osobiście interesowała
raczej sztuka "zdegenerowana". Sama jednaka daje wyraz właśnie
"zdrowej" naturalistycznej postawie poszukiwania ideału, apologii siły i
naturalnego, fizycznego piękna. O tym, że nigdy nie odstąpiła od tego zasadniczego
poglądu, świadczy zarówno ostatni film, jak i zdjęcia ludzi z plemion Nuba, a także
wyłożone z zaskakującą prostotą w dniach Olimpiady w Monachium, na początku lat 70.,
własne estetyczne stanowisko: "Istnieją twórcy, których nęci brzydota, rzeczy
wstrętne, odpychające. Ja interesowałam się zawsze tym, co piękne, wzniosłe, godne
podziwu".
Kultowi natury towarzyszył w faszystowskiej ideologii kult rasy. I on też daje o sobie
znać w dziełach Riefenstahl. Nie traktuje ona tego pojęcia w duchu ściśle
narodowosocjalistycznym. Już w "Olimpiadzie" portretuje przedstawicieli
narodowości z wielu kontynentów. Po prostu tam, gdzie pojawia się mocne, zdrowe, dobrze
zbudowane, wysportowane ciało, niezależnie od koloru skóry spełnia się jej ideał
"rasowego" piękna. Nagość, wzorem antycznych posągów, jest tu warunkiem
koniecznym. Gdy po latach trafi na południe Sudanu, zaspokoi pragnienie portretowania człowieka
naturalnego: prężnego, proporcjonalnie zbudowanego, muskularnego ciała. Jak sama to
określa: "przypominającego człowieka z opisów biblijnych lub homeryckich eposów".
W Nubijczykach fascynowała ją też ich kreatywność, potrzeba piękna, wyrażająca się
w traktowaniu własnego ciała jako dzieła sztuki. Malowanie twarzy, tatuaże, piercingi
- to wszystko służyć miało dopełnieniu naturalnego piękna rasy wybranej. Jak
zaznacza Leni, inne plemiona murzyńskie nie wytrzymują porównania z jej ukochanymi
Nubijczykami. Gdy jako stuletnia kobieta raz jeszcze trafi do Sudanu, nie odnajdzie już
tego naturalnego raju. Przywitają ją niektórzy ze znajomych Nuba - teraz nawróceni na
islam, zmuszeni do noszenia ubrań, przetrzebieni trwającą na tych terenach od
kilkunastu lat wojną domową. Zawiedziona, kolejny raz uchodząc z życiem z
niebezpiecznej sytuacji, powróci do podwodnych zdjęć nakręconych na Malediwach. Skoro
nie ma już ludzkiego raju, pozostaje oddać się kontemplacji naturalnego raju raf
koralowych, ostatniej oazy czystego piękna.
Model idealny
Dlaczego postawa stuletniej artystki budzi ciągle tyle emocji? Czy dlatego, że uparcie
nie chce wyrazić pełnej skruchy za okres współpracy z nazistowską władzą? Czy może
jej światopogląd trudny jest do zaakceptowania? Gdy ogląda się jej fotografie i filmy,
nasuwają się porównania ze znaną w Polsce twórczością o wiele od niej młodszego
Wernera Herzoga. On też uprawia swoisty kult natury, wierzy w wartość jedynie tej
kultury, która bezpośrednio z natury wyrasta, fascynują go wybitne jednostki, szaleńcy
narzucający światu reguły. Nie jest mu obca idea nadczłowieka i mimo że do niedawna
trzymał się z daleka od tematów z najnowszej historii Niemiec, nie jest wykluczone, że
ktoś taki jak Leni Riefenstahl mógłby stać się bohaterem jego filmu.
W przeciwieństwie jednak do Riefenstahl, która używa obrazów jako narzędzia kreacji
wyidealizowanej fizycznej rzeczywistości, Herzog penetruje nieobecną w filmach tej
artystki sferę ducha, bez której nie można mówić o pełni człowieczeństwa, stawia
pytania o kondycję człowieczą. U Herzoga nie brak przemocy, doświadczeń granicznych,
fizycznego kalectwa, przejawów braku przystosowania bohaterów. U Riefenstahl nie ma
natomiast śladu prawdziwego życia, sterylizuje ona w swoim obrazie świat, tworząc jakiś
idealny model.
Herzog szuka w rzeczywistości potwierdzeń najbardziej uniwersalnych struktur i archetypów,
Riefenstahl każdy swój akt artystyczny traktuje jako akt mitotwórczy. Gdy w ostatnim
filmie Műllera pada pytanie, co by zrobiła, gdyby spotkała dziś Hitlera, tego
"niewłaściwego człowieka", któremu poświęciła swój talent, odpowiada:
"Chciałabym wtedy trzymać miecz, którym bym go pchnęła. Z uczuciem matki,
przebijającej mieczem swoje najukochańsze dziecko". Czyżby już dzisiaj postrzegała
siebie jako postać mitologiczną? Wiele na to wskazuje, tym bardziej, że wydaje się nieśmiertelna...
|