|
43. Krakowski Festiwal Filmowy: konkurs ogólnopolski
Świat przestawiony
Wojciech Kuczok
Bieda. Bezbronność, słabość, okaleczenie. Natłok ludzkiej nędzy, którą większość
polskich dokumentalistów w tegorocznym konkursie wprost epatowała, znieczulił mnie, zmęczył,
w końcu kazał odwracać wzrok od kolejnych obrazów parszywych dzielnic, bezdomnych lub
kalekich dzieciaków, bezrobotnych i apatycznych dorosłych.
Jakby każdy chciał sfotografować swojego Wykluczonego, jakby stało się to obowiązkiem,
nakazem, obsesją. Ale może tak musi być - może tylko wtedy, gdy oglądniemy jeden po
drugim te skrawki życia bez prawa do zasiłku, te dni organizowane wokół pustawego
gara, dotrze do nas siła rażenia recesji.
Nie pamiętam konkursu, w którym byłoby tyle filmów przygnębiających. Stąd efekt
gombrowiczowskiego żuczka - widząc dziesiątki wyciągniętych po pomoc rąk staję się
bezradny, bo gdzieś jest punkt graniczny, ten pierwszy, któremu nie pomogę. Żebrzących
jest tak dużo, że - choć zostali zepchnięci na śmietnik przez system promujący
konkurencyjność, choć odmówili stawania w szranki, z własnej woli lub z braku
kompetencji - teraz muszą konkurować na własnym żebraczym poletku. Koszmar.
Takie mnie gryzły uczucia po kolejnych projekcjach: każdy obnosił swojego napiętnowanego,
w kolejce po laury wystawiając ułomnych pielgrzymów w drodze do Lourdes, dworcowe
dzieciaki odurzone butaprenem, dzieci głuche, dzieci niewidome, dzieci gwałcone. Efekt
żuczka. Znużenie. Wstydliwe, bo przecież nad każdym z tych obrazów winienem zapłakać
- a z części po prostu uciekłem, by nie zasnąć; snu wstydziłbym się bardziej.
Niewiele było filmów, które czystym tonem opowiadały o rzeczywistości brudnej;
niewiele filmów, które zmyślnie przedstawiały świat bezmyślnie przestawiony. Na obcy
tor. Na zły czas.
Okiem rachmistrza
Kraków 2003 - nagrody konkursu ogólnopolskiego
Grand Prix - Złoty Lajkonik: "Kraj urodzenia" (reż. Jacek Bławut)
Nagroda Główna - Srebrny Lajkonik: "Katedra" (reż. Tomasz Bagiński)
oraz "Obudzić Olę" (reż. Alina Mrowińska).
Nagroda Specjalna - Brązowy Lajkonik:
"Pokolenie' 89" (reż. Maria Zmarz-Koczanowicz)
Nagroda Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich:
Karolina Bendera za film "Co dalej z tobą, Karolinko?"
Nagroda jury studenckiego: "Życie przed tobą" (reż. Maciej Adamek)
Nagrody Festiwalu Międzynarodowego
Grand Prix - Złoty Smok: "Półtora kota" (reż. Andrei Khrzanovski - Rosja).
Srebrny Smok dla najlepszego filmu animowanego:
"Iszoł tramwaj 9" (reż. Stepan Koval - Ukraina).
Srebrny Smok dla najlepszego filmu dokumentalnego:
"Tancrend" (reż. Livia Gyarmathy - Węgry).
Srebrny Smok dla najlepszego filmu fabularnego:
"Moje miasto" (reż. Marek Lechki - Polska).
