|
Spory-polemiki
Instytut Niemieckiej Pracy Wschodniej - bez emocji
Marian Wojciechowski
W numerze 21 "TP"
zamieszczone zostały cztery artykuły poświęcone problemowi
kolaboracji z okupantem hitlerowskim w Generalnym Gubernatorstwie. Wszystkie one zostały
(i dobrze!) wywołane książką dr Anetty Rybickiej o Instytucie Niemieckiej Pracy
Wschodniej (Institut für deutsche Ostarbeit), który działał w Krakowie w latach
1940-1944. Trzy artykuły (prof. prof. Marcina Kuli, Pawła Machcewicza i Andrzeja
Paczkowskiego) poświecone są właśnie problemom kolaboracji, zaś artykuł prof.
Aleksandra Litewki - rozdziałowi "Polacy w Instytucie"; drobnej części książki,
nie zaś "pracy" samego Instytutu, czego ta książka głównie dotyczy. Artykuł
poprzedzony jest notką redakcji.
Jako promotor pracy doktorskiej p. Rybickiej jestem stroną, nie wypada mi więc zabierać
polemicznie głosu. Dodam tylko, że recenzentami tego doktoratu byli prof. Włodzimierz
Borodziej (wspomniany w notce redakcyjnej) oraz prof. Henryk Olszewski (Uniwersytet Adama
Mickiewicza) i prof. Klaus Ziemer - dyrektor Niemieckiego Instytutu Historycznego w
Warszawie. Wszystkie recenzje kończyły się jednoznaczną pozytywną konkluzją.
Promotorowi jednak wypada prosić o sprostowanie i uzupełnienie braków (chyba istotnych)
w notce redakcyjnej i w artykule prof. Litewki. Otóż w notce mowa jest o "bardzo
emocjonalnym starciu" (w maju, w Warszawie), w którym stronami byli prof. Tadeusz
Ulewicz i piszący te słowa. Ani jednak słowa o przedmiocie sporu. Otóż spór -
starcie nie dotyczyły książki Anetty Rybickiej, lecz słów, jakie o swojej pracy w
niemieckim Instytucie wypowiedział na łamach krakowskiego dodatku do "Gazety
Wyborczej" (23 marca 2003, strona internetowa) prof. Ulewicz. Zatrudniony był on w
referacie żydoznawczym Instytutu. Jego wypowiedzi na łamach "GW" tu nie cytuję,
bowiem nie uczynił tego "TP" w notce redakcyjnej z powodów mi nieznanych.
Zazwyczaj bowiem gdy pisze się o "bardzo emocjonalnym starciu", podaje się
przebieg czy raczej powód tego starcia. Ponadto prof. Ulewicz obraził p. Rybicką
("niejaka pani Rybicka").
Dalej: nie było mnie na kwietniowym spotkaniu w Krakowie w gmachu PAU, bowiem byłem po
ciężkiej operacji przecięcia i czyszczenia prawej aorty szyjnej, o czym zawiadomiłem
organizatorów kwietniowego spotkania, przesyłając tzw. wypis ze szpitala. Moja
nieobecność była więc usprawiedliwiona i to należało w notce redakcyjnej napisać,
nie zaś podawać, że "niestety" mnie nie było. W takim przypadku ten fragment
można zrozumieć jako tchórzostwo z mojej strony. Natomiast dr Rybickiej nie było w
kwietniu w Krakowie za moją radą, skoro mnie nie było. Okazało się, że rada była słuszna,
bowiem przebieg debaty w Krakowie - jak to słyszałem z wielu ust - daleki był od
dyskusji naukowej, opatrzony był natomiast jarmarcznymi obelgami i insynuacjami.
W artykule prof. Litewki mowa jest i o moim Ojcu, prof. Zygmuncie Wojciechowskim, i o jego
krakowskich przyjaciołach. Temu nie zaprzeczam. Dodam tylko, że - inaczej niż pisze
prof. Litewka - nie można było "wstąpić" do Instytutu Zachodniego; do
Stowarzyszenia Instytut Zachodni, bo o nie chodzi, jest się wybieranym. Ani prof. Józef
Mitkowski, ani dr Olga Łaszczyńska nie mogli "wstąpić" do Instytutu w czasie
okupacji, jak chce prof. Litewka, bowiem Instytut Zachodni powstał 15 grudnia 1944 w
Milanówku pod Warszawą (więc nie w Krakowie), zaś działalność rozpoczął w marcu
1945 r. w Poznaniu.
Prof. Litewka nie pisze, że rozprawy doktorskie Olgi Łaszczyńskiej i Józefa
Mitkowskiego (oboje byli uczniami prof. Semkowicza) opublikowane zostały (kolejno w 1948
i 1949) w Poznaniu, nakładem Poznańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Widocznie były
(nieznane mi niestety) przyczyny, dla których książki te nie zostały wydane w Krakowie
na zlecenie Komisji Historycznej PAU, co byłoby rzeczą normalną. Świadczy to jedynie,
że mój Ojciec, jako sekretarz generalny PTPN, uznał za nie szkodzącą Polsce pracę
tej pary autorskiej w niemieckim Instytucie w Krakowie. A mógł o tym wydawać sąd,
bowiem jako kierownik Sekcji Nauki w Departamencie Informacji Delegatury Rządu na Kraj
wiedział wiele, zaś jego negatywna opinia o pracy Polaków w niemieckim Instytucie jest
mi znana.
Po prawdzie, całą burzę rozpętał wspomniany w notce redakcyjnej "TP" artykuł
w tygodniku "Wprost", wręcz brutalny w swej wymowie. Gdyby nie ten artykuł, cała
sprawa rozgrywałaby się, jak sądzę, na płaszczyźnie naukowej, nie zaś tej, na
jakiej się dotąd rozgrywa, zwłaszcza w Krakowie.
22 maja 2003 r.
|