Nagroda FIPRESCI (Międzynarodowej Krytyki Filmowej)
i nagroda Federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych:
"Wzgljady. Fenomenołogija" (reż. Dmitri Sidorov - Rosja) |
|
Jacek Bławut nakręcił swój wielki film o nienormalnych, kiedy wielu jego obecnych
konkurentów jeszcze pisało klasówki z rosyjskiego. W tym roku pokazał "Kraj
urodzenia", skromne, ale świetnie pomyślane dzieło wieńczące telewizyjny cykl
dokumentujący nasz spis powszechny. Każdy z reżyserów miał towarzyszyć z kamerą
wybranym rachmistrzom, by zza ich pleców rejestrować stan świadomości Polaków. Ale Bławut
osiągnął prostym zabiegiem znacznie silniejszy efekt - u niego rachmistrz jest nie
tylko anonimowym mediatorem, torującym drogę do ludzkich domostw, ale z czasem staje się
bohaterem.
To młody bezrobotny, jeden z wielu w swoim miasteczku. Chwilowe zatrudnienie nie zmienia
jego statusu; w finale filmu sam wypełnia formularz spisowy i z gorzkim uśmiechem
rejestruje swój "majątek". Bezrobotny polonista na utrzymaniu matki. Naoglądał
się i nasłuchał biedy piszczącej, więc teraz wie, że sam stanowi fragment większej
całości. I z tym mu lżej zdobyć się na ironię. Nim wypełni rubrykę "kraj
urodzenia", będzie się droczył: "Wcale nie mam ochoty napisać, że jestem
Polakiem".
Bohater Pawła Łozińskiego, oporny rolnik ze "Spisu z natury ze wsi Łeźno Małe"
odmawia spełnienia obywatelskiego obowiązku, bo pojęcie ojczyzny go drażni, nie
doczekał się od niej dotąd żadnego gestu. Tylko w Boga wypada wierzyć na Słowo,
ojczyzna musi dowieść swego istnienia, nie może wymownie milczeć... Skoro reaguje
tylko na obywatelskie nieposłuszeństwo, może warto w ten sposób zwrócić na siebie
jej uwagę.
Jacek Hugo-Bader, autor "Zamku", jako jedyny odważył się wejść z kamerą do
mieszkań tych, którzy mają co rejestrować. Warszawski apartamentowiec zaludniają
ludzie zamożni - i, jak się okazuje, małomówni. Jakby zastraszeni, niepewni, czy nie
powiedzą za dużo, czy ten spis nie jest aby podstępem, przecież wszystko, co
powszechne, pachnie rewolucją... Dopiero bieda naprawdę otwiera usta; bohaterowie Badera
jakby zgodnie stwierdzali: "dorobiłem się, nie ma o czym mówić"; bohaterowie
Łozińskiego, Bławuta mówią o tym, że nic nie mają.
Rekordy gadatliwości pobija bohaterka filmu Karoliny Bandery "Co dalej z tobą,
Karolinko?", wychowująca synka w zakazanej dzielnicy Kutna. Ale to postać niezwykła,
świetna aktorka-naturszczyk, nagrodzona w Hollywood za rolę w filmie Roberta Glińskiego.
Oscaropodobna statuetka i dyplom Akademii nijak się nie mogą wpasować w przestrzeń
kutnieńskiego getta - chyba że da się to zastawić w lombardzie. Ta pyskata blondynka z
"Tereski" zapadała w pamięć, chciało się wiedzieć więcej o jej losach
pozaekranowych. Mówiło się wiele o odtwórczyni głównej roli, Oli Gietner, która
jakoby nie skorzystała z szansy, jaką jej dano i zagubiła się gdzieś między
aresztami i poprawczakami. No to teraz widzimy, jak żyje ta, która z szansy chciała
skorzystać. Urodziła dziecko, chce normalnie żyć. I żyje w nędzy, nachodzona przez
pijanych sąsiadów-recydywistów, sama popada w załamanie nerwowe i anoreksję. Nie roi
sobie kariery aktorskiej, chce niewiele, a i tego raczej dla dziecka. Gra swoją rolę
przed kamerą dokumentalistki, płacze, kiedy zdjęcia się kończą. Kamera nobilitowała
parszywą codzienność, kiedy kamery zabraknie, może zabraknąć sił, żeby życie
znosić...
Spojrzenie innego
Marcin Koszałka, autor "Imienin", nie wymusza wzruszeń, ale stara się
dostrzec fenomen Innego. Jego świetna operatorsko opowieść o krakowskim domu opieki
daje złapać oddech, zwalnia z obowiązku powagi, powala się zaśmiać tam, gdzie
pokraczna normalność napotyka urokliwą odmienność. Tam, gdzie świat jest
przestawiony, gdzie spogląda nań psychika odmieńca, wystarczy z uwagą wyłapywać
"wistość rzeczy", jakby to ujął Witkacy. Tam, gdzie mamy do czynienia z żywymi
monumentami, postaciami wybitnymi, stanowiącymi chwalebne wzorce - sztuka polega na
przestawianiu obiektywu. Tak długo, póki się nie przyłapie pomnika na tym, jak dopina
guzik, jak bezwiednie stroi miny. Taką fenomenologię spojrzenia uprawia Borys Lankosz z
pomocą Koszałki w filmie "Polacy, Polacy", dokumentując pracę znanego
fotografika Krzysztofa Gierałtowskiego, któremu pozują Stanisław Lem, Krzysztof
Penderecki i Wisława Szymborska.
O Innym można też opowiadać ciepło, niemal z zazdrością obserwując jego odmienny
stan ducha. Takiego bohatera pokazał przed laty Tomasz Gliński w etiudzie
"Drewniane oko Krzysztofa", teraz wrócił do niego w towarzystwie Małgorzaty
Łupiny, by przekonać nas, że "Marzyć każdy może". Wiejski amator
filmowania wystrugał sobie kamerę z drewna i, jak powiada, "zrobił na niej gdzieś
tak ze pięćdziesiąt filmów". Ale sprzęty przepadły - albo powódź zabrała
drewnianą "montażownię", albo nieświadomy ojciec porąbał kawałki drewna.
Zapał wraca, kiedy bohater dostaje prawdziwą kamerę, ale - rzecz ciekawa - o ile klocek
drewna służył wyobrażonej rejestracji otoczenia, obiektyw prawdziwej kamery Krzysztof
kieruje wyłącznie na siebie... Prosty, ale efektowny film - są bohaterowie, do których
chce się wracać...
Niepokoje
Czasem sami do siebie wracają, przeglądając archiwalia domowe, a jeśli mieli
"szczęście" trafić do urzędowych archiwów, taka retrospekcja staje się całkiem
ciekawa dla widza. Jak w "Pokoleniu 89" Marii Zmarz-Koczanowicz, znakomicie
zmontowanym filmie o tym, jak niewielka w gruncie rzeczy odległość dzieli kabaret od
rewolucji, podwórkową zabawę zbuntowanych młodzieniaszków od patriotycznej
konspiracji, zmieniającej bieg historii. Za młodzi, by zasiąść przy Okrągłym Stole,
ale zbyt zaangażowani, by w przełomowych chwilach ignorować politykę - dzisiejsi
35-latkowie wspominają czasy zadym i Pomarańczowej Alternatywy. Ale im bliżej współczesności,
im bliżej władzy i polityki, tym bardziej ich historie tracą na powabie, tym bardziej
opowiadający gorzknieją.
Od byłego prezydenta stolicy Pawła Piskorskiego po szefa działu opinii w największej
gazecie Krzysztofa Vargi - każdy znalazł swoje miejsce we współczesnej Polsce, ma
stanowisko, pieniądze, rodzinę. Współtworzyli historię, teraz każdy z nich chce współtworzyć
normalne państwo. I tylko Varga trafia w dziesiątkę, werbalizując niepokój, że coś
jednak jest nie tak: "Polska męczy". Komunistyczna czy kapitalistyczna,
zniewolona czy suwerenna - już tak ma, że męczy. Pamiętajmy jednak, że to pokolenie
swoje pięć minut wygrało - byli po '89 w najlepszym wieku do robienia karier, do zajęcia
ciepłych posad, skoro już z posad ruszyli świat. Pierwsze takie pokolenie i jak dotąd
ostatnie.
Punkowe "no future" nastoletniego Vargi jakoś mu się nie sprawdziło, za to gnębi
dziś legion młodszych, mniej szczęśliwie urodzonych. Bohaterowie "Eutanazji"
Ewy Świecińskiej przed kamerą spędzali ostatnie chwile życia, śmiertelnie chorzy i
śmiertelnie przerażeni. "Życie przed sobą" mają za to niewidome dzieci z
filmu Macieja Adamka, rejestrującego proces przygotowywania ich do samodzielności przez
wychowawców w Laskach. Adamka fascynuje bohater najmłodszy, czego dowodzi precyzyjna
psychologia dziecięca zawarta w jego drugim filmie konkursowym, poświęconym wyborom
mini Miss Polski.
"Adrenalina" Krzysztofa Langa to prosty zapis wypowiedzi pensjonariuszy
schroniska dla nieletnich przestępców - ale to, co te dzieciaki mówią, przeraża i
budzi zwątpienie w sens resocjalizacji. Więzienna Msza czy lekcja religii zdają się być
dla nich ledwie tolerowanym urozmaiceniem nudnej codzienności, zwykłą szopką. Podobnie
porażające studium zła pokazał Adam Guziński w imponująco wyreżyserowanym
"Antychryście", opowieści o demonicznym herszcie podwórkowej bandy, który
swoją władzę ostatecznie potwierdza przez paradoks spełnionego rozkazu unicestwienia.
Zarażenie złem dopełnia się przez zbrodnię na samym przywódcy. I choć konkursowy
rywal Guzińskiego, Marek Lechki, dysponował aż dwiema fabułami (przyjęcie
"Mojego miasta", mającego już za sobą laury festiwalu gdyńskiego, uważam za
kuriozalną decyzję komisji selekcyjnej), "Antychryst" jest filmem ważniejszym.
Najbardziej przejmujący moment tegorocznego festiwalu przytrafił się podczas projekcji
"Liturgii" Stanisława Kubiaka o ikonach Jerzego Nowosielskiego. Sztuka mistrza
wypełniała ekran bez reszty, jej wielbiciele mieli czym sycić oczy, ale w kategoriach
czysto filmowych ten dokument wypadł dość przeciętnie - do chwili, kiedy w elegijny
ton opowieści o chorobie artysty nie wdarła się metafizyka. Awaria techniczna spowodowała
samoistne zasunięcie się kurtyny, przez dłuższą chwilę obrazy Nowosielskiego otulał
żałobny kir...
Ważne były też "Tajne taśmy UB" Piotra Morawskiego - ocalałe resztki
materiałów operacyjnych Zespołu Filmowego Sektor (tak określali swoje towarzystwo
operatorzy na usługach bezpieki). Wśród tych skrawków bodaj przez przeoczenie uchowały
się m. in. wstrząsające nagrania samospalenia Ryszarda Siwca. Dotąd znaliśmy tylko
niewyraźny obraz ze słynnego filmu Macieja Drygasa i głos człowieka, który złożył
ofiarę życia w proteście przeciw "braterskiemu" wkroczeniu LWP do Czechosłowacji.
Teraz mamy przed oczyma doskonale zachowane ujęcia z dwóch kamer, szamotaninę żywej
pochodni, która nie chce dać się ugasić...
*
Obecność polskiej animacji w konkursie była symboliczna - "Katedra" Tomasza
Baginskiego z całą pewnością nie należy do filmów niedocenionych, wolę więc
napomknąć o tym, co wyrosło w jej cieniu. Piękny, króciutki film Wojtka Wawszczyka o
tym, jak pingwina wydostać z depresji nielota, był moim faworytem. W szeregu filmów
interwencyjnych, rozliczeniowych, ważkich społecznie frywolność i optymizm tego
drobiazgu zdała mi się zbawienna.
|